
CZĘŚĆ 4
Przez kilka sekund słyszałam tylko deszcz uderzający o dach bentleya.
Blake patrzył na mnie, jakby właśnie stracił grunt pod nogami po raz drugi tego samego dnia.
— Czwartego? — zapytał.
— Tak powiedziała doktor Levin.
Charles cofnął się o krok.
To był drobny ruch, ale zauważyłam go natychmiast.
— Ty o tym wiedziałeś — powiedziałam.
— Nie mam pojęcia, o czym mówisz.
— W takim razie dlaczego wyglądasz, jakbyś właśnie zobaczył ducha?
Blake wyrwał mi telefon z ręki.
— Doktor Levin, proszę się nie rozłączać. Przyjedziemy do pani.
— Blake — ostrzegłam.
— Nie zamierzam kolejny raz pozwolić, żeby ktoś podejmował decyzje za mnie.
Jego głos nie był już głosem człowieka siedzącego obok mnie w samolocie, gotowego wykorzystać każde wspomnienie jako broń. Brzmiał jak ktoś, kto dopiero zrozumiał rozmiar własnej straty.
Charles uderzył laską w chodnik.
— Nigdzie nie pojedziecie.
Blake odwrócił się do niego.
— Przez pięć lat sądziłem, że Emma mnie zdradziła. To ty podsunąłeś mi fałszywe wiadomości. To ty odwołałeś transfer. To ty zatrzymałeś listy z kliniki.
— Chroniłem firmę.
— Przed czym?
— Przed nią. Byłaś naukowcem, nie właścicielką. Gdybyś urodziła dzieci, Blake, dostałaby połowę majątku przy rozwodzie. A ja nie pozwoliłbym, żeby obca kobieta przejęła Harrington Energies.
Blake spojrzał na niego z niedowierzaniem.
— Była moją żoną.
— Była ryzykiem.
Te dwa słowa zawisły między nami ciężej niż wszystkie oskarżenia z tamtej nocy.
Oliver wysiadł z samochodu.
— Mamo, nie chcę, żeby ten pan krzyczał.
Natychmiast stanęłam między nim a Charlesem.
— Już nie będzie.
Blake ukląkł przy chłopcu.
— Oliver, przepraszam.
Chłopiec zmrużył oczy.
— Za co?
Blake otworzył usta, ale odpowiedź nie przyszła łatwo.
— Za to, że nie wiedziałem, gdzie jesteście.
— Mogłeś zapytać mamę.
— Powinienem był.
Oliver przyjął to bez uśmiechu.
— To zapytaj teraz.
Blake spojrzał na mnie.
— Czy mogę pojechać z wami do kliniki?
Nie wiedziałam, czy prosząc o zgodę, próbował naprawić pięć lat, czy po prostu bał się kolejnej tajemnicy. Mimo to skinęłam głową.
— Jedź. Ale bez ochroniarzy i bez prawników.
— Zgoda.
Charles roześmiał się krótko.
— Myślisz, że możesz mnie wyrzucić z własnej firmy?
Blake wyjął telefon.
— Nie muszę. Zarząd zrobi to za mnie.
— Nie masz dowodów.
— Mam podpisy, przelewy i świadków.
Spojrzałam na niego.
— Jakie przelewy?
Blake poprosił kierowcę, żeby ruszył. Charles próbował otworzyć drzwi, ale ochroniarz z samochodu stojącego za nami zablokował mu drogę. Nie było w tym przemocy. Tylko spokojna decyzja, że jego rozkazy przestały działać.
W drodze do kliniki Blake powiedział mi, że rano jego dyrektor finansowy zadzwonił z informacją o niezgodnych płatnościach z kont fundacji sprzed pięciu lat. Charles przekazywał pieniądze prywatnej firmie śledczej i pracownikom kliniki. Jeden z przelewów trafił do sekretarki, która miała przechwytywać moje wiadomości.
— Dlaczego odkryłeś to dopiero teraz? — zapytałam.
— Bo przelew był opisany jako zakup patentu. Twój patent.
Zaśmiałam się gorzko.
— Nawet po rozwodzie zarabiał na tym, co stworzyłam.
— Nie wiedziałem.
— Wiem.
— Emma, wiem, że to nie wystarczy.
— Nie wystarczy.
Chłopcy siedzieli za nami. Noah trzymał dłoń Ethana, a Oliver obserwował Blake’a w lusterku.
W klinice doktor Levin czekała w małym gabinecie z drewnianym stołem. Miała sześćdziesiąt lat, krótkie srebrne włosy i teczkę, którą trzymała obiema rękami.
— Przepraszam, że tak długo milczałam — powiedziała.
— Bała się pani mojego ojca? — zapytał Blake.
— Bałam się, że stracę licencję, klinikę i możliwość pomagania pacjentom. To nie jest usprawiedliwienie. To prawda.
Otworzyła rejestr.
— W dniu transferu przygotowano cztery zarodki. Trzy przeniesiono Emmie. Czwarty miał zostać zamrożony. Jednak Charles Harrington przedstawił dokument z rzekomą zgodą na przekazanie go anonimowej parze.
— Rzekomą? — zapytałam.
Doktor Levin przesunęła pod lampę lupę.
— Podpis Blake’a został skopiowany. Oryginał zgody, ten z kliniki, mówił wyraźnie, że wszystkie zarodki pozostają przeznaczone dla was obojga.
Blake oparł dłonie na stole.
— Gdzie jest dziecko?
— W rodzinie Kowalskich, w Milwaukee. Kobieta, która je urodziła, nazywa się Anna Kowalska. Jej syn ma cztery lata.
Cztery lata.
Przez chwilę nikt się nie poruszył.
— Czy ona wiedziała, że zarodek nie był anonimowy? — zapytałam.
— Nie. Otrzymała dokumenty od pośrednika. Myślała, że dawstwo jest całkowicie anonimowe.
Blake zamknął oczy.
— Nie chcę zabierać dziecka tej rodzinie.
To zaskoczyło mnie bardziej niż wszystko, co wydarzyło się wcześniej.
— A czego chcesz?
— Prawdy. I prawa, żeby poznać syna, jeśli jego rodzice się zgodzą.
Doktor Levin skinęła głową.
— To jedyna droga, która nie skrzywdzi kolejnego dziecka.
Trzy dni później spotkaliśmy Annę Kowalską w małej kawiarni przy jeziorze. Przyszła z mężem Pawłem i czteroletnim Leonem. Chłopiec miał ciemne włosy i dołeczek w lewym policzku.
Blake zobaczył go i ścisnął moją dłoń.
Nie swoją. Moją.
Anna usiadła naprzeciwko nas.
— Nie wiem, czego państwo oczekują.
— Niczego — odpowiedziałam. — Chcemy tylko, żeby Leon znał prawdę wtedy, kiedy będzie gotowy.
Paweł patrzył podejrzliwie.
— A potem go nam odbierzecie?
Blake pokręcił głową.
— Nie. Jest waszym synem. To wy wstawaliście do niego w nocy. Wy znacie jego ulubioną bajkę i wiecie, że nie je marchewki. Ja nie mam prawa wejść tu z pieniędzmi i nazwać się ojcem.
Anna zaczęła płakać.
— Dlaczego więc pan przyszedł?
Blake spojrzał na Leona.
— Bo przez pięć lat nie znałem trzech innych synów. Nie chcę popełnić tego samego błędu po raz drugi.
Leon wyjął z kieszeni mały plastikowy statek.
— Umie pan naprawiać silniki?
Blake uśmiechnął się blado.
— Umiem próbować.
— Tata nie umie.
Paweł parsknął śmiechem przez łzy.
Tego wieczoru nie pojechaliśmy do eleganckiej restauracji ani do penthouse’u Blake’a. Wróciliśmy do mojego domu, gdzie chłopcy rozrzucili klocki po dywanie. Blake usiadł na podłodze i pozwolił Ethanowi pomalować mu rękę zieloną farbą.
— Nie wiedziałem, że Noah boi się burzy — powiedział.
— Nie wiedziałeś też, że Oliver nie śpi bez latarki — odparłam.
— Chcę się dowiedzieć.
— To nie będzie weekend z gazetą i fotografem.
— Wiem.
— Nie odzyskasz pięciu lat jednym podpisem.
— Wiem.
— I nie będę udawała, że rozwód się nie wydarzył.
— Nie prosiłbym cię o to.
Spojrzałam na jego dłoń. Nadal miał przy mankiecie spinkę w kształcie turbiny, tę samą, którą dostał ode mnie podczas pierwszej konferencji.
— Powinieneś ją zdjąć — powiedziałam.
— Dlaczego?
— Bo zawsze przypominała ci, że wszystko da się zbudować od nowa.
Blake pokręcił głową.
— Nie wszystko. Niektórych rzeczy nie wolno budować od nowa. Trzeba je zbudować uczciwie.
Charles stracił stanowisko i udziały, gdy zarząd zobaczył przelewy oraz zeznanie doktor Levin. Nie trafił do więzienia, bo Blake zdecydował się na ugodę, która zmusiła go do oddania pieniędzy klinice i fundacji. Największą karą nie było jednak odebranie mu majątku.
Był to zakaz zbliżania się do chłopców bez naszej wspólnej zgody.
Po raz pierwszy jego nazwisko nie otworzyło żadnych drzwi.
Blake stworzył fundusz dla dzieci urodzonych w wyniku błędów klinik i nieuczciwych pośredników. Nazwał go imieniem Olivera, Noaha i Ethana, ale oddał mi pełną kontrolę nad jego działaniem.
Nie wróciliśmy do siebie.
Nie dlatego, że nic już nie czuliśmy. Właśnie dlatego, że uczucia nie mogły zastąpić odpowiedzialności.
Blake przychodził trzy razy w tygodniu. Uczył chłopców naprawiać małe wiatraczki, robił kanapki zbyt duże dla ich dłoni i słuchał opowieści, które dla niego były nowe, choć dla nas należały do codzienności.
Pewnego sobotniego poranka Leon z Milwaukee przysłał mu rysunek. Był na nim czarny bentley, cztery chłopięce sylwetki i wielka turbina.
Na dole dziecko napisało krzywymi literami: „Dla taty, który jeszcze się uczy”.
Blake długo patrzył na kartkę.
Potem podał ją mnie.
— Mogę to zatrzymać?
— Nie — powiedziałam. — Możesz na to zapracować.
Skinął głową i ostrożnie wsunął rysunek do teczki z dokumentami, tej samej, którą kierowca wyjął na lotnisku.
Tym razem nie było w niej żadnej tajemnicy.
Była zgoda na wspólne spotkanie z Leonem, podpisana przez Annę i Pawła.
Blake przeczytał ją dwa razy, jakby bał się, że słowa znikną.
— Emma — odezwał się.
— Tak?
— Dziękuję, że nie zamknęłaś przede mną drogi do chłopców.
— To nie ja ją otworzyłam.
— Wiem.
Oliver podbiegł do niego z małym śrubokrętem.
— Tato, wiatrak znowu się zepsuł!
Blake wstał tak szybko, że przewrócił krzesło.
— Już idę.
Chłopcy pobiegli do garażu, a on ruszył za nimi, z zieloną plamą farby na dłoni i rysunkiem Leona wystającym z teczki.
Patrzyłam, jak klęka przy rozkręconym wiatraku i słucha trzech głosów naraz.
— Tato, to ja pierwszy mówiłem!
— Nie, ja trzymałem śrubkę!
— A ja wiem, gdzie jest sprężyna!
Blake roześmiał się bezradnie.
Nie był już człowiekiem z okładek gazet.
Był ojcem, który wreszcie nauczył się, że rodziny nie odzyskuje się wielkimi gestami, tylko każdym kolejnym śrubokrętem podanym dziecku.
A gdy wiatrak ruszył, czterech chłopców krzyknęło tak głośno, że szyby zadrżały.
— Tato, działa!
Blake spojrzał na mnie ponad ich głowami.
— Tym razem nie zgubimy ani jednego — powiedział.
Przegapiłeś początek?












