CZĘŚĆ 4
…— Jak się nazywa? — zapytałam.
W słuchawce zabrzmiało ostrożne westchnienie.
— Karolina Maj. Tak zapisano w formularzu jako osobę upoważnioną do odbioru pojazdu.
Sergiusz zerwał się z krzesła.
— Nino, odłóż telefon.
Nie odłożyłam.
— Czy ta kobieta podpisała coś w salonie? — spytałam.
— Nie. Ale jej numer telefonu figuruje przy zamówieniu. I, proszę wybaczyć bezpośredniość, ktoś dopisał odręcznie, że samochód ma być zarejestrowany pod adresem innym niż państwa mieszkanie.
Marta zamknęła oczy na sekundę. Arek stał przy stole z telefonem w dłoni, a drewniany kompas kołysał się przy jego plecaku.
— Jaki adres? — zapytałam.
Właściciel salonu podał ulicę. Znałam ją. To była nowa dzielnica po drugiej stronie miasta, niedaleko zakładu Sergiusza.
— To mieszkanie Karoliny — powiedziałam.
Sergiusz pobladł jeszcze bardziej.
— Ona tylko pomagała mi wybrać samochód.
— Pomagała ci też podpisać dokumenty?
— Nie wiesz, o czym mówisz.
— Wiem, że mój syn nie miał pieniędzy na wycieczkę szkolną, bo ty przelałeś je do salonu. Wiem, że sprzedałeś mój samochód bez mojej zgody. Wiem, że próbowałeś zaciągnąć kredyt na moje nazwisko. A teraz wiem, że dżip nie miał stać pod naszym blokiem.
Marta wstała.
— Pani Nino, bank może natychmiast zablokować wszystkie dyspozycje i cofnąć wniosek, ale potrzebuję pani podpisu na oświadczeniu, że nie wyrażała pani zgody na finansowanie.
Sergiusz spojrzał na nią z niedowierzaniem.
— Nie może pani tego zrobić. To zniszczy moją zdolność kredytową.
— Pańskie działania już ją niszczą — odpowiedziała Marta. — Ja tylko zatrzymuję je, zanim obciążą także żonę.
Podpisałam dokument. Długopis miał pękniętą niebieską obudowę i zostawił na papierze małą plamkę atramentu. Patrzyłam na nią dłużej, niż powinnam. Tak zwyczajny ślad, a przecinał nasze małżeństwo dokładniej niż krzyk.
— Mamo — odezwał się Arek. — A co z moimi pieniędzmi?
Sergiusz odwrócił się do niego.
— Oddam wszystko.
— Kiedy?
— Jak sprzedam samochód.
— Ten, którego jeszcze nie masz?
Sergiusz otworzył usta, ale nie znalazł żadnego zdania, które nie brzmiałoby jak kolejna obietnica.
Wtedy zadzwonił drugi telefon. Ten leżał w kieszeni jego marynarki. Sergiusz wyjął go powoli. Na ekranie pojawiło się imię Karoliny.
Odebrał, bo wszyscy patrzyliśmy.
— Sergiusz, co się dzieje? — usłyszałam kobiecy głos. — Salon dzwonił do mnie. Powiedzieli, że odbiór jest anulowany. Miałeś przecież dzisiaj przyjechać z dokumentami.
Sergiusz spojrzał na mnie.
— Karolina, ja…
— Nie mów mi, że żona się dowiedziała — przerwała mu. — Przecież obiecywałeś, że ona wyjedzie z Arkiem, a ty podpiszesz wszystko sam. Mówiłeś, że mieszkanie jest już prawie załatwione.
Arek odsunął się od stołu.
— Jakie mieszkanie? — spytał.
Karolina zamilkła, ale było już za późno.
Sergiusz osunął się na krzesło.
— To nie miało tak wyglądać.
— A jak miało? — zapytałam.
Przez chwilę patrzyłam na człowieka, który przez dwa lata mówił o bezpieczeństwie, oszczędzaniu i przyszłości, podczas gdy budował ją poza nami. Najgorsze nie było nawet to, że chciał dżipa. Najgorsze było to, że w jego planie nie przewidział miejsca dla naszego syna.
O siedemnastej pięćdziesiąt pięć zadzwoniła moja siostra. Taksówka czekała już pod blokiem. Powiedziałam jej, że wyjeżdżamy, ale nie wspomniałam, dlaczego. Nie chciałam, żeby Arek musiał opowiadać kierowcy o pieniądzach, kredycie i obcej kobiecie.
Sergiusz stanął przy drzwiach.
— Nie jedź. Porozmawiajmy jutro.
— Jutro porozmawiamy o tym, jak oddasz pieniądze Arkowi.
— A my?
Spojrzałam na niego. W ręku wciąż trzymał kluczyki do starego samochodu. Ten sam brelok, którym wystukiwał rytm przy pustej lodówce.
— My już rozmawialiśmy — powiedziałam. — Tylko ty słuchałeś wyłącznie wtedy, gdy chodziło o cenę samochodu.
Pojechaliśmy z Arkiem na lotnisko. W samolocie długo milczał, opierając czoło o szybę. Kiedy stewardesa przyniosła mu wodę, zapytał:
— Mamo, naprawdę możemy wydać te pieniądze na coś dla siebie?
— Bilety są już kupione.
— Nie pytam o bilety.
Odpięłam pas i odwróciłam się do niego.
— Możemy pojechać. Możemy zjeść normalny posiłek. Możemy nie liczyć każdego grosza. A kiedy wrócimy, założymy ci nowe konto, do którego twój ojciec nie będzie miał dostępu.
Arek skinął głową, ale łzy spłynęły mu po policzkach.
— Myślałem, że on robi to dla nas.
— Ja też.
Następnego ranka Marta przysłała mi wiadomość, że wniosek kredytowy został unieważniony, a przelew z rachunku edukacyjnego zatrzymany przez bank i skierowany do wyjaśnienia. Salon oddał pieniądze, które Sergiusz wpłacił jako zaliczkę, bo właściciel nie chciał mieć nic wspólnego z transakcją opartą na fałszywym podpisie.
Nie było żadnego wielkiego finału. Nie było sceny, w której Sergiusz pada na kolana. Był za to rachunek za hotel, bilety powrotne i długa rozmowa z Arkiem o tym, czy można jeszcze ufać ojcu.
Odpowiedziałam mu prawdę.
— Można kochać człowieka i jednocześnie nie oddawać mu pieniędzy, dokumentów ani decyzji o własnym życiu.
Po powrocie Sergiusz sprzedał samochód, który chciał oddać w rozliczeniu, i przelał Arkowi pierwszą część pieniędzy. Resztę miał spłacać co miesiąc. Karolina wyprowadziła się z mieszkania, które miało być ich wspólnym początkiem. Nie wiem, czy kiedykolwiek mu wybaczyła. Nie pytałam.
Ja też nie wiedziałam, czy wybaczę.
Wiedziałam tylko, że nie wrócę do pustej lodówki i zdań zaczynających się od „jeszcze trochę”.
Kiedy wylądowaliśmy, Arek wyjął z plecaka drewniany kompas i położył go na mojej dłoni.
— Zostaw go sobie — powiedział. — Tobie bardziej się przyda.
— Przecież to ty go zrobiłeś.
— Wiem. Dlatego chcę, żebyś pamiętała, dokąd jedziemy.
Na lotnisku czekała moja siostra. Za szybą hali przylotów zobaczyłam Sergiusza. Nie wiedziałam, ile czasu tam stał i kto go powiadomił o naszym powrocie. Miał pod pachą pustą teczkę, a w drugiej ręce trzymał kopię przelewu dla Arka.
Nie podszedł od razu.
Najpierw wręczył dokument mojemu synowi.
— To pierwsza rata — powiedział. — I… nie będę prosił, żebyście wrócili do mieszkania, dopóki nie udowodnię, że potrafię zachowywać się jak ojciec.
Arek spojrzał na mnie.
Nie odpowiedziałam za niego.
To była jego decyzja.
— Możesz pisać — powiedział Arek. — Ale nie o samochodzie.
Sergiusz skinął głową.
— O czym mam pisać?
Arek zamknął dłoń na drewnianym kompasie.
— O tym, czy naprawdę oddałeś resztę.
Sergiusz odszedł, trzymając pustą teczkę tak ostrożnie, jakby w środku wciąż znajdowała się cała jego przyszłość.
A ja schowałam kompas do kieszeni i poczułam, że igła drży, wskazując nie północ, lecz drogę, którą wybraliśmy razem z Arkiem.
Przegapiłeś początek?













