CZĘŚĆ 4
Kupcy nie chcieli tylko mięsa. Chcieli umowy.
Przez chwilę nikt się nie poruszył.
W stodole pachniało jałowcem, dymem i gorącym tłuszczem. Za ścianą dwudziestu dwóch mężczyzn pracowało przy hakach, beczkach i sznurach. Każdy rozumiał, że ta kartka mogła uratować ranczo, ale nikt nie wiedział jeszcze, jaką cenę przyjdzie nam za to zapłacić.
Wzięłam wiadomość z ręki Luciena.
„Trzy miasta. Dostawy co tydzień. Cena gwarantowana przez dwanaście miesięcy. Potrzebujemy podpisu osoby odpowiedzialnej za produkcję.”
Pod spodem znajdowały się trzy nazwiska kupców.
I pusta linia.
— Podpisz — powiedział Lucien.
Spojrzałam na niego.
— To nie jest twoja firma?
— To twoja robota.
— Przyjechałam tu jako żona na papierze.
— A uratowałaś ranczo, którego ja nie potrafiłem ocalić.
Jeb odchrząknął przy drzwiach.
— Jeśli ona nie podpisze, kupcy zabiorą zamówienie do innego miejsca.
— Wiem — odpowiedziałam.
Lucien położył na stole pióro. Stalówka zadrżała w świetle lampy.
— Nie chcę, żebyś została tutaj przez dług — powiedział. — Ani przez umowę, którą zawarłem w gazecie.
— A czego chcesz?
— Żebyś podpisała, jeśli sama tego chcesz.
To było pytanie, którego nie spodziewałam się usłyszeć od człowieka, który sprowadził mnie na ranczo po to, bym wykarmiła jego ludzi.
Pochyliłam się nad papierem.
— Najpierw zmienimy warunki.
— Jakie?
— Połowa zysku dla rancza, połowa dla mnie. Żadnych ukrytych długów. Żadnej sprzedaży bez mojego podpisu. A jeśli mamy zatrudniać ludzi, będą dostawać zapłatę, nie tylko jedzenie i miejsce do spania.
Jeb uśmiechnął się pod nosem.
— Brzmi jak prawdziwa żona.
— Brzmi jak człowiek, który umie liczyć — odpowiedziałam.
Lucien przytaknął.
— Zgoda.
Podpisałam.
Atrament wsiąkł w papier równą, ciemną kreską. W tamtej chwili nie wiedziałam jeszcze, że ten podpis będzie ważniejszy od każdego dokumentu, który Malcolm próbował nam podsunąć.
Przez następne cztery dni ranczo przestało przypominać miejsce, w którym ludzie czekają na katastrofę.
Stało się warsztatem.
Jeb zbudował dodatkowe rusztowanie z belek po rozebranej szopie. Dwóch braci, Amos i Clay, naprawiało palenisko. Najmłodszy z parobków, Eli, nauczył się ważyć sól i zapisywać daty. Każda beczka dostawała mój znak: niewielką mosiężną tabliczkę z wygrawerowanym jeleniem i literami I.B.
Nie był to herb Hatcherów.
Był to znak nowego towaru.
Lucien pracował razem z nami. Nosił mięso, łatał dach i nie narzekał, kiedy dym wżerał się w jego włosy. Widziałam, jak pewnego ranka oddał własne śniadanie Eliemu, który skaleczył dłoń przy krojeniu.
— Nie patrz tak — powiedział Lucien.
— Jak?
— Jakbyś właśnie odkryła, że potrafię być człowiekiem.
— Jeszcze nie odkryłam. Zbieram dowody.
Uśmiechnął się krzywo.
To był pierwszy uśmiech, jaki zobaczyłam na jego twarzy.
Nie zdążył jednak zniknąć z powodu zmęczenia. Zniknął, gdy na podwórze wrócił Malcolm.
Tym razem nie przyjechał sam.
Miał ze sobą bankiera, dwóch świadków i teczkę z prawdziwym aktem. Gideona przyprowadzono z szopy z rękami związanymi sznurem. Twarz miał poszarzałą, lecz patrzył na mnie z nienawiścią.
— Dług nadal istnieje — oznajmił bankier. — Dokument o podmianie strony może unieważnić jedną umowę, ale nie wszystkie wcześniejsze należności.
Lucien wyszedł przed budynek.
— Ile?
— Dwadzieścia osiem tysięcy i odsetki za każdy dzień zwłoki.
Bankier rozłożył akt na skrzyni.
— Podpiszcie przekazanie rancza, a pozwolimy wam zabrać rzeczy osobiste.
Jeb splunął w śnieg.
— Właśnie tak miało wyglądać od początku.
Malcolm poprawił rękawiczki.
— Bratku, nie komplikuj sprawy.
Lucien spojrzał na mnie.
— Mamy zamówienia. Potrzebujemy tylko czasu.
— Czasu nie ma — powiedział bankier. — Dostawy nie zostały jeszcze opłacone.
Wyjęłam z kieszeni trzy listy.
— Te zostały opłacone.
Bankier drgnął.
— Co pani ma na myśli?
— Kupcy wpłacili zaliczki. Wszystkie trzy. Pieniądze są w banku w miasteczku, na rachunku przedsiębiorstwa, którego właścicielem jestem ja.
Lucien odwrócił głowę.
— Kiedy to zrobiłaś?
— Wczoraj, gdy byłeś zajęty dachem.
Malcolm zaczął się śmiać.
— Za trzy zaliczki nie spłaci pani całego długu.
— Nie. Ale wystarczą, żeby wykupić część zabezpieczenia i kupić czas.
— Bank nie negocjuje z kobietą.
— Bank negocjuje z pieniędzmi.
Podeszłam do bankiera i podałam mu dokumenty. Przeczytał pierwszy, potem drugi. Przy trzecim przestał udawać obojętność.
— To są wiążące zamówienia — powiedział.
— Na dwanaście miesięcy. Z karą za niewykonanie dostaw.
— Produkcja nie ma jeszcze odpowiedniej skali.
— Ma dwudziestu dwóch pracowników, trzy tysiące sztuk bydła i odbudowaną wędzarnię. A jeśli sprzeda pan ranczo, nie dostanie pan ani jednej przyszłej raty.
Bankier spojrzał na Malcolma.
Malcolm pobladł.
— Mówiłeś, że nic nie ma.
— Bo nie miała nic — syknął Gideon. — Dopóki ona nie przyjechała.
Te słowa zraniły bardziej, niż powinny. Nie dlatego, że były pochwałą. Dlatego, że brzmiały jak wyrok na całe życie tych ludzi: bez niej wszystko miało zniknąć.
Lucien stanął obok mnie.
— Nie tylko ona — powiedział. — Wszyscy tu pracowali.
Jeb podniósł głowę.
— I wszyscy podpiszemy zeznania dotyczące pożaru.
Gideon szarpnął liną.
— Nikt nie ma dowodu.
— Mam — odezwał się starszy dostawca z miasta.
Przyszedł z laską i małą księgą w skórzanej oprawie. Otworzył ją na stronie z datą pożaru.
— Widziałem, jak Gideon kupował olej. Dwie beczki. Powiedział, że potrzebuje go do naprawy wozów. Podpisał odbiór własnym nazwiskiem.
Gideon zbladł.
— To nie wystarczy.
— Jest jeszcze to — powiedział Jeb.
Wyjął mosiężny guzik i położył go na otwartej księdze. Starszy dostawca spojrzał na znak.
— To guziki z płaszczy ludzi pracujących dla spółki przewozowej. Gideon dostał taki, gdy odbierał olej.
Malcolm odwrócił się do brata.
— Ty podłożyłeś ogień?
— Nie dla ciebie — warknął Gideon. — Dla własnej części.
— Miałeś tylko doprowadzić do sprzedaży!
— A ty miałeś zapłacić!
Bankier zamknął teczkę.
— Wystarczy. Umowa przejęcia zostaje zawieszona do wyjaśnienia oszustwa. Rachunek z zaliczkami zostanie zabezpieczony, ale nie zablokowany. Potrzebuję nowego harmonogramu spłat.
Lucien spojrzał na mnie.
— Ułożymy go.
— Nie sami — odpowiedziałam. — Z kupcami.
Bankier skinął głową, choć nie wyglądał na zachwyconego.
Gideona zabrano z rancza jeszcze tego samego dnia, ale nie pozwoliłam, żeby mężczyźni bili go po drodze. Nie dlatego, że na to nie zasługiwał. Dlatego, że jego krew nie mogła stać się kolejnym kosztem Ironwood.
Malcolm został dłużej.
Stał przy ogrodzeniu, patrząc na stado, które chciał przejąć.
— Ojciec zostawił mnie z długami — powiedział.
Lucien nie odpowiedział.
— Tobie dał ziemię.
— Dał mi obowiązek.
— A ja dostałem nic.
— Dostałeś wybór — powiedziałam. — Wybrałeś cudzą ruinę.
Malcolm spojrzał na mnie.
— Myślisz, że jesteś lepsza?
— Nie. Wiem tylko, co podpisałam.
Odjechał przed zmrokiem, a jego koła zostawiły dwa głębokie ślady w zmarzniętej ziemi.
Wieczorem zwołałam wszystkich do wędzarni. Na belkach wisiały rzędy mięsa, równych i ciemnych, pachnących solą oraz dymem. Pod dachem, który niemal spłonął, ustawiliśmy stoły do pakowania.
Lucien podał mi nowy szyld.
Nie nosił nazwiska Hatcherów.
Widniały na nim słowa: „Żelazny Las — wyroby Josephine Cutler”.
— Chcesz naprawdę oddać mi nazwę? — zapytałam.
— Nie oddaję. Przyznaję, do kogo należy.
— A nasze małżeństwo?
Lucien oparł dłoń na drewnianej skrzyni.
— Umowa wygasa, kiedy spłacimy dług. Jeśli wtedy zechcesz odejść, zapłacę ci wszystko, co obiecałem, i jeszcze udział w tej firmie.
— A jeśli zostanę?
— Wtedy będę musiał nauczyć się pytać, zanim coś postanowię.
— To może potrwać.
— Mam ranczo pełne głodnych mężczyzn. Jestem przyzwyczajony do trudnych rzeczy.
Roześmiałam się. On również.
Następnego ranka pierwszy wóz z mięsem ruszył do miasta. Na jego bokach połyskiwały mosiężne tabliczki z jeleniem i literami I.B. Jeb siedział na koźle, Eli pilnował rachunków, a Lucien stał przy bramie z listą dostaw w dłoni.
Podszedł do mnie tuż przed odjazdem.
— Josephine.
— Tak?
— Wędzarnia nie jest już pusta.
Spojrzałam na belki, na haki, na dym gęstniejący pod dachem.
— Nie — odpowiedziałam. — Ale jeszcze nie jest pełna.
Odwróciłam się do ludzi.
— Następne mięso na haki! Kupcy czekają!
Dwudziestu dwóch mężczyzn ruszyło jednocześnie, a ciężkie drzwi wędzarni zatrzasnęły się za nimi z głuchym łoskotem.
Nad wejściem wisiał nowy szyld.
Nie obiecywał małżeństwa.
Obiecywał dostawę.
„Żelazny Las — pierwsza partia wyjeżdża przed świtem.”













