CZĘŚĆ 4 — Na weselu córki mąż posadził kochankę na moim miejscu, a wtedy ojciec pana młodego podszedł do mnie i pobladł

CZĘŚĆ 4

— Kto jedzie? — zapytałam.

Sergiusz nie odpowiedział od razu. Wpatrywał się w ekran telefonu, jakby każde słowo mogło pogorszyć sytuację.

— Główny księgowy Andrzeja. Roman Duda.

Andrzej gwałtownie odsunął krzesło. Jego noga zahaczyła o obrus, a dwa kieliszki spadły na podłogę.

— Roman wyjechał z kraju — powiedział.

— Wczoraj wrócił — odparł Sergiusz. — I przez trzy dni przechowywał dokumenty u siebie, bo bał się, że jeśli odda je bankowi, straci rodzinę.

Wiktoria patrzyła na Andrzeja szeroko otwartymi oczami.

— Mówiłeś, że Roman podpisał wszystko.

— Bo podpisał — syknął Andrzej.

— Nie. Podpisał kopie, które mu podsunąłeś. Oryginały miał w sejfie.

Zosia stała przy Maksie, ściskając jego dłoń tak mocno, że pobielały jej knykcie. Suknia, jeszcze godzinę wcześniej lśniąca w świetle żyrandoli, miała teraz na dole ślad czerwonego wina.

Podeszła do mnie.

— Mamo, czy to prawda? Czy dom dziadków naprawdę może zniknąć?

— Nie wiem — powiedziałam uczciwie. — Ale dziś dowiemy się wszystkiego.

Andrzej parsknął.

— Zawsze byłaś naiwna. Podpisywałaś rachunki, pełnomocnictwa, wszystko, co ci podsuwałem. Myślałaś, że małżeństwo polega na zaufaniu.

— Nie myl zaufania z brakiem kontroli — odpowiedziałam.

Wtedy przypomniałam sobie, kiedy ostatni raz podpisałam coś bez czytania. Było to osiem miesięcy wcześniej, gdy Andrzej przyniósł mi dokument dotyczący remontu mieszkania po rodzicach. Powiedział, że to zgoda dla ekipy budowlanej. Podpisałam na kuchennym blacie, obok miski z lekami Haliny.

Ale tamten podpis był prawdziwy.

— Kiedy dokładnie użyłeś mojego podpisu? — zapytałam.

Andrzej podszedł bliżej.

— Nie rób scen.

— Odpowiedz.

— Chciałem uratować firmę.

— Firmę czy siebie?

Jego twarz stwardniała.

— Wszystko, co mamy, zbudowałem ja.

— Nie. Ty podpisywałeś umowy. Ja pracowałam po godzinach, prowadziłam dom, spłacałam twoje pierwsze długi i opiekowałam się twoją matką. Nawet dziś posadziłeś inną kobietę na moim miejscu, bo uznałeś, że nie będę ci już potrzebna.

Halina spuściła wzrok.

— Katarzyno…

— Proszę nie przepraszać za niego — powiedziałam. — Nie teraz.

PRZECZYTAJ TAKŻE:  CZĘŚĆ 4 — Wróciłem wcześniej i zastałem żonę nieprzytomną, a moja matka przy stole nagle przestała się uśmiechać

Drzwi sali otworzyły się. Wszedł Roman Duda, niski mężczyzna z mokrymi włosami i skórzaną torbą przyciśniętą do piersi.

Andrzej ruszył w jego stronę.

— Roman, porozmawiamy na osobności.

— Nie — odpowiedział księgowy. — Przez rok rozmawialiśmy tylko na osobności. I właśnie dlatego doszło do tego wszystkiego.

Położył torbę na stole.

— Mam zestawienia przelewów, kopie faktur i potwierdzenia wypłat. Pieniądze z firmy nie szły wyłącznie do Wiktorii. Część trafiała do prywatnego rachunku Andrzeja.

Wiktoria cofnęła się o krok.

— Mówiłeś, że wszystkie pieniądze były dla mnie.

— Bo chciałem, żebyś tak myślała — powiedział Andrzej.

— Ile mi ukradłeś?

— Nie ukradłem. Pożyczyłem.

Roman wyjął z torby cienką teczkę.

— Jest też dokument rozwiązujący umowę kredytową. Bank podpisał go dziś rano, zanim otrzymał sfałszowane pełnomocnictwo. Sergiusz wpłacił zabezpieczenie i zablokował zajęcie mieszkania.

Spojrzałam na Sergiusza.

— Dlaczego to zrobiłeś?

— Bo trzydzieści lat temu dała mi pani pieniądze, których nie musiała pani dawać. Dziś ja mam możliwość oddać pani coś więcej niż parasol.

Andrzej roześmiał się krótko, nerwowo.

— Chcesz kupić jej wdzięczność?

— Nie — odpowiedział Sergiusz. — Chcę, żebyś nie mógł jej sprzedać.

Położył przede mną dokument.

— Spółka, która posiadała kredyt, została przeze mnie wykupiona godzinę temu. Pani mieszkanie jest wolne od zabezpieczenia. A pani podpis nigdy nie będzie już potrzebny do żadnej decyzji Andrzeja.

— Wykupiłeś jego długi?

— Wykupiłem roszczenie. Dług pozostaje jego problemem.

Andrzej spojrzał na Sergiusza z niedowierzaniem.

— Zniszczysz firmę, za którą pracowałem trzydzieści lat.

— Nie ja ją zniszczyłem. Ty przestałeś odróżniać własność od władzy.

Wiktoria podeszła do stołu. Zdjęła z palca pierścionek, który Andrzej podarował jej kilka miesięcy wcześniej.

— To też kupiłeś za pieniądze z firmy?

Nie odpowiedział.

Rzuciła pierścionek na obrus.

— W takim razie nie chcę niczego, co pachnie twoim kłamstwem.

Andrzej wyciągnął rękę.

— Wiktoria, uspokój się.

— Nie dotykaj mnie.

Odwróciła się i odeszła bez pożegnania, mijając stoły pełne krewnych, którzy jeszcze niedawno udawali, że niczego nie widzą.

PRZECZYTAJ TAKŻE:  Prawnik byłej żony wyśmiał moją wyblakłą koszulę przed sądem, lecz po moim imieniu sędzia nagle zbladła

Halina została na miejscu. Jej dłonie drżały na kolanach.

— Synu — powiedziała. — Gdzie są pieniądze z mojego funduszu opieki?

Andrzej zamarł.

— Mamo, to nie jest moment.

— Właśnie że jest. Od pół roku mówisz, że nie stać cię na pielęgniarkę. A ja dziś dowiedziałam się, że płaciłeś Wiktorii za apartament i podróże.

— To nie tak.

— Wiem, jak jest. Katarzyna przynosiła mi zupę, kiedy ty znikałeś.

Jej głos był słaby, ale każde słowo trafiało w niego mocniej niż krzyk.

— Sprzedaj samochód — powiedziała. — Oddaj pieniądze. I nie przychodź do mnie, dopóki tego nie zrobisz.

Andrzej spojrzał na nią, potem na mnie, a na końcu na Zosię.

Córka podeszła bliżej.

— Chciałam dziś zatańczyć z tobą jako ojcem — powiedziała. — Ale nie mogę udawać, że nic się nie stało.

— Zosiu…

— Zatańczę z mamą.

Wyciągnęła do mnie rękę.

Muzyka ucichła, a potem skrzypek zaczął grać powoli melodię, którą wybraliśmy kiedyś razem na jej pierwszy szkolny występ. Wstałam z krzesła przy ścianie. Drewniana rączka parasola w kształcie ptaka uderzyła lekko o nogę stołu.

— Mamo, dlaczego nigdy mi nie powiedziałaś? — zapytała Zosia, kiedy objęła mnie w tańcu.

— Bo chciałam, żebyś miała dzieciństwo, a nie cudze rachunki na głowie.

— A teraz?

— Teraz masz własną rodzinę. I możesz znać prawdę.

— Kocham cię — wyszeptała.

— Wiem.

Sergiusz podszedł do nas dopiero po tańcu. Trzymał w dłoni małe pudełko owinięte papierem.

— To znalazłem w archiwum przy ulicy Kolejowej — powiedział.

W środku leżała stara, naprawiona rączka parasola. Drewniany ptak miał pęknięty dziób, ale ktoś starannie skleił go i wypolerował.

— Przechowywałem ją przez lata — wyjaśnił Sergiusz. — Tamten parasol połamał się w pociągu. Nie mogłem wyrzucić rączki.

Dotknęłam drewna.

— Myślałam, że oddałam ci cały parasol.

— Oddała mi pani coś ważniejszego. Powód, żeby nie wysiąść z życia na pierwszej stacji.

Andrzej stał kilka kroków dalej. Bez Wiktorii, bez karty przy stole i bez ludzi, którzy jeszcze niedawno otaczali go z uśmiechem.

PRZECZYTAJ TAKŻE:  Na rodzinnej uczcie zabrano moim córkom talerze, a gdy mąż kazał mi milczeć, jego uśmiech nagle zniknął

— Katarzyno — powiedział. — Możemy porozmawiać?

Spojrzałam na Zosię, na Maksa, na Halinę i na dokumenty leżące przede mną.

— Możemy. Jutro, w obecności księgowego i notariuszki.

— Naprawdę chcesz mnie upokorzyć?

— Nie. Chcę, żeby każde twoje słowo miało świadka.

Sergiusz podał mi naprawioną rączkę.

— Pani parasol znów będzie kompletny.

Wsunęłam ją do dłoni i poczułam pod palcami gładkie drewno. Z końca sali dobiegł głos Zosi:

— Mamo, zostań jeszcze przy naszym stole.

Usiadłam obok niej, pod kartą z napisem „Matka panny młodej”. A stary drewniany ptak spoczął na białym obrusie, zwrócony dziobem dokładnie w stronę człowieka, który przez trzydzieści lat nie rozumiał, komu naprawdę zawdzięczał wszystko.

Rate article
CZĘŚĆ 4 — Na weselu córki mąż posadził kochankę na moim miejscu, a wtedy ojciec pana młodego podszedł do mnie i pobladł
Przyjechałam na świąteczną kolację z czterema chłopcami, a kiedy mój były mąż ich zobaczył, jego uśmiech zniknął