CZĘŚĆ 4 — W dniu urodzin córki lekarze weszli do sali przebrani za bohaterów, a potem on uklęknął i nagle pobladł

CZĘŚĆ 4

— To laboratorium — powiedział doktor Marek. — Chcą, żebyśmy natychmiast wstrzymali przygotowania.

Alice ścisnęła figurkę tak mocno, że plastikowy bohater wbił jej się w skórę.

— Czyli nie będę bohaterką? — zapytała.

Doktor Marek odłożył telefon.

— Będziesz nią niezależnie od wyniku.

— Ale czy dostanę lekarstwo?

Nikt nie odpowiedział od razu.

Wyszłam na korytarz z doktorem Markiem, zostawiając Alice z Zosią i Piotrem. Drzwi sali zamknęły się za nami, ale przez szybę widziałam, jak Piotr siedzi nieruchomo, z rysunkiem na kolanach.

— Powiedz mi wszystko — zażądałam.

— Laboratorium twierdzi, że numer próbki Piotra nie zgadza się z numerem w systemie. Jeśli dokumentacja jest błędna, musimy powtórzyć badania. Wynik może przyjść za kilka dni.

— Alice nie ma kilku dni.

— Wiem.

— Od miesiąca mówiliście, że znaleźliście dawcę.

— Bo według dokumentów znaleźliśmy.

— Według dokumentów?

Doktor Marek przetarł twarz dłonią. Filcowa gwiazda na jego rękawie oderwała się z jednej strony.

— Anno, ktoś w laboratorium przepisał numer z formularza. Nie wiem, czy to pomyłka, czy zaniedbanie. Wiem tylko, że przez ten błąd możemy stracić miejsce Alice w programie.

Wtedy drzwi windy otworzyły się i wyszła starsza kobieta z metalową kasetką. Rozpoznałam ją. To była doktor Helena Radecka, kierowniczka laboratorium, która kilka razy pobierała od Alice próbki.

— Nie stracicie miejsca — powiedziała.

Doktor Marek odwrócił się gwałtownie.

— Heleno, co tu robisz?

— Przyjechałam powiedzieć prawdę, zanim ktoś zniszczy resztę dokumentów.

Poczułam zimno w palcach.

— Jakich dokumentów?

Helena postawiła kasetkę na krześle.

— Numer Piotra został przepisany błędnie, ale nie przez laboratorium. Błąd pojawił się wcześniej, na formularzu zgody.

— Kto go podpisał? — zapytałam.

Kobieta wyjęła teczkę i otworzyła ją na korytarzu.

— Podpis należy do kierownika programu, doktora Artura Bema.

Doktor Marek zaklął pod nosem.

— On twierdził, że nic nie wiedział.

— Twierdził też, że nie zna Piotra — odpowiedziała Helena. — Tymczasem jego firma konsultingowa otrzymała pieniądze od producenta leku. Program miał wykazać, że terapia działa szybciej, niż rzeczywiście działa. Alice była dla nich idealną pacjentką: mała, dzielna, popularna wśród darczyńców. Chcieli ogłosić jej przypadek podczas konferencji.

PRZECZYTAJ TAKŻE:  CZĘŚĆ 4 — W dniu ślubu mój brat zatopił samochód po dziadku, a kiedy rzucił mi kluczyki w błoto, mój ojciec nagle przestał się śmiać

Poczułam, że robi mi się niedobrze.

— Czyli ktoś przyspieszył wszystko dla pieniędzy?

— I żeby zdążyć przed końcem finansowania — powiedziała Helena. — Wpisali Piotra jako zgodnego dawcę, zanim zakończono pełną weryfikację. Kiedy zauważyłam błąd, kazano mi go przemilczeć.

— Kto kazał?

Helena spojrzała na doktora Marka.

— Artur Bem. A potem zagroził, że zamknie laboratorium i zwolni cały personel.

Drzwi sali otworzyły się. Piotr stał w progu.

— Słyszałem — powiedział.

Alice siedziała za nim, a Zosia trzymała jej kroplówkę.

— Czy to znaczy, że nie jestem dla nich dzieckiem? — zapytała Alice. — Tylko jakimś przykładem?

Doktor Marek uklęknął przed nią.

— Dla mnie jesteś Alice. Dla Zosi jesteś Alice. Dla wszystkich tutaj jesteś osobą, nie wynikiem.

— A dla tego pana?

— Dla niego też — odpowiedziała Helena. — Dlatego musimy przerwać jego plan.

Otworzyła metalową kasetkę. W środku znajdowały się oryginalne formularze, a na jednym z nich widniał podpis doktora Bema i data wcześniejsza niż pobranie krwi Piotra.

Piotr wziął kartkę.

— Ten podpis widziałem wczoraj. Bem powiedział, że wszystko jest w porządku.

— Nie jest — odparł Marek.

Telefon Anny zadzwonił. Dzwonił dyrektor szpitala.

— Proszę odebrać — powiedziała Helena. — Teraz już nie mogą udawać, że nie wiedzą.

Dyrektor zażądał, bym natychmiast podpisała zgodę na leczenie. Powiedział, że bez niej Alice wypadnie z programu. Kiedy zapytałam o błędną próbkę, zaczął mówić o „formalnościach” i „dobru pacjentki”.

— Moja córka nie będzie podpisem pod waszym raportem — odpowiedziałam.

Rozłączyłam się.

Piotr podszedł do mnie.

— Anno, jeśli okaże się, że nie jestem zgodny, odejdę. Ale jeśli jestem, chcę oddać jej komórki. Bez konferencji, bez zdjęć, bez wdzięczności.

Spojrzałam na niego.

— Nie możesz wrócić do jej życia tylko na czas pobrania.

— Wiem.

— Ona nie potrzebuje ojca, który pojawia się, kiedy wszyscy patrzą.

Piotr przyjął te słowa bez obrony.

— Więc zostanę, kiedy nikt nie będzie patrzył.

W laboratorium powtórzono badania. Nie czekaliśmy kilku dni. Helena znalazła próbkę awaryjną, pobraną podczas pierwszej wizyty Piotra, zanim ktokolwiek z programu dostał dostęp do danych. Wynik potwierdził zgodność.

PRZECZYTAJ TAKŻE:  CZĘŚĆ 4 — Rzuciłam pierścionkiem w narzeczonego po upokorzeniu przez jego pierwszą miłość, a wtedy jego matka nagle pobladła

Piotr mógł zostać dawcą.

Ale pojawił się kolejny problem. Jego serce nie pozwalało na zwykłe pobranie. Musiał przejść zabieg pod pełnym nadzorem kardiologa, a ryzyko było poważne.

— Mogę odmówić — powiedział lekarz.

— Możesz — odpowiedziałam.

— Nie odmówię.

— Nie rób tego, żeby odkupić siedem lat.

— Nie odkupię ich jednym zabiegiem.

Alice słuchała nas z łóżka.

— Tato?

Piotr odwrócił się.

— Tak?

— Jeśli będzie bolało, możesz krzyczeć. Ja krzyczałam przy pierwszej chemii.

Piotr uśmiechnął się przez łzy.

— Dobrze. Ale potem oboje będziemy udawać, że nie było tak źle.

— To umowa.

Zabieg odbył się następnego ranka. Alice czekała na oddziale w żółtej chuście, z figurką bohatera przyklejoną plastrem do piżamy. Kiedy Piotr wrócił, blady i osłabiony, podał jej małe pudełko.

W środku znajdowała się filcowa gwiazda od kostiumu doktora Marka.

— Dostałem ją od całej drużyny — powiedział. — Chcę, żebyś ją miała.

Alice przyłożyła gwiazdę do piersi.

— Teraz jesteś bohaterem?

Piotr spojrzał na mnie, zanim odpowiedział.

— Nie wiem. Ale próbuję nauczyć się nim być.

Leczenie rozpoczęto trzy dni później. Nikt nie robił zdjęć. Nie było konferencji, transparentów ani sponsorów przy łóżku Alice. Byli tylko lekarze, pielęgniarki, Piotr i ja.

Doktor Bem został odsunięty od programu, a Helena przekazała dokumenty komisji szpitala. Nie chciałam, żeby Alice poznawała wszystkie szczegóły. Wystarczyło jej, że ktoś próbował zamienić jej chorobę w reklamę, a inni ludzie powiedzieli temu „nie”.

Zosia przyszyła filcowe gwiazdy wszystkim pracownikom od nowa. Tym razem każda miała inny kolor.

Alice długo nie mogła wstawać z łóżka. Jej ciało walczyło, a ja uczyłam się nie pytać co pięć minut, czy coś boli. Piotr przychodził codziennie. Czasem siedział przy niej bez słowa. Czasem czytał jej komiksy głosem tak poważnym, że oboje wybuchali śmiechem.

Pewnego wieczoru Alice podała mu kartkę.

Był na niej rysunek dwóch bohaterów stojących obok siebie. Jeden miał tarczę, drugi serce narysowane na kostiumie. Nad nimi widniał napis: „Drużyna, która wraca”.

PRZECZYTAJ TAKŻE:  Po każdej kolacji u teściów budziłam się z rozpiętą bluzką, aż pewnego wieczoru mój mąż przestał się uśmiechać

Piotr długo patrzył na obrazek.

— Mogę to zatrzymać? — zapytał.

— Nie — odpowiedziała Alice. — Musisz nosić.

Przypięła rysunek do jego koszuli plastrem, tak jak wcześniej przyklejała figurkę do stojaka na kroplówkę.

— Teraz już nie zgubisz drogi — powiedziała.

Piotr pochylił głowę i pocałował ją w czoło.

A ja patrzyłam na filcową gwiazdę, która leżała obok pustego kubka po soku. Tę samą, którą doktor Marek miał na rękawie, kiedy obiecywał Alice, że bohaterowie nie zawsze przychodzą z hukiem.

Czasem przychodzą z pobraną krwią.

Czasem z prawdą, której nikt nie chce usłyszeć.

A czasem z rysunkiem przyklejonym do koszuli i dziewczynką, która mówi:

— Tato, jutro znowu przyjdziesz?

Rate article
CZĘŚĆ 4 — W dniu urodzin córki lekarze weszli do sali przebrani za bohaterów, a potem on uklęknął i nagle pobladł
CZĘŚĆ 4 — Mąż zostawił moją córkę z niemowlęciem w rozgrzanym samochodzie, lecz po moich słowach jego pewność nagle zniknęła