CZĘŚĆ 4
…Przez kilka sekund nikt się nie poruszył.
Na ekranie mojego telefonu widniała fotografia polisy. Nazwisko ubezpieczonego: Olek Wolski. Obok niego Maja, Lena i Filip. Właściciel polisy: Fundusz Rodzinny Wolski.
Beneficjent: Beata Wolska.
— To niemożliwe — powiedziała Elena.
— Jest możliwe — odparła doktor Radecka. — Podpis został złożony elektronicznie, ale numer urządzenia prowadzi do kancelarii księgowego.
Roman cofnął się od stołu.
— Nie wiedziałem, że chodzi o dzieci.
Matka uderzyła dłonią w blat.
— Przestań kłamać!
— To pani powiedziała, że polisa ma zabezpieczyć przyszłość rodziny.
— Bo miała zabezpieczyć!
— Przed czym? — zapytałem.
Matka spojrzała na mnie, jakby po raz pierwszy zobaczyła nie syna, lecz człowieka, który mógł odebrać jej wszystko.
— Przed Eleną.
— Elena nie miała wtedy żadnych udziałów.
— Ale miała dzieci. A dzieci miały ciebie.
W sali zrobiło się duszno. Przez uchylone okno wpadał zapach mokrego asfaltu, a na korytarzu ktoś przesuwał metalowy wózek. Ten zwyczajny dźwięk był niemal nie do zniesienia.
— Chciałaś przejąć pieniądze z polisy? — zapytałem.
— Chciałam zapewnić wam bezpieczeństwo.
— Bezpieczeństwo nie wymaga fałszywych wyników, podrobionych listów i ukrywania dzieci.
Matka podeszła do mnie.
— Twój ojciec zostawił wszystko w rękach ludzi, którzy nie rozumieją odpowiedzialności. Twój brat uciekł za granicę. Ty byłeś słaby. Elena była bezpłodna. Musiałam coś zrobić.
Elena drgnęła.
— Nie byłam bezpłodna.
— Lekarze tak mówili.
— Lekarze, którym zapłaciłaś.
Matka nie odpowiedziała.
Wtedy do sali wszedł mężczyzna w granatowym fartuchu. Był to doktor Paweł Rybak, dyrektor kliniki, którego twarz znałem ze starych dokumentów.
— Przepraszam za spóźnienie — powiedział. — Musiałem przynieść oryginały.
Położył na stole cienką teczkę.
— Wyniki Eleny były prawidłowe. To nie była podmiana próbki w laboratorium. Pani Beata zleciła pobranie krwi innej pacjentki, a następnie opłaciła mój podpis.
Radecka zamknęła oczy.
— Paweł…
— Wiem, Maju. Wiem, co zrobiłem.
Spojrzał na mnie.
— Pańska matka zagroziła, że ujawni dokumenty dotyczące moich długów. Podpisałem raport. Potem próbowałem go wycofać, ale było za późno.
— Dlaczego mówisz o tym teraz? — zapytałem.
— Bo dziś rano Beata zażądała ode mnie kolejnej przysługi. Miałem potwierdzić, że dzieci są obciążone chorobą dziedziczną, której nie mają. Chciała podnieść wartość polisy i przejąć zarząd nad funduszem.
Elena zacisnęła palce na krawędzi stołu.
— Chciała wykorzystać nasze dzieci jako zabezpieczenie.
— Tak — odpowiedział lekarz.
Matka zrobiła krok w jego stronę.
— Uważaj.
— Nie mam już czego się bać — powiedział Rybak.
Wtedy Roman wyjął z kieszeni pendrive, ale nie podał go nikomu. Położył go między nami.
— Jest tam pełna księgowość. Wszystkie przelewy. Płatność za list. Płatność dla kliniki. Polisa. I dokument, którego Beata nie zdążyła zniszczyć.
— Jaki dokument? — spytałem.
Roman spojrzał na matkę.
— Aneks do testamentu pańskiego ojca.
Matka pobladła.
— Roman, nie waż się.
— W tym aneksie jest zapis, że jeśli którekolwiek dziecko zostanie ukryte przed biologicznym ojcem, cały rodzinny majątek przechodzi na fundację prowadzoną przez Elenę.
Elena spojrzała na mnie.
— Twój ojciec wiedział, jaka jest twoja matka.
Nie potrafiłem odpowiedzieć. Przez całe życie myślałem, że ojciec był nieobecny, bo nie interesowała go rodzina. Nagle zrozumiałem, że może właśnie dlatego sporządził ten aneks.
— Gdzie jest oryginał? — zapytałem.
Roman przełknął ślinę.
— W sejfie w domu twojej matki.
— Nie — powiedziała Beata. — Oryginału już nie ma.
— Jest — odparł Roman. — Wiem, bo to ja go tam włożyłem.
Matka rzuciła się ku niemu, ale Rybak zastąpił jej drogę. Nie było szarpaniny ani krzyku. Tylko nagły, niezgrabny ruch i metalowe krzesło przewrócone na podłogę.
Elena chwyciła telefon.
— Musimy jechać do szpitala.
— Jadę z tobą — powiedziałem.
— Adrian…
— Nie proszę cię o miejsce w ich życiu. Proszę o możliwość być przy nich, kiedy lekarz powie, że coś im jest.
Jej twarz stwardniała.
— Jeśli przyjedziesz tam jako ojciec, nie jako człowiek próbujący odkupić winę, możesz je przestraszyć.
— Wiem.
— Nie wiesz. Nie znasz ich ulubionych bajek. Nie wiesz, że Filip boi się suszarek do rąk, a Lena chowa skarpetki pod poduszkę. Nie wiesz, że Maja nie je jabłek, jeśli ktoś ich wcześniej nie przekroi. Nie wiesz, że Olek liczy schody.
Każde zdanie trafiało we mnie jak kamień.
— To mi pozwól się dowiedzieć.
Elena patrzyła na mnie długo.
— Jedź za nami. Nie obok nas.
— Dobrze.
Matka roześmiała się krótko.
— Naprawdę myślisz, że to zakończysz jednym dokumentem? Spółka jest zadłużona. Kredyty są na twoje nazwisko. Jeśli przejmiesz udziały, przejmiesz także długi.
Roman otworzył usta, ale ja podniosłem rękę.
— Jakie długi?
— Te, które podpisałeś przed ślubem — powiedziała matka. — Pamiętasz? Pożyczka na zakup pierwszego mieszkania.
Elena spojrzała na mnie.
— Myślałam, że spłaciłeś ją trzy lata temu.
— Ja też.
Roman spuścił głowę.
— Pani Beata przepisywała raty na konto spółki. Adrian nadal jest dłużnikiem.
Nagle zrozumiałem, czego naprawdę chciała matka. Nie tylko władzy. Chciała, żebym pozostał zależny. Gdybym dowiedział się o dzieciach, odziedziczyłbym udziały i natychmiast zobaczyłbym, że pod nimi nie ma majątku, tylko puste konta i cudze zobowiązania.
Elena chwyciła teczkę.
— Jedźmy.
Szpital znajdował się dziesięć minut od kliniki. W poczekalni pachniało środkiem dezynfekującym, a automaty z napojami buczały pod ścianą. Czwórka dzieci siedziała na plastikowych krzesłach. Olek trzymał w ręce mały drewniany samolot.
Gdy mnie zobaczył, nie uciekł.
— To ten pan z telewizora? — zapytał.
Elena uklękła obok niego.
— Nie, kochanie. To Adrian.
— Ten Adrian?
Nie wiedziałem, co odpowiedzieć.
— Ten — powiedziała.
Olek przyjrzał mi się uważnie.
— Masz taki sam dołeczek.
— Ty też.
— Wiem. Mama mówi, że to nie jest najważniejsze.
Poczułem pieczenie pod powiekami.
— Mama ma rację.
Lekarz zabrał Olka i Maję na badania. Po czterdziestu minutach wrócił z wynikami. Nie było choroby. Było zaburzenie krzepnięcia, łagodne i możliwe do kontrolowania. Matka znała wyniki, ale wykorzystała ich niepewność, żeby stworzyć fałszywe zagrożenie.
Elena oparła czoło o ścianę.
— Przepraszam — powiedziałem.
— Za co konkretnie?
— Za odejście. Za to, że uwierzyłem w cudze słowa. Za każdy dzień, w którym nie wiedziałem, jak mają na imię moje dzieci.
— Przeprosiny nie oddają pięciu lat.
— Wiem.
— I nie chcę, żebyś próbował je odkupić pieniędzmi.
— Nie będę.
— Ani prezentami.
— Nie będę.
— Ani wielkimi obietnicami.
— Nie umiem ich składać.
Po raz pierwszy od naszego spotkania Elena prawie się uśmiechnęła.
— To akurat pamiętam.
Nazajutrz Roman otworzył sejf w domu matki. Aneks do testamentu leżał pod pudełkiem ze starymi zegarkami ojca. Oprócz niego znaleźliśmy kopie listów, przelewy i cztery akty urodzenia, które matka przechowywała w osobnej teczce.
Nie dlatego, że chciała pamiętać o wnukach.
Po prostu potrzebowała dowodu, że są jej własnością.
Rodzinna spółka została rozwiązana. Udziały zgodnie z wolą ojca przekazano fundacji Małe Gniazda, a Elena przeznaczyła ich część na bezpłatne leczenie dzieci pracowników. Długi, które matka ukrywała, spłacono ze sprzedaży jej prywatnych nieruchomości.
Nie trafiła do więzienia. Zgodziła się podpisać ugodę i oddać cały majątek, ale najtrudniejszą karą okazało się coś innego.
Nikt z rodziny nie chciał już z nią rozmawiać.
Nawet Roman.
Doktor Rybak stracił prawo wykonywania zawodu, lecz przedtem zeznawał przeciwko niej i przekazał klinice wszystkie dokumenty. Doktor Radecka została doradczynią fundacji. Codziennie przychodziła do Małych Gniazd i uczyła dzieci robić papierowe ptaki.
Ja nie dostałem automatycznie miejsca w ich życiu.
Dostałem harmonogram.
W poniedziałki odbierałem dzieci z zajęć. We wtorki uczyłem się, jak Olek liczy schody, dlaczego Filip nie znosi suszarek i jak przekroić jabłko, żeby Maja nie odsunęła talerza. Lena nadal chowała skarpetki pod poduszkę, ale pewnego dnia znalazłem tam także mój stary zegarek.
— To na szczęście — wyjaśniła.
— Myślałem, że chowasz tylko skarpetki.
— Zegarek też jest mały.
Elena stała w drzwiach i obserwowała nas bez uśmiechu, lecz również bez lęku.
— Możesz go zatrzymać — powiedziałem do Leny.
— A jeśli zgubisz drugi?
— Wtedy będę musiał ci dać trzeci.
— Dobrze. Ale ten chcę oddać mamie.
Podeszła do Eleny i podała jej zegarek.
Elena wzięła go ostrożnie.
— Po co mi?
— Żebyś wiedziała, która godzina jest na schodach.
Elena spojrzała na mnie. Zrozumiała, że Lena powtarza żart, którego nauczyła się ode mnie zaledwie tydzień wcześniej.
Nie wybaczyła mi wtedy.
Ale pozwoliła mi zostać na kolacji.
Kilka dni później pojechaliśmy do siedziby Małych Gniazd. Na ścianie wisiał drewniany szyld z czterema wyciętymi gniazdkami. To pęknięte Elena kazała wymienić.
— Dlaczego było pęknięte? — zapytałem.
— Olek rzucił w nie klockiem.
— Złościł się?
— Bał się, że kiedyś odejdziesz tak jak ktoś inny.
Spojrzałem na chłopca. Siedział pod stołem i układał cztery figurki ptaków w równym szeregu.
— Mogę coś naprawić? — zapytałem.
Elena podała mi młotek.
— Nie szyld. To już zrobiłam.
— Co więc?
Wskazała na półkę z dokumentami. Stała tam nowa teczka, tym razem bez zamka.
— Zbuduj im półkę na wszystkie rzeczy, których nie chcę już chować.
Wziąłem deski i usiadłem na podłodze. Dzieci podały mi gwoździe, choć dwa razy zgubiły je pod dywanem. Elena przyniosła cztery papierowe ptaki i ustawiła je nad półką.
Kiedy skończyliśmy, Olek przyłożył swój drewniany samolot do pękniętego miejsca w starym szyldzie.
— Tato — powiedział, nie patrząc na mnie. — Jutro też przyjdziesz?
Młotek wysunął mi się z dłoni.
Elena nie odpowiedziała za mnie.
Tym razem to ja uklęknąłem przy dziecku.
— Jutro przyjdę przed tobą.
Olek skinął głową, jakby właśnie o to pytał od pięciu lat.
A potem wsunął swój drewniany samolot w pęknięte gniazdko na szyldzie i powiedział:
— To dobrze. Bo mamy jeszcze cztery schody do policzenia.
Przegapiłeś początek?













