Siostra Lucía znów ogłosiła ciążę za zamkniętymi drzwiami klasztoru, a gdy zapytałam o nocne wizyty, jej uśmiech zniknął

—Matko Tereso, jestem chyba znowu w ciąży.

Ołówek wypadł mi z dłoni i potoczył się po biurku, zatrzymując przy małym drewnianym naparstku z wyrzeźbioną jaskółką. Należał do mojej matki. Zawsze trzymałam go obok księgi klasztornych rachunków, jakby ten drobiazg mógł przypominać mi, że nie każda tajemnica kończy się nieszczęściem.

Siostra Lucía stała przede mną z siedmiomiesięcznym Emilianem przy piersi. Drugi syn, Mateo, ciągnął za sznurek przy jej habicie.

—Znowu? —powtórzyłam.

Lucía spuściła wzrok.

—Od kilku dni rano jest mi niedobrze. Kręci mi się w głowie. Czuję dokładnie to samo, co poprzednio.

Trzecia ciąża w ciągu trzech lat.

W klasztorze świętej Klary, położonym na uboczu spokojnego miasteczka w Pensylwanii, brzmiało to jak bluźnierstwo przeciwko prawom natury.

Mężczyźni nie mogli wchodzić do części mieszkalnej. Nigdy. Nie po zmroku, nie za zgodą przełożonej, nie z żadnym narzędziem ani usprawiedliwieniem. Główna brama była zamykana o dziewiętnastej. Okna miały kraty. Każde wejście zapisywano w grubym zeszycie przy furcie.

A jednak Lucía urodziła już dwa razy.

Za każdym razem przysięgała, że nie złamała ślubów. Nie wymykała się. Nie spotykała z żadnym mężczyzną. Nie wiedziała, jak mogła zajść w ciążę.

Po narodzinach Emila sprawdziłam cały klasztor osobiście. Dach, piwnicę, wieżę, ogród, składzik drewna, każde okno i każdą zasuwę. Wymieniłam zamki. Przejrzałam nocne zapisy.

Nie znalazłam niczego.

Teraz Lucía znów była blada i milcząca.

—Wezwę doktor Reynolds —powiedziałam.

—Nie chcę kolejnego badania —szepnęła.

—Tym razem nie chodzi tylko o ciążę.

Kiedy wyszła podgrzać mleko dla Emila, zauważyłam coś obok krzesła. Wąski, biały pasek medycznej taśmy. Na jednym końcu miał zaschniętą brązową kropkę i pachniał spirytusem.

Doktor Rachel Reynolds przyjechała przed południem. Zbadała Lucíę w małym gabinecie za kaplicą, a potem zapięła skórzaną torbę.

—Jest w ciąży —powiedziała.

Lucía przeżegnała się.

Ja nie potrafiłam.

Pokazałam doktorce taśmę.

Jej twarz natychmiast stężała.

—To nie pochodzi ode mnie.

—Proszę obejrzeć jej ramię —odparłam.

Lucía cofnęła się.

—Dlaczego?

—Bo muszę coś sprawdzić.

Po chwili na wewnętrznej stronie jej przedramienia zobaczyliśmy świeży, czerwony ślad.

—Kiedy to się stało? —zapytała Rachel.

—Nie wiem.

—Czy ktoś podawał ci zastrzyk?

—Nie.

—Zakładał wenflon?

Lucía przycisnęła Emila mocniej do piersi.

—Nie.

Doktor Reynolds spojrzała na mnie.

—Ktoś mógł podać jej lek, kiedy spała.

W pomieszczeniu zrobiło się cicho.

Lucía pobladła.

—Moje dzieci śpią ze mną.

Tego popołudnia przeniosłam ją do pokoju obok mojego gabinetu. Wymieniłam zamek własnymi rękami. Były tylko dwa klucze. Jeden dostała Lucía. Drugi zawiesiłam na szyi.

Wieczorem zebrałam wszystkie siostry w refektarzu.

—Od tej chwili nikt nie przynosi Lucíi herbat, leków ani ziół bez zgody doktor Reynolds.

Siostra Beatriz, która od dwunastu lat prowadziła klasztorną apteczkę, zrobiła krok do przodu.

—Przygotowuję jej napar na sen. Bez niego nie odpocznie.

—Dziś odpocznie bez niego.

Beatriz zacisnęła palce na metalowym kubku.

PRZECZYTAJ TAKŻE:  Mój mąż przez jedenaście dni głodował po tym, jak dostał dowód śmierci syna, lecz prosta kucharka położyła przed nim miskę zupy i powiedziała, że jego dziecko wciąż żyje

—Matko, nie możesz podejrzewać wszystkich.

—Nie podejrzewam wszystkich. Zaczynam sprawdzać każdego.

Przez sekundę w jej oczach zobaczyłam nie złość, lecz czysty strach.

Tej nocy usiadłam przy drzwiach pokoju Lucíi. Za oknem padał drobny śnieg, a zegar w korytarzu wybijał kolejne minuty. O drugiej trzynaście usłyszałam cichy trzask zamka.

Klucz wciąż wisiał na mojej szyi.

Lucía spała. Dzieci również.

Klamka powoli zaczęła opadać, a z korytarza wsunęła się czyjaś dłoń z cienką brązową teczką…

CZĘŚĆ 2

Dłoń zatrzymała się w połowie ruchu.

Wstałam bezszelestnie, chwyciłam świecznik i zapaliłam lampę.

—Nie ruszaj się.

Osoba za drzwiami drgnęła. To była siostra Beatriz.

W jednej ręce trzymała teczkę, w drugiej małą latarkę z pękniętym szkiełkiem.

—Co robisz pod tym pokojem o drugiej w nocy? —zapytałam.

—Przyszłam sprawdzić, czy dzieci oddychają.

—Bez pukania?

—Bałam się, że je obudzę.

—A teczka?

Beatriz przycisnęła ją do piersi.

—Dokumenty z apteczki.

—W środku nocy?

Nie odpowiedziała.

Za moimi plecami Lucía nagle się poruszyła. Emil zapłakał, a Mateo usiadł na posłaniu i zaczął szukać matki po omacku.

Beatriz odwróciła głowę w ich stronę.

Wtedy zobaczyłam, że na jej mankiecie znajduje się ten sam biały ślad po taśmie medycznej.

—Otwórz teczkę —powiedziałam.

—Matko, nie masz prawa.

—To mój klasztor. Otwórz ją.

—Nie rozumiesz, co robisz.

—Właśnie dlatego pytam po raz ostatni.

Beatriz nie zdążyła odpowiedzieć. Z korytarza dobiegł dźwięk tłuczonego szkła. Ktoś upuścił słoik w apteczce.

Beatriz odruchowo wybiegła.

Pobiegłam za nią.

W apteczce paliła się tylko mała lampka olejowa. Na podłodze leżały rozbite fiolki, a drzwi na podwórze były uchylone. Zamek nie nosił śladów włamania.

—Kto tu był? —krzyknęłam.

Beatriz stała przy półce, zupełnie nieruchoma.

—Nie wiem.

—Kłamiesz.

—Nie wiem, przysięgam.

Doktor Reynolds przyjechała o szóstej rano. Znalazła na ramieniu Lucíi ślady dwóch wkłuć, nie jednego. Pobrała krew i zamknęła ją w metalowym pojemniku.

—Musimy zabrać ją do szpitala —powiedziała.

—Nie wyjedzie sama —odparłam.

Lucía zacisnęła dłonie na kocu.

—Jeśli ktoś robi to od trzech lat, może zrobić coś moim dzieciom.

—Nie pozwolę na to —powiedziałam.

—Już raz pani tak mówiła —szepnęła. —A mimo to wszystko działo się za pani drzwiami.

Te słowa zabolały bardziej, niż chciałam przyznać.

O ósmej zebrałam siostry w kaplicy i zamknęłam bramę na dodatkową zasuwę. Na stole położyłam teczkę Beatriz. Nie znalazłam w niej leków. Były tam kopie rachunków, numery przesyłek i kilka kartek z pieczęcią kliniki, której nazwy nigdy wcześniej nie widziałam.

—Co to jest? —zapytałam.

Beatriz miała suche usta.

—Stare dokumenty.

—Dlaczego na każdej stronie widnieje nazwisko Lucíi?

Siostry zaczęły szeptać.

—To nie tak, jak myślisz —powiedziała Beatriz.

—W takim razie powiedz, jak jest.

Drzwi kaplicy otworzyły się gwałtownie. W progu stał ksiądz Esteban, opiekun klasztoru. Nie powinno go tam być. Przyjeżdżał tylko w niedzielne poranki i nigdy nie wchodził do części mieszkalnej.

PRZECZYTAJ TAKŻE:  CZĘŚĆ 4 — Kochanka mojego męża przyniosła do salonu pierścionek i jego największą tajemnicę, a kiedy na mnie spojrzała, uśmiech zniknął

—Musimy porozmawiać na osobności —powiedział.

—Nie.

—Matko Tereso, to sprawa Kościoła.

—To sprawa dzieci.

Jego twarz stwardniała.

—Jeśli rozpętasz skandal, klasztor zostanie zamknięty.

—Jeśli ktoś podaje ciężarnej kobiecie leki bez jej wiedzy, skandal już się wydarzył.

Esteban spojrzał na teczkę.

—Nie wiesz, co w niej jest.

—Wiem, że próbowałeś ją zabrać.

—To ostrzeżenie.

—To groźba?

—To ostatnia szansa, żeby zachować spokój.

Po jego wyjściu Lucía znalazła mnie w gabinecie. Trzymała Emila na rękach, a chłopiec bawił się srebrnym łańcuszkiem od naparstka, który zdjęłam wcześniej z szyi.

—Matko —powiedziała —przypomniałam sobie coś z pierwszej ciąży.

—Co?

—Budziłam się nocami, ale nie mogłam poruszyć ciałem. Słyszałam metalową tacę. A potem głos Beatriz.

Zamarłam.

—Co mówiła?

Lucía podniosła wzrok.

—Powtarzała: „Jeszcze tylko raz, a potem wszystko się skończy”.

Tego samego wieczoru doktor Reynolds zadzwoniła z miasta. Jej głos był cichy i urywany.

—Tereso, wyniki są gotowe. To nie jest zwykłe zatrucie ani środek nasenny. W jej krwi jest lek stosowany przed zabiegiem zapłodnienia.

—Jakim zabiegiem?

—Takim, którego nikt nie mógł wykonać bez przygotowania i dokumentacji.

—Kto ją leczył?

Po drugiej stronie zapadła cisza.

—Przejrzałam archiwum kliniki. Znalazłam coś, czego nie powinno tam być. Przyjedź natychmiast. I zabierz Lucíę.

W tej samej chwili ktoś wsunął kopertę pod drzwi mojego gabinetu.

Na froncie widniało moje nazwisko, a pod nim jedno zdanie: „Jeśli otworzysz ją przed świtem, poznasz prawdę o wszystkich trzech dzieciach…”

CZĘŚĆ 3

Rozdarłam kopertę, zanim zdążyłam pomyśleć o ostrzeżeniu.

W środku znajdował się pendrive, trzy fotografie ultrasonograficzne i kopia formularza zgody. Na każdej stronie widniał podpis Lucíi, ale wszystkie podpisy wyglądały identycznie, jakby ktoś skopiował jeden wzór.

Doktor Reynolds przyjechała przed świtem. Zamknęłyśmy się w gabinecie razem z Lucíą, Beatriz i księdzem Estebanem. Na stole leżał mój drewniany naparstek z jaskółką. Położyłam go tam, żeby ręce przestały mi drżeć.

—Odtwórz nagranie —powiedziała Rachel.

Beatriz gwałtownie wstała.

—Nie rób tego.

—Usiądź —odparłam.

Z głośnika popłynął szum. Potem głos Estebana.

—Nie możemy pozwolić, żeby klasztor umarł. Potrzebujemy pieniędzy, a program może działać latami.

Drugi głos należał do Beatriz.

—Ona nie wie, co podpisuje.

—Właśnie dlatego ją wybraliśmy. Jest posłuszna, samotna i nikt jej nie uwierzy.

Lucía zakryła usta dłonią.

Nagranie trwało dalej.

—Pierwszy embrion się przyjął —mówiła nieznana kobieta. —Dziecko zostanie przy niej, żeby nie wzbudzać podejrzeń. Przy kolejnych transferach trzeba tylko zwiększyć dawkę środka uspokajającego.

Rachel zatrzymała nagranie.

W pokoju słychać było wyłącznie tykanie zegara.

—Emil i Mateo… —Lucía z trudem wydobyła głos. —Oni nie są przypadkiem?

Doktor Reynolds otworzyła teczkę z wynikami.

—Nie. Oba zarodki zostały wszczepione podczas zabiegów przeprowadzonych tutaj, w klasztornej apteczce. Trzecia ciąża również.

—Kto jest ojcem? —spytała Lucía.

Rachel spojrzała na nią z bólem.

—Dawcą był mężczyzna z banku nasienia. Nie znamy jego nazwiska. Ale dzieci są twoje biologicznie. To nie zmienia faktu, że oszukano cię i podano leki bez zgody.

PRZECZYTAJ TAKŻE:  CZĘŚĆ 4 — Po moim omdleniu w rezydencji Marino zażądano mojej teczki, a gdy Luca zobaczył pierwszą kartkę, jego twarz nagle pobladła

Lucía zaczęła płakać bezgłośnie.

Beatriz osunęła się na krzesło.

—Ja nie chciałam jej skrzywdzić.

—Wstrzykiwałaś jej leki —powiedziałam.

—Esteban powiedział, że to jedyny sposób, by uratować klasztor. Firma płaciła za każdy udany transfer. Miałam długi. Grozili, że zabiorą mi dom.

—A dzieci? —spytała Lucía. —Chcieli je sprzedać?

Esteban odwrócił wzrok.

—Nie. Miały zostać z tobą. To był projekt badawczy.

Rachel uderzyła dłonią w stół.

—Projekt badawczy bez świadomej zgody? Z fałszywymi podpisami? Z ciężarną kobietą, którą usypialiście w jej własnym pokoju?

Esteban wstał.

—Nie macie dowodu, że to ja.

—Mamy nagranie —odparłam.

—Nagranie można zmanipulować.

Wtedy otworzyły się drzwi. W progu stała policjantka z naszego miasteczka, a za nią dwóch funkcjonariuszy.

—Doktor Reynolds zadzwoniła do nas godzinę temu —powiedziała. —I przekazała kopie dokumentów.

Twarz Estebana poszarzała.

Beatriz zaczęła szlochać.

Lucía przyciągnęła dzieci do siebie.

Myślałam, że wreszcie wszystko się skończyło.

Wtedy telefon Rachel zadzwonił.

Odebrała, słuchała zaledwie kilka sekund, a potem spojrzała na mnie.

—Tereso, laboratorium odnalazło pełną kartę dawcy. I jest na niej coś jeszcze.

—Co?

Rachel pobladła.

—Trzeci embrion nie pochodził z tego samego programu. Został oznaczony jako materiał przeznaczony do zniszczenia, ale ktoś zmienił jego numer. A nazwisko osoby, która zleciła tę zmianę, to nie Esteban.

Spojrzała na Beatriz.

Siostra uniosła głowę, jakby właśnie usłyszała wyrok.

—To niemożliwe —wyszeptała. —On powiedział, że wszystko robił sam.

Telefon zadzwonił ponownie. Tym razem Rachel włączyła głośnik.

—Pani Alvarez —powiedział nieznany mężczyzna —jeśli chce pani, żeby dziecko urodziło się bezpiecznie, proszę natychmiast wypuścić księdza Estebana. Inaczej jutro rano ktoś odbierze wam wszystkie dzieci…

FINAŁOWA CZĘŚĆ

To, co usłyszał na nagraniu, odebrało mu głos…

Myślałam, że odkrycie prawdy zakończy koszmar. Nie wiedziałam, że najtrudniejsza rozmowa dopiero przede mną. Ten finał zmienił wszystko.

Kiedy odtworzono nagranie, Esteban po raz pierwszy usłyszał siebie.
„Nie wrócę do kłamstwa, żeby komuś było wygodniej”.
W pokoju zapadła cisza.

😱 POZNAJ ICH TAJEMNICĘ →

👇 Finał tej historii jest już otwarty

Rate article
Siostra Lucía znów ogłosiła ciążę za zamkniętymi drzwiami klasztoru, a gdy zapytałam o nocne wizyty, jej uśmiech zniknął
Mąż zaoferował mi pieniądze za nowo narodzone bliźnięta, lecz po moim podpisie jego matka nagle straciła uśmiech