— Przestań nazywać mnie swoją dziewczyną albo wyjdź z mojej piekarni.
Powiedziałam to tak głośno, że wszyscy w piekarni Bennettów przestali przeżuwać.
Roman Duca nawet nie drgnął. Siedział przy moim narożnym stoliku w grafitowym garniturze, który kosztował zapewne więcej niż mój pierwszy piec, i mieszał kawę, jakby właśnie nie oznajmił swojej ciotce, że jesteśmy razem od trzech miesięcy.
Sophia patrzyła na nas z miną kobiety, która właśnie wygrała zakład.
— Trzy miesiące? — powtórzyłam. — Jak można być z kimś od około trzech miesięcy?
— Początki bywają niejasne — odparł Roman.
— Koniec jest bardzo jasny. Właśnie nastąpił.
Sophia roześmiała się i klepnęła go w ramię.
— Przyprowadź Klarę w niedzielę na kolację.
— Nie będzie żadnej kolacji — zawołałam, ale ona już wychodziła.
Roman został.
To był jego pierwszy błąd.
Drugi popełnił, kładąc wizytówkę na mojej ladzie.
— Mam propozycję.
— Nie.
— Jeszcze jej nie usłyszałaś.
— Wystarczy mi, że mężczyzna, który przed chwilą zmyślił nasz związek, chce mi coś zaproponować.
Przez szybę widziałam dwóch jego ochroniarzy. Jeden stał przy czarnym samochodzie, drugi udawał, że czyta menu wypisane kredą. Wszyscy w mieście wiedzieli, kim był Roman Duca. Człowiekiem, którego nazwisko wypowiadano ciszej niż modlitwę.
Ja miałam przypalone rogaliki, dostawę masła i zamówienie na tort weselny.
Nie miałam czasu się bać.
— Moja ciotka od lat próbuje znaleźć mi odpowiednią kobietę — powiedział. — Jeśli przez kilka tygodni będziesz udawała moją partnerkę, przestanie.
— Chcesz mi zapłacić za udawanie związku.
— Tak.
Podał kwotę.
Zamarłam tylko na sekundę. Kobiety lekceważyły mnie przez rozmiar. Bogaci lekceważyli mnie, bo moje dłonie pachniały wanilią, a nie skórzaną teczką.
— Moja praca ma cenę — powiedziałam. — Godność nie.
— Nie sugerowałem niczego niewłaściwego.
— Właśnie to sugerowałeś.
Sięgnęłam po pięciokilogramowy worek mąki.
Roman zmrużył oczy.
— Klara, odłóż go.
Rzuciłam.
Worek uderzył go w pierś i pękł. Biała chmura pokryła jego garnitur, włosy oraz wypolerowany but. W piekarni zapadła cisza tak głęboka, że słyszałam tykanie zegara nad drzwiami.
— Teraz propozycja jest zakończona — oznajmiłam.
Roman strzepnął mąkę z mankietu.
— Jesteś fatalna w negocjacjach.
— Nie. Ty jesteś fatalny w słuchaniu słowa „nie”.
Wyszedł.
Myślałam, że to koniec.
Następnego ranka wrócił przed ósmą, zanim zdążyłam wyjąć pierwszą blachę cynamonowych bułeczek.
— Nie — powiedziałam, zanim dzwonek nad drzwiami ucichł.
— Niczego jeszcze nie zapytałem.
— Oszczędzam nam czas.
Wrócił także kolejnego dnia. I następnego.
Czwartego ranka za nim stała chuda szesnastolatka w za dużej bluzie. Miała jego ciemne oczy, ale żadnej z jego twardości.
— Klara — powiedział Roman ciszej. — To moja siostrzenica, Lily.
Dziewczyna wsunęła ręce do kieszeni.
— Ty jesteś słynną dziewczyną wujka?
— Absolutnie nie.
Na jej twarzy pojawił się krótki uśmiech.
Roman go zauważył. Ja również.
To była pierwsza szczelina w jego pancerzu.
Lily zaczęła pomagać przy naklejaniu etykiet na pudełka. Zawiązałam jej w pasie czerwony fartuch z haftowaną łyżką, który nosiły wszystkie moje pracownice podczas sobotnich poranków. Dziewczyna roześmiała się, gdy powiedziałam, że może pilnować ciastek albo obserwować, jak jej wujek wygląda drogo i niepotrzebnie.
Roman znieruchomiał przy ekspresie.
Później powiedział:
— Nie śmiała się od śmierci matki.
Za głośnym sykiem pary nagle usłyszałam własne serce.
— Pytałeś ją, czego potrzebuje?
Milczał.
— Jesteś w tym kiepski — stwierdziłam.
— Wiem.
Bez gniewu. Bez wymówki.
To martwiło mnie bardziej niż pieniądze.
Ustaliłam zasady: trzy tygodnie, żadnego wynagrodzenia, żadnego kontrolowania piekarni, żadnych prezentów, żadnych niespodziewanych wizyt w moim mieszkaniu i żadnego całowania mnie dla publiczności.
Roman przeczytał kartkę.
— Jak mamy przekonać ludzi?
— Spróbuj mieć osobowość.
Lily parsknęła śmiechem zza lady.
Roman nie podpisał. Powiedziałam, że to zasady, nie umowa.
Skinął głową.
Powinnam była bać się, że je złamie.
Nie wiedziałam jeszcze, że większym zagrożeniem będzie to, jak dokładnie zaczął ich przestrzegać. W niedzielę wieczorem, gdy zamykałam piekarnię, Roman wszedł do środka z twarzą pozbawioną zwykłego spokoju. Położył na ladzie małą kopertę i wyszeptał:
— Ktoś zostawił to pod drzwiami. Nie dotykaj jej, dopóki nie zobaczysz, co jest na odwrocie…
CZĘŚĆ 2
Na odwrocie koperty widniało moje nazwisko zapisane czarnym atramentem, a pod nim jedno zdanie: „Przestań udawać, zanim ktoś naprawdę ucierpi”.
Przez chwilę słyszałam tylko pracujący agregat chłodni. W środku pachniało masłem, kawą i spalonym cukrem. Ten zapach zawsze uspokajał mnie po zamknięciu piekarni. Tym razem poczułam mdłości.
— Kto to znalazł? — spytałam.
— Lily, kiedy wyszła po plecak.
— I od razu przyniosła to tobie?
— Zadzwoniła do mnie.
— Oczywiście — mruknęłam. — Bo ty zawsze pojawiasz się dokładnie wtedy, kiedy wszystko zaczyna wyglądać jak twoja wina.
Roman nie odpowiedział. Wziął rękawiczkę z pudełka przy kasie i podniósł kopertę za brzeg.
— Nie otwieraj jej tutaj.
— To moja piekarnia.
— Właśnie dlatego.
Zza szyby ochroniarz obserwował ulicę. Nad drzwiami wisiał mój ceramiczny dzwonek w kształcie bochenka, który dostałam od ojca. Delikatnie kołysał się na przeciągu, choć drzwi były zamknięte.
— Nie będziesz rozstawiał ludzi wokół mojego lokalu — powiedziałam.
— Już ich nie rozstawiam. Oni sami stoją.
— Roman.
— Ktoś chce, żebyś pomyślała, że to przeze mnie.
— A może to naprawdę przez ciebie?
Jego szczęka napięła się, lecz głos pozostał cichy.
— Gdyby to byli moi ludzie, nie zostawiliby ci ostrzeżenia. Zostawiliby ciszę.
Nie chciałam przyznać, że właśnie tego bałam się najbardziej.
Następnego dnia o siódmej rano przed piekarnią czekała Sophia. Miała na sobie fioletowy płaszcz i trzymała torbę z domowymi bułkami, jakby przyszła na zwykłe śniadanie.
— Roman powiedział, że ktoś ci grozi — oznajmiła.
— Roman mówi za dużo.
— Nie. Zwykle mówi za mało.
Weszła za ladę i popatrzyła na kopertę leżącą w metalowej misce.
— Nie otworzyłaś?
— Nie.
— Dobrze. Po raz pierwszy ktoś w tej rodzinie zrobił coś rozsądnego.
— Co masz na myśli?
Sophia ścisnęła uchwyt torby.
— Roman nie powiedział ci, dlaczego tak bardzo potrzebuje tej farsy.
— Wiem. Chce, żebyś przestała swatać go z bogatymi kobietami.
— To tylko część prawdy.
Zanim zdążyłam zapytać, do środka wbiegła Lily. Miała mokre włosy i zaciśniętą pięść.
— Wujek odebrał mój telefon — powiedziała. — Kazał mi nie chodzić samej do szkoły.
Roman pojawił się za nią, ponury jak burza.
— Ktoś śledził ją przez dwie ulice.
— Widziałeś tę osobę? — zapytałam.
— Nie.
— Więc skąd wiesz?
— Lily znalazła przy swojej szafce kartkę.
Dziewczyna wyjęła z kieszeni złożony papier. Na nim narysowano małą koronę, a pod nią trzy litery: R.D.
Lily pobladła.
— To przez ciebie? — zapytała wujka.
Roman uklęknął przed nią. Jego kolano uderzyło o drewnianą podłogę.
— Nie zrobiłem niczego, co mogłoby cię skrzywdzić.
— Ale ludzie robią rzeczy przez ciebie.
Trafiła w niego mocniej niż worek mąki.
Wieczorem pojechaliśmy do jego domu, żeby zabrać Lily kilka rzeczy. Rezydencja stała na wzgórzu nad zatoką, za żelazną bramą i żywopłotem przyciętym tak równo, że wyglądał sztucznie. W gabinecie pachniało drewnem i dymem.
— Nie pasuję do twojego świata — powiedziałam.
— Dlatego cię wybrałem.
— To nie jest komplement.
— Wiem.
Na biurku leżała gazeta z fotografią Romana i znanej bywalczyni salonów, Celeste Varga. Jej ręka spoczywała na jego ramieniu.
— To ona miała być twoją prawdziwą partnerką? — spytałam.
— Nigdy nie była moją partnerką.
— Wyglądacie przekonująco.
— Fotografowie potrafią przekonać ludzi do wszystkiego.
Roman otworzył szufladę i wyjął cienką teczkę.
— Celeste organizuje sobotni bal dobroczynny. Od kilku tygodni próbuje mnie zmusić, żebym pojawił się z nią. Jeśli przyjdziesz ze mną, przestanie.
— A jeśli nie przyjdę?
— Wtedy ona znajdzie inny sposób.
— Jaki?
Nie odpowiedział.
W sobotę założyłam czarną sukienkę, którą sama przerobiłam, wszywając pod pachami dodatkowy klin z elastycznej tkaniny. Roman przyjechał po mnie punktualnie. Nie przyniósł kwiatów. Nie przyniósł biżuterii. Zamiast tego podał mi małą kartkę.
— Co to?
— Lista osób, których mam unikać.
— Myślałam, że nie będziesz mną sterował.
— To lista osób, które mogą cię skrzywdzić.
— Czyli sterowanie z przypisem.
Po raz pierwszy uśmiechnął się naprawdę.
Na balu wszystko lśniło: kryształowe lampy, srebrne tace, mokre od deszczu szyby. Celeste podeszła do nas z kieliszkiem szampana.
— Roman — powiedziała słodko. — Nie wiedziałam, że lubisz niespodzianki.
Jej wzrok przesunął się po mojej sukience.
— A ty musisz być tą kobietą z piekarni.
— A ty musisz być kobietą, która nie potrafi czytać zaproszeń. Jestem jego osobą towarzyszącą.
Celeste uśmiechnęła się, lecz jej palce zacisnęły się na kieliszku.
— Na razie.
Muzyka ucichła. Wtedy Celeste weszła na podest i poprosiła o uwagę. Na ekranie za nią pojawił się obraz naszej podpisanej kartki z zasadami. Ktoś sfotografował ją z bliska.
Na sali rozległ się śmiech.
Roman odwrócił się do mnie, a jego twarz nagle stwardniała.
— Klara, przysięgam, że tego nie udostępniłem.
Celeste podniosła mikrofon.
— Drodzy państwo, chyba należy wyjaśnić, za co naprawdę płaci Roman Duca…
CZĘŚĆ 3
— Za nic — przerwałam, zanim Celeste zdążyła dokończyć.
Wyszłam na środek sali. W uszach szumiała mi krew, a pod obcasem czułam nierówną fugę między marmurowymi płytami. Na ekranie widniało zdjęcie mojej kartki, ale ktoś powiększył tylko słowa „żadnych prezentów” i „udawany związek”.
— To są moje zasady — powiedziałam. — Nie dowód na to, że ktoś kupił moje życie.
Celeste przejęła mikrofon.
— Romanie, może wyjaśnisz gościom, dlaczego właścicielka małej piekarni nagle pojawia się u twojego boku?
— Ponieważ ją o to poprosiłem — odparł.
Po sali przeszedł szmer.
— I zaproponowałeś jej pieniądze — dodała Celeste.
Roman spojrzał na mnie.
— Tak.
To proste słowo zabolało bardziej, niż się spodziewałam.
— Ale ich nie przyjęła — ciągnął. — A potem została, bo moja siostrzenica potrzebowała miejsca, w którym mogła znów poczuć się bezpiecznie.
Lily stała przy bocznym wyjściu. Jej twarz była biała jak papier.
— To kłamstwo! — zawołała Celeste. — Wszyscy wiedzą, że Roman płaci za lojalność.
— Nie za moją — powiedziałam. — I właśnie dlatego tak bardzo chciałaś mnie skompromitować.
Celeste zrobiła krok w moją stronę.
— Nie masz pojęcia, z kim zadzierasz.
— Mam. Dlatego od początku robię zdjęcia.
Wyjęłam telefon. Pokazałam zapis rozmowy, który nagrałam wcześniej w piekarni, gdy Celeste podeszła do mnie za ladą i zaoferowała mi pieniądze za zniknięcie z życia Romana. Na nagraniu jej głos był wyraźny.
„Jeśli nie przyjmiesz, zamkną ci piekarnię”.
W sali zapadła cisza.
Celeste straciła kolor.
— To jest nielegalne — wyszeptała.
— Groźby też nie są legalne — odpowiedziałam.
Roman patrzył na mnie z czymś, czego nie umiałam nazwać.
— Dlaczego mi nie powiedziałaś? — spytał.
— Bo nie chciałam, żebyś rozwiązał to po swojemu.
— A gdybyś nie zdążyła?
— Wtedy zadzwoniłabym po policję.
Sophia wyszła z tłumu i podniosła leżącą przy stoliku kopertę. Tę samą, którą znaleziono pod drzwiami piekarni. Ktoś musiał ją tam przenieść, zanim dotarliśmy na bal.
— Znalazłam ją w torebce Celeste — powiedziała.
Celeste cofnęła się.
Roman podszedł do niej, ale zatrzymał się, gdy uniosłam dłoń.
— Nie — powiedziałam. — Teraz robią to kamery i policja.
Wezwałam oficera, którego znałam z sąsiedztwa, oraz prawniczkę, Annę Kowalską. Anna przyjechała po dwudziestu minutach i otworzyła kopertę w rękawiczkach. W środku był wydruk z rachunkiem za wynajęcie samochodu, zdjęcia mojej piekarni oraz lista dostawców, z którymi współpracowałam.
Na ostatniej stronie ktoś napisał: „Jutro szczury. Potem pożar”.
Roman przymknął oczy.
— Zajmę się tym.
— Nie — powiedziałam. — Zajmiemy się tym legalnie.
Następnego ranka o piątej trzydzieści znalazłam za piekarnią martwego szczura owiniętego w papier z moim logo. Obok leżała butelka rozpuszczalnika. Ochroniarz Romana chciał od razu zabrać mnie do samochodu.
— Nigdzie nie jadę — oznajmiłam. — Dzwoń po policję.
Anna przyjechała z kamerą i kartonem na dowody. Spisałyśmy każdą rzecz, sfotografowałyśmy ślady butów i zachowałyśmy nagrania z monitoringu sąsiedniego sklepu.
Wieczorem policja zatrzymała mężczyznę, który wynajął samochód widoczny na zdjęciach. Nie był jednak Celeste. Był kierowcą pracującym dla jej ojca.
Wtedy telefon Romana zadzwonił.
Odebrał, słuchał przez kilka sekund i zbladł.
— Co się stało? — zapytałam.
— Ktoś wszedł do mojego domu.
— Ukradli coś?
Roman spojrzał na Lily.
— Nie. Zostawili wiadomość.
Podał mi telefon. Na ekranie znajdowało się zdjęcie Lily śpiącej w pokoju, zrobione z korytarza wewnątrz jego własnej rezydencji.
Pod zdjęciem widniało jedno zdanie: „Jeśli chcesz ocalić dziewczynę, oddaj Klary”.
Wtedy zrozumiałam, że Celeste nie była końcem tej historii. Była tylko kimś, kto otworzył drzwi ludziom znacznie groźniejszym od niej…
Roman usłyszał własne słowa i po raz pierwszy zamilkł…
Myślałam, że największe zagrożenie minęło. Dopiero wtedy odkryłam, ile osób próbowało przejąć kontrolę nad naszym życiem.
„To twój głos.”
Jej twarz nagle straciła cały kolor.
👇 Finał tej historii jest już otwarty.













