CZĘŚĆ 4 — Mąż wyrzucił mnie z niemowlęciem po zdradzie, lecz gdy podjazd zapełniły czarne samochody, jego uśmiech nagle zgasł

CZĘŚĆ 4

— To nie ja — powtórzył Andrzej.

Tym razem nikt nie odpowiedział od razu.

Marek patrzył na ekran telefonu, a jego twarz twardniała z każdą sekundą. Prawniczka przejęła urządzenie, sprawdziła numer identyfikacyjny i przesunęła palcem po potwierdzeniu przelewu.

— Zlecenie wysłano o piątej czterdzieści siedem rano — powiedziała. — Z komputera znajdującego się w domu.

Poczułam, jak zimno przechodzi mi po karku.

— O tej porze karmiłam Sofię.

— A ja byłem w biurze — rzucił Andrzej.

— Nie byłeś — odezwała się Wiktoria.

Wszyscy spojrzeli na nią.

Stała przy rozbitej kołysce, ściskając czerwoną wstążkę od klucza. Szmaragdowy naszyjnik nadal miała na szyi, ale teraz wyglądał jak ciężar.

— O piątej czterdzieści siedem byłeś w garażu — powiedziała. — Widziałam cię. Miałeś przy sobie czarną teczkę.

— Kłamiesz.

— Nie. I mam powód, żeby pamiętać.

Marek zrobił krok w jej stronę.

— Jaki?

Wiktoria długo milczała. Potem zdjęła naszyjnik i położyła go na masce samochodu. Kamień uderzył o metal z małym, ostrym stuknięciem.

— Andrzej nie działał sam — powiedziała.

W moim brzuchu zacisnęła się pięść.

— Kto mu pomagał?

Wiktoria spojrzała na Marka.

— Pański dyrektor finansowy, Roman Dębski.

Andrzej zaklął.

— Nie mieszaj Romana.

To wystarczyło.

Prawniczka uniosła głowę.

— Dlaczego miałaby go nie mieszać?

— Bo nie macie dowodów.

— Właśnie dlatego trzeba ich poszukać — odpowiedział Marek.

Wiktoria wyjęła z torebki cienki notes. Okładka była popękana przy grzbiecie, a rogi miała wytarte od częstego używania.

— Zapisywałam wszystko — powiedziała. — Daty przelewów, numery kont, spotkania. Nie dlatego, że chciałam go zdemaskować. Bałam się, że jeśli nie będę miała dowodów, zrzuci całą winę na mnie.

Andrzej rzucił się ku notesowi.

Ochroniarz chwycił go za ramię i zatrzymał.

— Puść mnie!

— Nie — powiedział Marek.

Wiktoria podała notes prawnikowi. Na jednej ze stron widniała data dzisiejsza, godzina piąta czterdzieści siedem i krótka adnotacja: „Przelew z fundacji. Podpis Eleny. Roman ma klucz do gabinetu”.

Poczułam, że kolana miękną.

— Skąd Roman miał mój podpis?

— Andrzej zabrał dokumenty z szuflady w twoim gabinecie — odpowiedziała Wiktoria. — Powiedział, że potrzebuje wzoru do umowy. Później dowiedziałam się, że skan trafił do Romana.

PRZECZYTAJ TAKŻE:  CZĘŚĆ 4 — Byłam tylko pokojówką, gdy ostrzegłam go przed miską przy kojcu — a wtedy jego zaufany człowiek nagle pobladł

— Dlaczego nie powiedziałaś mi wcześniej?

Jej oczy zaszkliły się, ale nie spuściła wzroku.

— Bo wierzyłam, że Andrzej wybierze mnie. Potem zrozumiałam, że nie wybiera nikogo. Wybiera tylko to, co może ukraść.

Marek odebrał od prawnika telefon.

— Przelew nie został zrealizowany — powiedział. — Bank zatrzymał go, bo kwota przekroczyła limit.

Spojrzałam na Andrzeja.

— Chciałeś zabrać pieniądze mojej matki?

— Chciałem spłacić zobowiązania.

— Jakie zobowiązania?

Nie odpowiedział.

Marek zrobił to za niego.

— Andrzej przegrał pieniądze na rynku surowców. Potem pożyczył od Romana. Fuzja miała ukryć stratę, a twoje udziały miały posłużyć jako zabezpieczenie.

Wtedy zrozumiałam wszystko.

Zdrada nie była początkiem. Była narzędziem.

Chciał usunąć mnie z domu, bo potrzebował wolnego dostępu do dokumentów. Chciał zabrać Sofię, bo wiedział, że przy dziecku będę łatwiejsza do zastraszenia. Wiktoria i naszyjnik miały wyglądać jak zwykła, brudna historia romansu. Prawdziwym celem były moje pieniądze.

Ale pozostała jedna rzecz, której nie rozumiałam.

— Dlaczego przyjechałeś dzisiaj? — zapytałam Marka. — Skąd wiedziałeś, że coś się dzieje?

Marek spuścił wzrok.

— Bo twoja matka zostawiła mi list.

Poczułam, jak oddech więźnie mi w gardle.

— Moja matka nie żyje od pięciu lat.

— Wiem. List miał zostać otwarty dopiero wtedy, gdy Andrzej spróbuje przejąć twoje udziały albo wyrzuci cię z domu.

Marek wyjął z teczki małą kopertę. Nie była szara ani biała. Miała kolor starego wina, a na klapie widniał odcisk wosku z herbem mojej matki.

Przyjęłam ją drżącymi palcami.

— Dlaczego nie powiedziałeś mi o niej wcześniej?

— Bo obiecałem jej, że nie będę ingerował w twoje małżeństwo. Miała nadzieję, że Andrzej się zmieni. Ja też byłem głupi.

Rozdarłam kopertę.

W środku znajdowała się jedna kartka i mały metalowy klucz z numerem siedemnaście. Pismo rozpoznałam natychmiast.

„Eleno, jeśli to czytasz, oznacza to, że człowiek, któremu zaufałaś, próbował odebrać ci nie tylko majątek, ale także pewność, że sama potrafisz decydować. W sejfie numer siedemnaście znajdziesz dowód, komu naprawdę przekazałam kontrolę nad firmą”.

Podpis brzmiał: „Mama”.

Wszyscy patrzyli na mnie.

PRZECZYTAJ TAKŻE:  Mój syn wrócił spod domu dziadka bez buta, a kiedy wspomniałem o policji, mój ojciec nagle przestał udawać troskę

— Gdzie jest ten sejf? — zapytałam.

Marek wskazał dom.

— W pokoju, który Andrzej nazywał gabinetem.

Weszliśmy do środka. Rozbita kołyska nadal leżała na trawniku, lecz nie miałam już siły na nią patrzeć. Sofia zasnęła przy moim ramieniu. Jej mała dłoń zaciskała się na brzegu koca.

Gabinet pachniał skórą, kurzem i kawą pozostawioną w filiżance. Na biurku leżały rachunki, a w popielniczce ktoś spalił część papierów. Za regałem znaleźliśmy metalowe drzwi z siedemnastką.

Klucz wszedł do zamka bez oporu.

W środku nie było pieniędzy.

Były kopie wszystkich umów, listy przelewów, korespondencja z Romanem oraz testament mojej matki. Na samym wierzchu leżała podpisana przez nią instrukcja, że w razie próby oszustwa cała kontrola nad przedsiębiorstwem przechodzi na mnie, a nie na męża.

Na dole znajdował się jeszcze jeden dokument.

Marek przeczytał go pierwszy.

— Elena, twoja matka powołała cię na przewodniczącą rady fundacji.

Zaśmiałam się krótko, choć nie było w tym nic zabawnego.

— Ja nawet nie wiedziałam, że fundacja istnieje.

— Andrzej miał ci tego nie powiedzieć — odparł Marek. — Przez pięć lat podpisywał dokumenty w twoim imieniu.

Andrzej stał w drzwiach gabinetu. Ochroniarz pilnował, żeby nie podszedł bliżej.

— Eleno, możemy to załatwić bez niszczenia wszystkiego.

— Ty już wszystko zniszczyłeś.

— Byłem zadłużony.

— Mogłeś poprosić o pomoc.

— Nie chciałem, żebyś wiedziała, że sobie nie radzę.

— Więc zniszczyłeś łóżeczko naszej córki, ukradłeś moje udziały i próbowałeś zabrać pieniądze mojej matki, żeby nadal wyglądać na człowieka, który radzi sobie doskonale?

Jego twarz drgnęła.

— Chciałem odzyskać kontrolę.

— Nie. Chciałeś, żebym nigdy nie zrozumiała, że jej nie masz.

Marek podszedł do syna.

— Roman czeka przed biurem. Zabezpieczyliśmy jego komputer. Dokumenty Wiktorii wystarczą, by rozpocząć postępowanie.

Andrzej spojrzał na ojca.

— Wyrzucasz mnie?

— Nie wyrzucam cię. Odbieram ci stanowisko, kartę firmową i dostęp do pieniędzy, których nie zarobiłeś.

Andrzej popatrzył na mnie.

— A gdzie ja mam pójść?

Przez chwilę widziałam człowieka, którego kiedyś kochałam. Nie potwora z opowieści. Mężczyznę, który potrafił śmiać się przy pierwszym badaniu ultrasonograficznym i całować moje czoło, gdy Sofia jeszcze była tylko ruchem pod sercem.

PRZECZYTAJ TAKŻE:  CZĘŚĆ 4 — Umierałem samotnie, dopóki syn sprzątaczki nie wszedł do mojej sali z plecakiem, a twarz mojej siostry nagle pobladła

Ale widziałam też jego rękę rozbijającą kołyskę.

— Nie wiem — odpowiedziałam. — Tym razem będziesz musiał znaleźć odpowiedź sam.

Wiktoria zdjęła z szyi naszyjnik i podała mi go.

— Przepraszam.

Wzięłam go, lecz nie założyłam. Schowałam go do kieszeni razem z kluczem do sejfu.

Potem wróciłam na ganek.

Marek uklęknął przy rozbitej kołysce i podniósł jeden z białych szczebelków.

— Zamówię stolarza — powiedział.

Spojrzałam na połamane drewno.

— Nie chcę jej naprawiać.

— Dlaczego?

— Bo Sofia zasługuje na coś, czego nikt nie będzie mógł rozbić w gniewie.

Tego samego popołudnia Marek przekazał mi klucze do fundacji, a prawniczka zabrała dokumenty Romana. Wiktoria pojechała z nimi, by złożyć zeznania. Andrzej został na pustym podjeździe, obok kołyski, którą sam wyrzucił.

Nie patrzyłam, dokąd poszedł.

Trzymałam Sofię na rękach, a w drugiej dłoni ściskałam klucz z numerem siedemnaście. Z domu dochodził zapach kawy i dźwięk przewracanych kartek, gdy Marek układał przede mną księgi firmy.

Na pierwszej stronie nowego rejestru widniało moje nazwisko.

Pod nim Marek dopisał jedno zdanie: „Decyzje podejmuje Elena Rudzka”.

Sofia poruszyła się przez sen i zacisnęła palce na moim naszyjniku.

Spojrzałam na pękniętą kołyskę w trawie i powiedziałam do niej cicho:

— Twoja babcia zostawiła ci coś lepszego niż drewno. Zostawiła ci prawdę.

Rate article
CZĘŚĆ 4 — Mąż wyrzucił mnie z niemowlęciem po zdradzie, lecz gdy podjazd zapełniły czarne samochody, jego uśmiech nagle zgasł
CZĘŚĆ 4 — Rozkazano mi zostawić szesnastu żołnierzy w górskim kanionie, lecz gdy poprosiłam o zgodę na atak, dowódca nagle pobladł