Przyjęłam nocną pracę u rannego szefa mafii, lecz gdy zobaczył moją spinkę, nagle przestał oddychać

Kiedy weszłam do sypialni Dominica Rossiego, jego krew zdążyła już przesiąknąć przez grube, lniane prześcieradło i spłynąć na marmurową podłogę.

Zatrzymałam się przy drzwiach tylko na sekundę.

Potem odłożyłam torbę, wyjęłam nożyczki i podeszłam do łóżka, choć sześciu pielęgniarzy uciekło z tej posiadłości w ciągu pięciu dni.

Jedna wyjechała stąd zapłakana. Druga złamała nadgarstek, gdy Dominic strącił tacę, a ona uderzyła o stół. Trzecia podobno rzuciła pracę jeszcze przed świtem, zostawiając samochód z otwartymi drzwiami na podjeździe.

Ja miałam w portfelu siedemdziesiąt cztery centy, wypowiedzenie mieszkania w torebce i rachunek za prąd, którego nie mogłam opłacić.

Nie zamierzałam być siódmą.

— Nie wolno panu umrzeć podczas mojej zmiany — powiedziałam.

Dominic spojrzał na mnie spod ciężkich powiek. Był blady, spocony i tak gorący, że ciepło biło od niego nawet z odległości kilku kroków. Pod poduszką widziałam zarys pistoletu.

— Moja krew. Mój dom. Mój wybór — wychrypiał.

— Nie.

Zmarszczył brwi.

— Co powiedziałaś?

— Powiedziałam: nie.

Podeszłam bliżej i rozcięłam nożyczkami zakrwawiony bandaż. W tej samej chwili poczułam znajomy, słodkawy zapach zakażenia. Rana na prawym barku była źle zszyta. Brzegi spuchły, pod skórą zbierała się ropa, a czerwone smugi wspinały się ku obojczykowi.

— Potrzebuje pan szpitala.

— Nie jadę do szpitala.

— To nie była prośba.

— A moja odpowiedź nie podlega negocjacji.

— W takim razie będziemy negocjować, dopóki nie zmieni pan zdania.

Jego palce zacisnęły się na moim nadgarstku. Mocno. Poczułam nacisk obrączki z czarnego metalu, którą nosił na małym palcu.

— Łamię palce ludziom, którzy mnie drażnią — powiedział cicho.

— A ja nastawiam palce ludziom, którzy próbują mnie przestraszyć.

Przez kilka sekund patrzyliśmy na siebie bez słowa.

W końcu mnie puścił.

Oczyściłam ranę, usunęłam zakażoną tkankę, założyłam wkłucie i podałam antybiotyk. Dominic nie krzyczał, ale zgniatał prześcieradło lewą dłonią tak długo, aż kostki zbielały.

— Kto pana zszywał? — zapytałam.

— Weterynarz.

— Proszę więcej tam nie chodzić z ludźmi.

Kącik jego ust drgnął. Prawie się uśmiechnął, lecz zaraz skrzywił się z bólu.

O drugiej trzynaście w nocy obudził mnie skrzyp materaca. Dominic próbował wstać.

— Dokąd pan idzie?

— Do łazienki.

— Nie jest pan w stanie przejść dwóch metrów.

— Nie pytam o pozwolenie.

Wstał. Następnie zachwiał się i runąłby na podłogę, gdybym nie chwyciła go pod ramię. Był ogromny, ciężki i wściekły, że zobaczyłam jego słabość.

— Odejdź ode mnie — syknął.

— Najpierw napij się wody.

— Nie jestem spragniony.

— To bardzo ciekawe. Pij.

Wziął szklankę. Odwróciłam wzrok, żeby nie odbierać mu resztek godności.

Rano gorączka spadła. Po południu znowu wzrosła.

Tego samego dnia, o siedemnastej, zobaczyłam w korytarzu mężczyznę w mokrym płaszczu. Rozmawiał z zarządcą domu, Leo Mercerem, i trzymał w dłoni fotografię mojego brata Daniela, który zginął trzy miesiące wcześniej.

Zanim zdążyłam podejść, mężczyzna odwrócił się i zniknął za drzwiami biblioteki.

— Skąd on miał zdjęcie Daniela? — zapytałam Leo.

Twarz zarządcy stężała.

— Nie wiem, o czym pani mówi.

PRZECZYTAJ TAKŻE:  CZĘŚĆ 4 — Zostawili mnie w lesie bez telefonu, żeby przejąć moje pieniądze, lecz gdy lekarz zadzwonił do syna, jego twarz nagle stężała

— Widziałam je.

— W tym domu lepiej nie widzieć zbyt wiele.

Wieczorem, gdy zmieniałam Dominicowi opatrunek, zauważyłam na jego biurku małą metalową szkatułkę. Na wieczku widniała wygrawerowana jaskółka, identyczna jak ta na mosiężnej spince, którą moja matka dała mi przed śmiercią.

Dominic spojrzał najpierw na szkatułkę, potem na moją włosy.

Nagle przestał oddychać.

— Skąd masz tę spinkę? — zapytał.

Jego głos nie brzmiał już jak głos chorego człowieka. Brzmiał jak ostrze.

Zanim odpowiedziałam, na korytarzu rozległy się szybkie kroki. Ktoś przekręcił zamek w drzwiach. Dominic sięgnął pod poduszkę, a ja zacisnęłam palce na mosiężnej jaskółce, gdy klamka zaczęła opadać…

CZĘŚĆ 2

Klamka opadła do końca, ale drzwi się nie otworzyły. Leo wsunął klucz w zamek i przekręcił go od środka.

— Nikt nie może teraz wejść — powiedział.

Dominic uniósł broń, lecz ręka drżała mu z gorączki.

— Wyjdź, Leo.

— Musimy porozmawiać.

— Powiedziałem: wyjdź.

Zarządca spojrzał na mnie, potem na opatrunek. W jego dłoni połyskiwała cienka, czarna rękawiczka. Poczułam, jak zimno przechodzi mi po karku.

— Pani Hayes, proszę poczekać na dole.

— Nie ruszę się stąd, dopóki pacjent nie będzie bezpieczny.

Leo uśmiechnął się bez ciepła.

— Wszyscy, którzy tu pracują, mówią dokładnie to samo pierwszego dnia.

— A którego dnia przestają?

Jego uśmiech zniknął.

Dominic wycelował broń w podłogę między nami.

— Wyjdź.

Leo odłożył klucz na stolik. Metal uderzył o drewno z cichym, nieprzyjemnym dźwiękiem.

— Jutro rano przyjedzie lekarz — powiedział. — Do tego czasu niech pan nie robi niczego głupiego.

— To rada czy groźba?

— W tym domu różnica dawno przestała mieć znaczenie.

Wyszedł.

Przez kilka sekund słyszeliśmy jego kroki na dywanie. Potem zapadła cisza.

— Teraz odpowiesz — powiedział Dominic.

— Spinka należała do mojej matki.

— Daniel nosił ją przy sobie?

Serce uderzyło mi mocniej.

— Skąd zna pan mojego brata?

Dominic opuścił broń.

— Pracował dla mnie.

— Daniel był księgowym w firmie przewozowej.

— Był też człowiekiem, któremu ufałem.

— Mój brat nie miał nic wspólnego z pańskimi interesami.

— Tego właśnie chciał, żebyś myślała.

Pod łóżkiem zapiszczała pompa infuzyjna. Ten drobny dźwięk nagle wydał mi się głośniejszy od burzy za oknem.

— Powiedz mi prawdę.

— Nie tutaj.

— To mój brat nie żyje. Mam prawo wiedzieć.

Dominic zamknął oczy.

— Daniel odkrył, że ktoś od miesięcy wyprowadza pieniądze z moich legalnych przedsiębiorstw. Znalazł też dowody, że ten sam człowiek przekazywał informacje naszym wrogom.

— Komu?

— Nie wiem.

— A mimo to zatrudnił mnie pan?

Otworzył oczy.

— Nie ja cię zatrudniłem.

Wtedy zrozumiałam, że mosiężna jaskółka nie była zwykłą spinką. Odpięłam ją z włosów. Z tyłu miała małą śrubkę, której nigdy wcześniej nie zauważyłam.

— Daniel coś w niej ukrył?

Dominic wyciągnął rękę.

PRZECZYTAJ TAKŻE:  Przyjęłam pracę na opuszczonym ranczu, lecz gdy bogaty gość wypowiedział moje nazwisko, gospodarz nagle pobladł

— Nie dotykaj tego przy ludziach.

— Przy jakich ludziach?

— Przy tych, którzy obserwują cały dom.

W tej chwili światło w sypialni zgasło.

Z korytarza dobiegł trzask tłuczonego szkła, a potem krótki krzyk strażnika. Dominic próbował wstać, lecz zachwiał się. Chwyciłam go za ramię.

— Proszę leżeć.

— Ktoś wszedł do posiadłości.

— W takim stanie nie będzie pan nikogo ścigał.

— Jeśli to oni, nie zostawią nas przy życiu.

Drzwi biblioteki zatrzasnęły się gdzieś za ścianą. Usłyszałam ciężkie kroki, następnie szuranie mebli.

Dominic spojrzał na spinkę.

— W szufladzie biurka jest klucz. Otwórz szkatułkę.

— A pan?

— Ja odwrócę ich uwagę.

— Nie jest pan nawet w stanie przejść do łazienki.

— Wciąż jestem wystarczająco niebezpieczny.

Otworzyłam szufladę. Klucz leżał pod stosem rachunków. Wzięłam go, a Dominic chwycił mnie za dłoń.

— Jeśli usłyszysz moje imię z ust kogoś innego, nie wierz mu.

— Dlaczego?

Jego palce zacisnęły się na moich.

— Bo człowiek, który zabił Daniela, zna mój głos, moje hasła i wszystkie moje sekrety.

Na korytarzu rozległ się głos Leo.

— Szefie? Otwórz drzwi.

Dominic spojrzał na mnie i bezgłośnie poruszył ustami:

Uciekaj.

Ale ja już wsunęłam klucz do szkatułki. Zamek kliknął. Wieczko uniosło się, odsłaniając czarny, płaski przedmiot i złożoną kartkę z pismem Daniela. W tej samej chwili pod drzwiami pojawił się cień, a Leo powiedział spokojnie:

— Nora, jeśli to otworzysz, Dominic Rossi nie będzie jedynym człowiekiem, który dziś umrze…

CZĘŚĆ 3

Nie cofnęłam ręki.

— Leo, odejdź od drzwi — powiedziałam.

— Nie masz pojęcia, co trzymasz.

— Wiem, że boisz się, żebym to przeczytała.

Dominic próbował podnieść się na łokciu. Twarz miał białą jak bandaż.

— Nora, włóż urządzenie do odtwarzacza w szkatułce.

— Nie mamy odtwarzacza.

— Jest w środku.

Pod czarnym przedmiotem znalazłam maleńkie gniazdo i przełącznik. Gdy go przesunęłam, z urządzenia dobiegł trzask, a następnie głos Daniela.

— Jeśli tego słuchasz, prawdopodobnie już nie żyję.

Kolana ugięły się pode mną. Oparłam się o biurko, czując pod dłonią chłodne drewno.

— Daniel? — wyszeptałam.

Dominic zamknął oczy.

Nagranie trwało dalej.

— Dominic, nie ufaj Leo. To on przelewa pieniądze, to on ostrzegł ludzi Santoro, gdzie będziesz. Kazał mi oddać księgi, a kiedy odmówiłem, powiedział, że moja śmierć będzie wyglądała jak ucieczka z pieniędzmi.

Za drzwiami zapadła cisza.

Leo przestał udawać spokój.

— Wyłącz to.

— Jeszcze nie — powiedział Dominic.

Głos Daniela zadrżał.

— Ukryłem kopię wszystkiego w spince, którą dałem Norze. Nie wiedziałem, czy mogę zaufać komukolwiek z domu. Jeśli Nora tu trafi, nie pozwól, żeby została sama z Leo. On nie działa sam.

Spojrzałam na Dominica.

— Dałeś mu tę spinkę?

— Nie. Daniel musiał ją odzyskać po śmierci twojej matki.

— Cały czas wiedziałeś, że mam dowód?

— Wiedziałem, że Daniel coś ukrył. Nie wiedziałem gdzie.

— Więc zatrudniłeś mnie, żeby go znaleźć.

PRZECZYTAJ TAKŻE:  CZĘŚĆ 4 — Po wypadku mąż kazał lekarzom ratować przyjaciółkę, a kiedy zobaczył mój spokojny gest, nagle przestał się uśmiechać

— Nie zatrudniłem cię.

— Ale pozwoliłeś, żeby Leo to zrobił.

Dominic nie odpowiedział.

To wystarczyło.

Poczułam gniew, który przebił się przez strach jak ogień przez papier.

— Wykorzystałeś mnie.

— Próbowałem cię ochronić.

— Bez pytania? Bez prawdy?

— Gdybym powiedział ci wszystko, nie przyjechałabyś.

— Miałbyś rację.

Drzwi eksplodowały pod uderzeniem. Do środka wpadł Leo z dwoma uzbrojonymi mężczyznami. Dominic sięgnął po broń, lecz pierwszy napastnik kopnął go w ramię. Rana natychmiast zaczęła krwawić.

— Zostaw go! — krzyknęłam.

Leo podszedł do biurka i wyrwał mi szkatułkę.

— Daniel zawsze uważał, że prawda go ocali.

— Zabiłeś go — powiedział Dominic.

— Nie. Ty go zabiłeś, wysyłając go po dokumenty. Ja tylko dopilnowałem, żeby nie wrócił.

Jego słowa nagrały się wciąż działającym urządzeniu.

Leo zorientował się o sekundę za późno.

Z korytarza dobiegły syreny.

Drzwi wejściowe otworzyły się z hukiem. Do środka wbiegli agenci federalni, a za nimi policjanci. Leo upuścił szkatułkę.

— Ręce na kark! — krzyknął jeden z nich.

Mężczyzna stojący przy łóżku zamarł. Drugi rzucił broń na dywan.

Leo patrzył na mnie z niedowierzaniem.

— Wezwałaś ich?

— Nie — odparłam. — Daniel zrobił to przed śmiercią.

Z kieszeni jego płaszcza wyjęto telefon z uruchomionym przekazem danych. Nagranie, księgi i kopia przelewów trafiły już do śledczych.

Dominic osunął się na poduszki.

— Nora, musisz natychmiast wyjść z tego domu.

— A ty?

— Teraz już nie chodzi o mnie.

Telefon agenta zadzwonił. Mężczyzna odebrał, słuchał przez kilka sekund i spojrzał na Dominica z wyraźnym niepokojem.

— Panie Rossi — powiedział. — Właśnie znaleziono samochód Daniela.

— Gdzie?

Agent pobladł.

— Przy starej klinice na obrzeżach miasta. W środku jest coś, czego pański brat najwyraźniej nie zdążył przekazać…

FINAŁOWA CZĘŚĆ

Dominic usłyszał własne słowa i zbladł…

Myślałam, że prawda zakończy tę historię. Nie wiedziałam jeszcze, że zmusi mnie również do podjęcia najtrudniejszej decyzji w życiu.

Wtedy Dominic po raz pierwszy nie próbował mnie zatrzymać.
„Tym razem wybór należy do ciebie.”
A ja zrozumiałam, że naprawdę jestem wolna.

😱 ODKRYJ, CO UKRYWALI →

👇 Finał tej historii jest już otwarty

Rate article
Przyjęłam nocną pracę u rannego szefa mafii, lecz gdy zobaczył moją spinkę, nagle przestał oddychać
Odwołał nasz ślub przez dziecko swojej asystentki, a kiedy zapytałam o prawdę, jego uśmiech nagle zniknął