CZĘŚĆ 4 — Przyjęłam pracę opiekunki w rezydencji DeLuki, lecz po jednej nocy prawnik rodziny zbladł i przestał udawać spokój

CZĘŚĆ 4

A potem ochroniarz powiedział nazwisko, którego Roman najwyraźniej bał się bardziej niż nazwiska Luciena.

— Marcus DeLuca — powiedział.

Roman pobladł.

Marcus był jego starszym bratem, człowiekiem uznawanym od lat za zmarłego w pożarze magazynu. To on zbudował rodzinne imperium, zanim Roman przejął interesy. To jego podpis widniał na pierwszych dokumentach fundacji chłopców.

— Nie żyje — wyszeptałam.

— Tak myślałem.

Roman od razu zadzwonił do ochrony, policji i kilku ludzi z portu. Każdemu wydawał krótkie polecenia.

— Zamknijcie wszystkie wyjazdy z miasta.

— Sprawdźcie kamery przy rezydencji.

— Nikt nie zbliża się do chłopców bez mojego pozwolenia.

Potem spojrzał na mnie.

— Pani i Daniel wyjeżdżacie do bezpiecznego miejsca.

— Nie.

— Elena, to nie jest już sprawa opiekunki.

— Nigdy nią nie była.

W jego oczach pojawiło się zmęczenie.

— Marcus nie zatrzyma się na Lucienie.

— W takim razie tym bardziej nie zostawię pana samego.

— Dlaczego?

Pomyślałam o moim synu, o chłopcach skulonych w jednym łóżku i o Sofii, która przez lata próbowała zostawić za sobą głos mogący obudzić prawdę.

— Bo wiem, jak wygląda człowiek, który mówi, że wszystko jest pod kontrolą, gdy w środku rozpada się na kawałki.

Roman odwrócił wzrok.

Tego samego popołudnia znaleźliśmy Marcusa w starej chłodni przy porcie. Nie próbował uciekać. Siedział przy metalowym stole, a czerwona teczka leżała przed nim.

W środku były umowy, nagrania i akt urodzenia Romana.

Marcus nie był jego bratem z pierwszego małżeństwa ich ojca. Był synem kobiety, którą rodzina DeLuca wyrzuciła z miasta. Przez lata podszywał się pod dziedzica, a kiedy Roman odkrył fałszerstwa, Sofia chciała ujawnić prawdę.

Marcus patrzył na nas spokojnie.

— Ona zawsze była zbyt dociekliwa — powiedział.

Roman zrobił krok naprzód.

— Zabiłeś ją?

— Nie musiałem. Wystarczyło, że wszyscy uwierzyli, iż była niestabilna.

— Zniszczyłeś moją rodzinę.

Marcus uśmiechnął się bez radości.

— Nie. Zniszczyła ją twoja słabość.

Roman chciał się na niego rzucić, lecz zatrzymałam go dłonią na ramieniu.

PRZECZYTAJ TAKŻE:  CZĘŚĆ 4 — Ojciec kazał zatrzymać mnie przy bramie podczas swojej ceremonii, lecz gdy podano moje nazwisko, jego uśmiech nagle zniknął

— Nie daj mu tego.

Marcus spojrzał na mnie.

— Ty jesteś tą opiekunką.

— Jestem matką.

— To gorsze. Matki zrobią wszystko dla dzieci.

— Tak. Ale nie wszystko, co pan przewiduje.

Na stole leżał mały rejestrator. Roman włączył go i z głośnika popłynął głos Marcusa sprzed trzech lat. Mówił o wypadku Sofii, o pieniądzach i o tym, że Lucien ma „przygotować rodzinę na wygodną wersję prawdy”.

Marcus słuchał własnych słów.

Najpierw się uśmiechał.

Potem jego twarz powoli stawała się pusta.

— To nie może być moje — powiedział.

— To twój głos — odparł Roman.

— Ktoś mnie sprowokował.

— Mówiłeś to sam do siebie — powiedziałam. — Nikt nie zmuszał cię do żadnego słowa.

Marcus wpatrywał się w rejestrator. Po raz pierwszy wyglądał nie jak człowiek posiadający władzę, lecz jak ktoś, kto właśnie usłyszał własne odbicie i go nie rozpoznał.

Policja zabrała go jeszcze tego wieczoru. Lucien zeznał przeciwko niemu, gdy tylko zrozumiał, że nie ma już kogo chronić. Ich rachunki zostały zamrożone. Fundusz chłopców wrócił pod kontrolę sądu, a wszystkie dokumenty Sofii trafiły do prokuratury.

Roman nie próbował wykorzystać nazwiska ani pieniędzy, by uniknąć przesłuchań. Przeciwnie. Odpowiadał na każde pytanie.

Nawet na te najgorsze.

W rezydencji panowała cisza, gdy wróciliśmy po północy.

Pokój Sofii był otwarty. Na biurku nadal stała filiżanka z zaschniętym śladem herbaty. W szufladzie znaleźliśmy dziesiątki rysunków chłopców i jedną fotografię Romana śpiącego z małym Nico na piersi.

Roman wziął zdjęcie do ręki.

— Nie pamiętam, kiedy ostatnio byłem taki spokojny — powiedział.

— Może wtedy jeszcze nie próbował pan udawać, że nic pana nie boli.

Usiadł na podłodze obok pustego łóżka Sofii.

— Nie wiem, jak mam im to wszystko wytłumaczyć.

— Prawdę po jednym zdaniu.

— A jeśli mnie znienawidzą?

— Wtedy będzie pan musiał wytrzymać ich złość, zamiast wymagać od nich, żeby pocieszały pana.

Roman skinął głową.

— A pani? Dlaczego została pani po czterdziestu ośmiu godzinach?

PRZECZYTAJ TAKŻE:  CZĘŚĆ 4 — Wróciłam z Nowego Jorku i znalazłam niemowlę w swoim łóżku, a gdy zobaczyłam jego znamię, mój mąż pobladł

Spojrzałam w stronę schodów, gdzie trzy pary bosych stóp czekały za drzwiami.

— Bo pańscy synowie pierwszy raz nazwali ten dom domem, odkąd tu przyjechałam.

Minęły trzy miesiące.

Roman zrezygnował z części interesów i otworzył fundusz pomocy samotnym rodzicom. Nie zrobił z tego widowiska. Nie organizował bankietów. W każdy czwartek jechał do małej szkoły przy porcie i pomagał dzieciom, których rodzice pracowali nocami.

Ja zaczęłam pracować jako opiekunka i doradczyni w tym samym miejscu. Daniel zamieszkał ze mną w domu należącym do fundacji, w jasnym mieszkaniu nad piekarnią.

Każdy ranek pachniał chlebem.

Każdy wieczór miał dźwięk zamykanych drzwi, których nikt nie zatrzaskiwał ze strachu.

Chłopcy nadal kłócili się o łazienkę, sok i miejsce przy stole. Nico przestał wspinać się na balustrady, ale zostawił na niej małą naklejkę z żaglówką. Matteo zaczął spać przy zgaszonym świetle. Luca zbudował z klocków statek i nazwał go „Powrót”.

Pewnego grudniowego popołudnia spadł pierwszy śnieg.

Daniel siedział przy stole i rysował. Kiedy skończył, podał mi kartkę.

Było na niej sześć postaci stojących przed domem. Nad dachem wisiało ogromne słońce.

— Dlaczego jest nas sześcioro? — zapytałam.

— Bo pan Roman też już należy do rodziny.

Roman stał przy oknie i udawał, że nie słyszy.

Chłopcy podbiegli do niego.

— Tato, chodź zobaczyć!

To było pierwsze słowo „tato”, którego nie wypowiedzieli z lękiem ani obowiązku. Roman zamknął oczy, a potem uklęknął i przyciągnął ich do siebie.

Nie płakał głośno.

Ale tym razem nie próbował ukryć łez.

Kilka tygodni później dostałam wiadomość od Luciena. Został zwolniony za kaucją i pisał, że może pomóc mi odzyskać pieniądze, które „należały się mnie z tytułu współpracy”. Na końcu dodał, że Roman nie zawsze będzie potrzebował opiekunki.

Przeczytałam wiadomość przy kuchennym stole.

Potem ją usunęłam.

Roman wszedł chwilę później.

— Kto pisał?

— Człowiek z przeszłości.

— Chcesz, żebym się tym zajął?

Pokręciłam głową.

— Już się zajęłam.

— Jak?

— Nie odpowiedziałam.

Roman uśmiechnął się lekko.

— To chyba najtrudniejsza forma zwycięstwa.

— Nie. Najtrudniej było uwierzyć, że nie muszę już nikogo ratować przed konsekwencjami jego własnych decyzji.

PRZECZYTAJ TAKŻE:  CZĘŚĆ 4 — Weszłam do zakazanego pokoju, a potem najbardziej strzeżony człowiek w mieście wskazał na moje ręce i pobladł

Wieczorem weszłam do holu. Na schodach wisiała mała czerwona spinka w kształcie żaglówki. Nico przyczepił ją do balustrady, żeby — jak powiedział — „wszyscy wiedzieli, którędy wraca się do domu”.

Zdjęłam ją ostrożnie i przypięłam do swojej bluzki.

Za plecami usłyszałam kroki chłopców.

— Elena! — zawołał Luca. — Chodź, bo kolacja wystygnie!

Roman stał w drzwiach jadalni. Nie powiedział nic. Nie musiał.

Tym razem to ja ruszyłam pierwsza.

Żaglówka wskazała drogę do domu.

Rate article
CZĘŚĆ 4 — Przyjęłam pracę opiekunki w rezydencji DeLuki, lecz po jednej nocy prawnik rodziny zbladł i przestał udawać spokój
CZĘŚĆ 4 — Mąż oddawał matce całą pensję i wyrzucił mnie z własnego domu, lecz po moich słowach jego uśmiech nagle zgasł