CZĘŚĆ 4 — Na pogrzebie ojca mój brat pojawił się w jaskrawoczerwonym garniturze, a wtedy jego prawnik nagle pobladł

CZĘŚĆ 4

Mecenas nie odłożył telefonu.

— Powtórz to — powiedział do lekarza.

W piwnicy zakładu wszyscy patrzyli na niego, nawet Domański, który przed chwilą próbował wyrwać księgę z rąk Eryka.

Mecenas słuchał, a jego twarz stawała się coraz bardziej napięta.

— Nie. Nie przerywaj połączenia. Za chwilę tam będziemy.

Rozłączył się.

— Lekarz ojca ma kopertę, którą Tomasz polecił otworzyć dopiero po znalezieniu księgi. Powiedział, że w domu przez ponad dwadzieścia lat pracował człowiek posługujący się cudzym nazwiskiem.

Domański prychnął.

— To kolejna bajka starego człowieka.

— Nie — powiedział Eryk. — To wyjaśnia, dlaczego ojciec nigdy nie pozwalał nikomu zmieniać nocnego stróża.

Poczułam, jak przypominam sobie jego twarz. Pan Leon. Zawsze w granatowym kombinezonie, zawsze z metalowym termoskiem, zawsze pojawiał się w zakładzie kilka minut przed rozpoczęciem zmiany. Ojciec ufał mu bardziej niż własnym kierownikom.

Domański zrobił krok w stronę drzwi.

— Nikt nigdzie nie jedzie.

Wtedy z góry dobiegł huk przesuwanych krzeseł. Pracownicy weszli do piwnicy. Było ich kilkunastu, z zakładowym księgowym na czele. Mieli w rękach dokumenty, telefony i stare identyfikatory.

— Domański — powiedział księgowy. — Bank właśnie zablokował pańskie pełnomocnictwa.

— Nie macie prawa.

— Mamy. Ojciec Eryka przekazał udziały funduszowi pracowniczemu, ale zrobił coś jeszcze. Dał każdemu z nas kopię aktu.

Domański spojrzał na mnie.

— Pani naprawdę wierzy w tę farsę?

— Wierzę w księgę. W rachunki. W podpisy.

— A może pani brat sfałszował wszystko, żeby przejąć zakład?

Eryk podniósł głowę.

— Gdybym chciał przejąć zakład, nie oddawałbym udziałów ludziom, którzy tam pracują.

Jeden z mężczyzn stojących za Domańskim odsunął się od niego.

— Mówił pan, że dokumenty zostały zniszczone — powiedział cicho.

Domański obrócił się gwałtownie.

— Zamknij się.

— Mówił pan, że Tomasz umarł, zanim zdążył je zabezpieczyć.

— Powiedziałem: zamknij się!

Mężczyzna przełknął ślinę.

— Nie wiedziałem, że jest księga.

Wszyscy usłyszeliśmy to wyraźnie.

Domański rzucił się ku niemu, lecz pracownicy zagrodzili przejście. Nie było wielkiej sceny. Żadnych kajdanek ani krzyków z daleka. Były tylko ciężkie oddechy, przewrócone krzesło i księga leżąca na betonowej podłodze jak dowód, którego nie dało się już cofnąć.

PRZECZYTAJ TAKŻE:  Mąż wyrzucił mnie z domu, gdy byłam w ciąży, lecz po czterech latach spojrzał na córkę i nagle zbladł

Wawrzyniec podniósł dokument przeniesienia udziałów.

— Domański nie ma już nic do zabrania. Firma należy do pracowników. Długi, które próbował ukryć, zostaną rozliczone z pieniędzy odzyskanych z jego fundacji. Jeżeli zabraknie, zakład zostanie sprzedany, ale nie jemu.

Domański uśmiechnął się krzywo.

— A pani brat? Myśli pan, że będzie prowadził firmę? Przecież uciekł z niej jak tchórz.

Eryk spojrzał na mnie.

— Nie uciekłem. Ojciec mnie wyrzucił.

— A ty mu uwierzyłaś — powiedziałam.

Nie potrafiłam tego zaprzeczyć.

Mecenas poprowadził nas do gabinetu lekarskiego jeszcze tego samego wieczoru. Pan Leon czekał w środku, siedząc na krześle pod aparatem do mierzenia ciśnienia. Miał ten sam metalowy termos, który pamiętałam z zakładu, ale dłonie drżały mu tak mocno, że nie mógł odkręcić nakrętki.

— Pan Leon — powiedział Eryk. — Kim pan jest?

Starszy mężczyzna spojrzał na nas długo.

— Nazywam się Leon Rudzki. Dwadzieścia sześć lat temu byłem kierownikiem magazynu. Domański odkrył, że Tomasz chce zgłosić jego oszustwa. Próbował mnie przekupić, a potem podpalił część hali. Zginął wtedy młody pracownik.

— Dlaczego zostałeś? — spytałam.

— Bo to ja podpisałem pierwszy fałszywy protokół. Bałem się o córkę. Tomasz dowiedział się o wszystkim i zamiast mnie wydać, kazał mi zostać blisko zakładu. Miałem pilnować dokumentów i was.

Eryk zacisnął szczękę.

— Pilnowałeś także mnie?

— Każdej nocy.

Pan Leon podał mecenasowi kopertę.

W środku znajdował się list ojca. Papier pachniał lekarstwem i dymem z jego gabinetowego kominka.

Mecenas przeczytał go na głos.

„Eryku, jeśli czytasz ten list, oznacza to, że Sara założyłaś czerwony garnitur, choć zawsze uważałaś, że ten kolor przynosi wstyd. Chciałem, żebyś zrobiła coś, czego ja nie potrafiłem: zaufała bratu, zanim poznasz wszystkie fakty.”

Poczułam pieczenie pod powiekami.

„Okłamałem was oboje. Eryka, bo udawałem, że go odrzucam. Sarę, bo pozwoliłem jej wierzyć, że jest rozsądniejszym dzieckiem, skoro mniej pyta. To nie była prawda. Byłaś tylko bardziej posłuszna mojemu strachowi.”

Eryk odwrócił wzrok.

List ciągnął się dalej.

PRZECZYTAJ TAKŻE:  CZĘŚĆ 4 — Po strzyżeniu syna barber szepnął mi, żebym zajrzała za jego ucho, a policjant przy wejściu nagle pobladł

„Jeśli firma zostanie uratowana, nie oddawajcie jej mnie. Oddajcie ją ludziom, którzy przychodzili do niej mimo moich kłamstw. Eryk zna liczby. Sara zna ludzi. Razem możecie sprawdzić, czy warto ją utrzymać. Jeśli nie, sprzedajcie ją uczciwie i zapłaćcie pracownikom. Nie budujcie pomnika z mojego poczucia winy.”

Mecenas złożył kartkę.

Nikt się nie odezwał.

W końcu Eryk powiedział:

— Całe życie chciałem usłyszeć, że ojciec mnie kochał. A dostałem instrukcję obsługi firmy.

— Dostałeś też przeprosiny — odpowiedziałam.

— Po jego śmierci.

— Wiem.

— To nie wystarczy.

— Nie. Ale może wystarczy, żebyśmy nie zrobili sobie tego samego.

Spojrzał na mnie. Czerwona marynarka wisiała na oparciu krzesła, a rozcięta podszewka odsłaniała miejsce, w którym ojciec ukrył kasetkę.

— Nadal uważasz, że wyglądałem jak idiota? — zapytał.

Parsknęłam przez łzy.

— Wyglądałeś jak człowiek, który przyszedł po coś ważnego.

— A ty?

— Jak ktoś, kto za długo patrzył na kolor, zamiast zapytać, dlaczego go wybrałeś.

Następnego ranka zebraliśmy pracowników w sali konferencyjnej zakładu. Domański nie przyszedł. Jego wspólnik złożył zeznanie dotyczące fundacji, a bank anulował przejęcie rachunków. Nie było potrzeby urządzać przedstawienia. Dokumenty zrobiły to, czego nie potrafiłyby żadne przemowy.

Księgowy rozłożył przed nami plan ratunkowy.

— Możemy utrzymać zakład — powiedział. — Ale tylko jeśli ograniczymy produkcję i sprzedamy dawny magazyn.

— Sprzedajcie go — powiedział Eryk.

— A ty poprowadzisz firmę?

Spojrzał na mnie.

— Nie sam.

Pracownicy zaczęli głosować. Nie wszyscy byli zgodni, część chciała sprzedać wszystko i odzyskać pieniądze, inni wierzyli, że zakład da się ocalić. Po raz pierwszy od śmierci ojca nie czułam, że muszę odgadnąć, czego on by chciał.

Miałam zdecydować, czego chcemy my.

W południe Eryk wrócił do gabinetu ojca. Wyjął z szafy czerwony garnitur i przyjrzał się rozprutej podszewce.

— Co z nim zrobisz? — spytałam.

— Oddam do naprawy.

— Będziesz go jeszcze nosił?

— Nie na pogrzeb.

Uśmiechnął się pierwszy raz od wielu dni.

— Ale na zebrania wspólników? Możliwe.

PRZECZYTAJ TAKŻE:  Znalazłam nieprzytomnego mężczyznę na zatłoczonej ulicy, a kiedy wykonałam jeden telefon, jego ochroniarz nagle pobladł

Na mankiecie wciąż tkwiła złota spinka w kształcie klucza. Eryk odpiął ją i położył na biurku obok listu ojca.

— Zostawisz ją tutaj? — zapytałam.

— Nie. To jedyna rzecz, którą ojciec dał mi bez kłamstwa.

Wziął spinkę do dłoni.

Przy wyjściu zatrzymał się przy starej szufladzie z numerem siedemnaście. Włożył do niej pustą metalową kasetkę, a na jej dnie położył nową kartkę.

— Co napisałeś? — spytałam.

Eryk przesunął palcem po papierze.

— Żeby następny człowiek, który ją otworzy, nie musiał czekać na pogrzeb.

Potem zatrzasnął szufladę, a mosiężna cyfra siedemnaście odbiła w czerwonym materiale jego marynarki jak mały, rozpalony znak.

Przegapiłeś początek?

← Czytaj historię od pierwszej części

Rate article
CZĘŚĆ 4 — Na pogrzebie ojca mój brat pojawił się w jaskrawoczerwonym garniturze, a wtedy jego prawnik nagle pobladł
Syn zawiesił mnie w firmie, którą zbudowałam, a gdy następnego ranka zobaczył prawnika przy moim gabinecie, nagle pobladł