
CZĘŚĆ 4
Agent nie dokończył zdania, bo telefon zadzwonił ponownie.
Tym razem na ekranie pojawił się numer kliniki.
— Proszę odebrać — powiedział Dominic.
Agent włączył głośnik.
— Tu doktor Irena Walsh — odezwał się kobiecy głos. — Czy rozmawiam z kimś z rodziny Daniela Hayesa?
— Jestem jego siostrą — powiedziałam.
— W takim razie musi pani natychmiast przyjechać. Zostawił tu depozyt, który miał zostać wydany wyłącznie pani. Dziś rano pojawił się mężczyzna podający się za prawnika pana Rossiego.
Leo szarpnął się w kajdankach.
— Nie wiecie, z czym macie do czynienia — syknął.
Agent odsunął go od drzwi.
— Wiemy wystarczająco dużo, żeby zabrać pana do aresztu.
Dominic próbował wstać.
— Najpierw lekarz dla niego — powiedziałam.
— Pani Hayes — odezwał się agent. — W tej chwili powinna pani myśleć o własnym bezpieczeństwie.
— Myślę o obu rzeczach.
Dominic spojrzał na mnie z czymś, czego wcześniej u niego nie widziałam.
Nie była to duma.
To była zgoda.
— Zabierzcie mnie do szpitala — powiedział. — A potem przekażcie Norę pod ochronę.
— Nie potrzebuję ochrony — zaprotestowałam.
— Potrzebujesz — odparł. — I tym razem nie będę za ciebie decydował. Pytam tylko, czy ją przyjmiesz.
To pytanie zabolało bardziej niż jego wcześniejsze kłamstwa.
Kiwnęłam głową.
— Przyjmę.
Kiedy ratownicy przenosili Dominica na nosze, jedna z kropli krwi spadła na metalową jaskółkę leżącą na podłodze. Przetarłam ją kciukiem, lecz ślad pozostał w zagłębieniu skrzydeł.
Pół godziny później siedziałam w samochodzie agenta, a posiadłość Rossiego znikała za drzewami.
W klinice pachniało środkiem dezynfekującym i kawą z automatu. Doktor Walsh zaprowadziła mnie do małego gabinetu na końcu korytarza.
— Daniel przyszedł tu dwa dni przed śmiercią — powiedziała. — Miał rozciętą wargę i złamane żebro. Nie chciał policji. Zostawił kopertę oraz nagranie dla pani.
Tym razem nie była to zagadka.
Daniel mówił do mnie prosto, jakby siedział naprzeciwko.
— Nora, jeśli to słyszysz, nie ufaj temu, kto będzie próbował wmówić ci, że musiał cię okłamywać. Dominic nie kazał mnie zabić. Przeciwnie, chciał wyciągnąć mnie z miasta, ale Leo dowiedział się o planie. Dominic przez całe życie budował mur wokół siebie, a ja myliłem mur z siłą. Jeśli coś stanie się mnie, nie pozwól, żeby ten mur pochłonął także ciebie.
Płakałam bezgłośnie.
Doktor Walsh położyła przede mną drugą kopertę.
— Jest jeszcze to.
W środku znalazłam umowę, zgodnie z którą Dominic zabezpieczył pieniądze na leczenie i mieszkanie dla rodzin pracowników, których Leo szantażował. Była tam także kartka napisana ręką Dominica.
„Nie proszę o wybaczenie. Proszę tylko, żebyś nie pozwoliła mi znowu odebrać ci wyboru.”
W szpitalu Dominic przeszedł operację tej samej nocy. Zakażenie było blisko krwiobiegu, ale lekarze zdążyli je zatrzymać.
Następnego popołudnia wszedł do sali śledczy, a Dominic słuchał nagrania z biblioteki przez mały głośnik.
Po raz pierwszy usłyszał własny głos wypowiadający słowa, które wcześniej ignorował.
— Jeśli Danielowi coś się stanie, spalę każdego, kto go tknął.
Nagranie urwało się.
Dominic siedział nieruchomo.
— Powiedziałem to — wyszeptał.
— Tak.
— A mimo to go nie ochroniłem.
Nie miałam dla niego pocieszenia. Nie tym razem.
Śledztwo trwało trzy tygodnie. Przelewy prowadziły do kont Leo, dwóch urzędników i ludzi Santoro. Nagranie zawierało przyznanie się Leo do zorganizowania napadu. Dzięki kopii ukrytej w spince śledczy odnaleźli też miejsce, w którym przetrzymywano kierowcę Daniela.
Mężczyzna przeżył.
To on potwierdził wszystko.
Leo przyznał się do winy dopiero wtedy, gdy jego adwokat odmówił dalszej współpracy bez pełnego ujawnienia majątku.
— Nie będę bronił człowieka, który wciąż próbuje płacić świadkom — powiedział mu w sądzie.
Dominic również stanął przed sędzią. Nie jako król, którego wszyscy bali się nazwać, lecz jako człowiek odpowiadający za lata przemocy i milczenia. Przyjął ugodę, przekazał część majątku rodzinom ofiar i zgodził się zeznawać przeciwko swoim dawnym wspólnikom.
Nie cieszyłam się z jego upadku.
Po prostu przestałam go przed nim ratować.
Pokój Daniela w moim mieszkaniu pozostał zamknięty przez miesiąc. Kiedy w końcu otworzyłam drzwi, zobaczyłam jego kubek z odpryśniętym uchem, stos rachunków i fotografię, na której oboje mieliśmy po siedemnaście lat.
Na biurku leżała pusta podstawka po spince.
Mosiężną jaskółkę nosiłam teraz w kieszeni, nie we włosach.
Sześć tygodni później przeprowadziłam się do Pittsburgha i zaczęłam pracę w oddziale ratunkowym małego szpitala. Wynajęłam mieszkanie nad piekarnią. Każdego ranka budził mnie zapach cynamonu, a nie cisza ogromnego domu.
Kupiłam żółte zasłony.
Naprawiłam zamek w drzwiach.
Po raz pierwszy od lat przestałam sprawdzać, czy na korytarzu ktoś stoi.
W niedzielę odwiedził mnie Dominic. Przyjechał sam, bez ochroniarzy, w prostym płaszczu. Blizna po operacji ciągnęła się od obojczyka ku ramieniu.
— Mogę wejść? — zapytał.
— Możesz.
Nie ruszyłam się z miejsca.
— Nie przyszedłem prosić, żebyś wróciła do posiadłości.
— Dobrze.
— Sprzedałem ją.
— Wiem.
— Skąd?
— Gazety piszą o tym, kiedy wielki dom przestaje być wielkim domem.
Opuścił wzrok.
— Leczę się.
— To dobrze.
— Nie wiem, co mam zrobić z resztą życia.
— Tym razem będziesz musiał sam się dowiedzieć.
Przyjął te słowa bez gniewu.
— Czy możesz mi kiedyś wybaczyć?
Spojrzałam na jego twarz. Był żywy. To wystarczało, bym nie musiała życzyć mu niczego złego.
— Mogę przestać być na ciebie zła. Ale nie mogę oddać ci tego, co zbudowałam bez ciebie.
— Rozumiem.
Tydzień później przysłał mi ostatnią wiadomość.
„Daniel miał rację. Mur nie jest siłą. Dziękuję, że nie pozwoliłaś mi umrzeć.”
Odpisałam tylko:
„Żyj tak, żeby nie trzeba było cię ratować.”
Potem usunęłam wiadomość.
Zimą córka sąsiadki, mała Elise, przyniosła mi rysunek. Narysowała na nim kobietę w białym fartuchu, czerwone serce i ogromną jaskółkę nad domem.
— To ty? — zapytałam.
— Tak. Jaskółka pilnuje, żeby wszyscy wracali do domu.
Przypięłam rysunek magnesem do lodówki.
Mosiężną spinkę położyłam na parapecie.
Światło poranka prześlizgnęło się po jej skrzydłach i rzuciło na ścianę mały, drżący cień.
Tym razem nie prowadził mnie z powrotem do żadnego mężczyzny.
Prowadził mnie do siebie.
Przegapiłeś początek?










