Mój ojciec przedstawił mi narzeczoną trzy lata po śmierci mamy, trzymając ją za rękę dokładnie pod fotografią, na której mama uśmiechała się znad wazonu z zasuszoną lawendą.
— Tato, powinieneś zobaczyć ten samochód za domem — zawołałam, wpadając do salonu z plecakiem zsuwającym się z ramienia. — Wygląda jak…
Urwałam. Kobieta stojąca obok ojca była elegancka, spokojna i miała na palcu pierścionek z zielonym kamieniem. Ojciec wyglądał, jakby czekał na wyrok.
— Kto to jest?
— Eugenio, poznaj Kate — powiedział cicho. — To kobieta, którą kocham.
Słowo „kocham” uderzyło mnie mocniej niż policzek.
— Kochasz? Mama nie żyje od trzech lat!
Twarz ojca stężała.
— Kochałem twoją matkę i zawsze będę ją kochał. Ale ona odeszła. Ja nie mogę umrzeć razem z nią.
Kate wyciągnęła do mnie dłoń.
— Nie chcę zajmować niczyjego miejsca. Mam nadzieję, że kiedyś będziemy mogły się zaprzyjaźnić.
Cofnęłam rękę.
— Przyjaciółki nie wprowadzają się do cudzego życia.
— Kate ma własne mieszkanie — wtrącił ojciec. — Niczego ci nie odbiera.
— To dlaczego tu jest?
Cisza odpowiedziała za nich. Planowali ślub w październiku.
Zamknęłam się w pokoju i przez godzinę ściskałam w dłoni starą lawendową wstążkę mamy. Ojciec zapukał tylko raz, a potem wszedł.
— Zdradziłeś ją — wyszeptałam.
— Nie. Próbuję dalej żyć.
Przez kolejne tygodnie traktowałam Kate jak powietrze. Kiedy chwaliła moje oceny, przewracałam oczami. Kiedy powiedziała, że pomogła wybrać mój prezent urodzinowy, wepchnęłam pudełko za szafę.
Wtedy ojciec oznajmił, że przed ślubem mieszkanie czeka całkowity remont.
— Pojedziesz do matki Kate. Zofija mieszka nad jeziorem. Odpoczniesz.
— Nigdzie nie jadę.
— Spakujesz się jutro albo wyślę cię do ośrodka dla trudnej młodzieży.
Następnego popołudnia siedziałam w samochodzie Kate, wściekła i upokorzona. Za nami znikały bloki, potem asfaltowa droga, aż w końcu zatrzymaliśmy się przed małym niebieskim domem.
W drzwiach stanęła wysoka kobieta o wyprostowanych plecach. Na jej nadgarstku wisiał klucz na czerwonej wstążce.
— To ta młoda pomocnica, którą mi obiecałaś? — zapytała.
Spojrzałam na nią, potem na zaniepokojonego ojca. Zofija odsunęła się i wskazała wnętrze domu.
— Wejdź, Eugenio. Mamy sobie bardzo wiele do powiedzenia…
CZĘŚĆ 2
— Wejdź, Eugenio. Mamy sobie bardzo wiele do powiedzenia — powtórzyła Zofija.
Nie ruszyłam się z miejsca. Zaciskałam palce na pasku plecaka, aż materiał wbił mi się w skórę.
— Nie jestem żadną pomocnicą. Ojciec powiedział, że to tylko kilka dni odpoczynku.
Zofija uniosła brew.
— Odpoczynek zwykle obejmuje posiłki. Twój ojciec zapomniał wspomnieć o moich zasadach.
— Zofija — ostrzegł ojciec.
Spojrzała na niego tak, że natychmiast zamilkł. Między nimi przemknęło coś dziwnego, jakby znali wspólny sekret.
— Daj jej wejść — powiedziała Kate. — Jest zmęczona.
Właśnie dlatego jej nie znosiłam. Brzmiała troskliwie, jakby miała prawo się o mnie martwić.
Na stole czekał obiad. Nie tknęłam go. Chciałam, żeby ojciec zobaczył, jak bardzo mnie zranił. Przytulił mnie jednak, obiecał, że wróci w sobotę, i odjechał, zanim zdążyłam powiedzieć mu coś naprawdę okrutnego.
Gdy samochód zniknął za drzewami, Zofija zebrała talerze.
— Kolacja o szóstej.
— Nie jestem głodna.
— W takim razie umyjesz naczynia.
— Nie jestem twoją służącą.
— Doskonale. Służącym się płaci. Rodzina pomaga bez proszenia.
Następnego ranka obudziło mnie pianie koguta. Brzuch skręcał mi się z głodu, ale w kuchni nie znalazłam ani kromki chleba.
— Spóźniłaś się na śniadanie — powiedziała Zofija z progu. — Obiad za dwie godziny.
— Mogłaś mnie obudzić.
— Jesteś wystarczająco dorosła, żeby nastawić budzik.
W południe Zofija siedziała przy stole i trzymała się za plecy.
— Zraniłam się w ogrodzie. Obierzesz ziemniaki?
Chciałam odmówić, lecz mój żołądek zaburczał tak głośno, że obie to usłyszały.
— Cienko obierasz — zauważyła po chwili. — Ja nigdy nie potrafiłam tak równo.
To nie było szyderstwo. Pochwała ogrzała coś, co od miesięcy trzymałam zamrożone.
Minęły dni. Plewiłam grządki, nosiłam wodę i nauczyłam się robić placki ziemniaczane. Wysłałam ojcu wiadomość, że mnie porzucił. Odpisał natychmiast: „Przyjadę w sobotę. Wytrzymaj”.
W czwartek wieczorem Zofija znalazła mnie na ganku ze łzami na policzkach.
— Myślisz, że twój ojciec przestał cię kochać.
— On zastąpił mamę.
— Nikt jej nie zastąpi. A moja córka nie jest twoim wrogiem.
— Chce twojego ślubu z moim ojcem. To wystarczy.
Zofija objęła mnie ramieniem.
— A gdybyś kiedyś wyjechała i zostawiła ojca samego? Chciałabyś, żeby do końca życia cierpiał?
Jej pytanie rozdarło moje oburzenie. Następnego ranka zaproponowała coś, czego zupełnie się nie spodziewałam. A kiedy w sobotę ojciec przyjechał nad jezioro, zobaczył nas śmiejące się przy stajni, podczas gdy Kate nosiła w torbie rzecz, o której nie wiedział nawet on…
CZĘŚĆ 3
— Otwórz tę torbę — powiedziałam, zanim ojciec zdążył wysiąść z samochodu.
Kate zamarła. Zofija spojrzała na nią ostrzegawczo, lecz po chwili skinęła głową.
Kate wyjęła z torby zwinięty plan pokoju, kilka próbek farby i małe drewniane pudełko. W środku leżała fotografia mojej mamy, którą znałam z korytarza, oraz nowa ramka z niebieską wstążką.
— Co to znaczy? — zapytałam.
Kate przełknęła ślinę.
— Remont nie miał być karą. Twój ojciec chciał przygotować dla ciebie spokojny pokój przed ślubem. Wiedział, że zapach farby wywołuje u ciebie duszność, więc poprosiłam Zofiję, żebyś zamieszkała tutaj, dopóki wszystko nie będzie gotowe.
— Mogłaś mi powiedzieć.
— Próbowałam. Za każdym razem patrzyłaś na mnie tak, jakbym ukradła ci matkę.
Te słowa zabolały, bo były prawdziwe.
Przez kilka tygodni nie siedziałam już w pokoju, licząc godziny do powrotu. Zofija nauczyła mnie jeździć na łagodnym, brązowym koniu o imieniu Kometa. Spadłam dwa razy. Za trzecim utrzymałam się w siodle i śmiałam się tak głośno, że echo odbiło się od jeziora.
Ojciec patrzył na mnie z niedowierzaniem.
— Gdzie jest moja wściekła córka?
— Nadal tu jestem — odpowiedziałam. — Ale chcę zostać jeszcze tydzień.
Kate uśmiechnęła się z ulgą.
Zofija nauczyła mnie także przyszywać oderwany guzik niebieską nicią, rozpoznawać deszcz po zapachu mokrej ziemi i mówić prawdę, zanim żal zamieni się w okrucieństwo.
Pewnego wieczoru zebrałam odwagę.
— Bałam się, że pokochasz ją bardziej niż mamę.
Ojciec długo milczał, a potem przykucnął przede mną.
— Miłość nie jest ciastem, Eugenio. Kiedy dajesz komuś kawałek, nie zostaje jej mniej dla tych, których kochałaś wcześniej.
Po powrocie mieszkanie wyglądało inaczej. Na ścianach mojego pokoju była jasnoniebieska farba, na biurku stało zdjęcie mamy, a obok niego fotografia nas czworga znad jeziora.
— To ty wybrałaś wszystko? — spytałam Kate.
— Twój ojciec zapłacił. Ja tylko pomagałam.
Tym razem to ja podeszłam pierwsza. Przytuliłam ją, a potem ojciec objął nas obie.
Nadal tęsknię za mamą. Zawsze będę. Ale zrozumiałam, że otwarcie drzwi dla nowej miłości nie oznacza zamknięcia tych, przez które przyszła dawna.
Tamtego dnia nie straciłam matki po raz drugi. Po prostu przestałam karać żywych za to, że umarła osoba, którą wszyscy kochaliśmy.













