CZĘŚĆ 4
Telefon leżał na stole między nami.
Nikt nie chciał go dotknąć.
Dzwonił jednak uparcie, jakby po drugiej stronie ktoś wiedział, że czekamy na jeden ruch, jedno słowo, jedną decyzję.
Ojciec odebrał.
— Słucham.
Przez kilka sekund słyszeliśmy tylko szum.
Potem odezwał się męski głos.
— Aleksandra musi przyjechać sama.
Znałam ten głos.
Nie należał do Romana.
— Kim jesteś? — zapytałam.
— Człowiekiem, którego profesor ukrywał przed tymi, którzy chcieli przejąć archiwum.
— Gdzie jesteś?
— W starej klinice prawnej. Macie czterdzieści minut.
Połączenie się urwało.
Leonid wykorzystał chwilę zamieszania i próbował wybiec z kancelarii. Nadia podstawiła mu nogę. Upadł ciężko na kamienną posadzkę, a pieczęć z inicjałami Romana potoczyła się pod szafkę.
— Nie możecie mnie zatrzymać — syknął.
— Nikt cię nie zatrzymuje — powiedziałam. — Chcę tylko, żebyś przestał decydować, co inni mają prawo wiedzieć.
— Nie rozumiesz, z kim zadarłaś.
— Rozumiem. Z ludźmi, którzy sądzą, że cudzy podpis jest tańszy niż ich własne sumienie.
Ojciec spojrzał na mnie.
— Nie jedź tam sama.
— Właśnie tego żądał głos.
— To może być pułapka.
— Wszystko było pułapką. Różnica polega na tym, że teraz wiem, gdzie jest jej środek.
W starej klinice panował zapach wilgotnego papieru. Korytarz był pusty, a drzwi do sali rozpraw pozostawiono uchylone. Na środku stał mężczyzna w granatowym swetrze. Miał siwe włosy, cienką bliznę na policzku i ręce uniesione tak, żebyśmy widzieli, że nie trzyma broni.
— Nazywam się Danyło Moroz — powiedział.
Profesor miał na imię Ołeh Morozow.
— Jesteś jego synem? — spytałam.
— Bratem.
Ojciec zrobił krok naprzód.
— Profesor nie miał brata.
— Oficjalnie nie. Po wojnie zmieniono mi nazwisko, bo byłem świadkiem sprawy, o której pańskie służby nie chciały mówić. Ołeh przez całe życie próbował odtworzyć dokumenty zabrane z archiwów. Roman dowiedział się o tym i postanowił sprzedać je ludziom, którzy chcieli wymazać nazwiska swoich przodków.
Danyło wskazał na stół.
Leżała tam księga rachunkowa, nie spalona ani nieuszkodzona, mimo że pożar w kancelarii miał wyglądać na przypadkowy.
— Roman chciał, żebym zginął razem z dokumentami — powiedział Danyło. — Ołeh zdążył mnie ukryć. Przed śmiercią przekazał mi ostatni klucz.
— Dlaczego wybrał mnie? — zapytałam.
Danyło przesunął w moją stronę cienką kopertę.
— Bo nie jesteś częścią ich systemu. I dlatego, że studiujesz prawo, a nie politykę. Ołeh uważał, że prawnik powinien najpierw umieć powiedzieć: „Nie wiem”.
Otworzyłam kopertę.
W środku znajdowała się kartka profesora, zapisana jego drobnym, pochyłym pismem.
„Aleksandro, jeśli czytasz te słowa, nie próbuj ratować mojego nazwiska. Uratuj nazwiska tych, których wymazano”.
Pod spodem była lista dwudziestu trzech osób.
Każda miała datę, numer dokumentu i krótką uwagę.
Niektóre nazwiska należały do dzieci, które zaginęły podczas ewakuacji. Inne do rodzin, którym odebrano ziemię. Jedno należało do Danyła.
Ostatnie do mojego ojca.
— Co to znaczy? — zapytałam.
Ojciec odsunął się od stołu.
Danyło odpowiedział za niego.
— Pański ojciec wiele lat temu podpisał zgodę na przeniesienie części archiwum w bezpieczne miejsce. Nie wiedział, że dokumenty zostaną rozdzielone, a potem wykorzystane do szantażu. Roman odkrył jego podpis i przez lata używał go jako smyczy.
Spojrzałam na ojca.
— Podpisałeś?
— Tak.
— Wiedziałeś, że te dokumenty zniknęły?
— Wiedziałem, że zniknęła część. Nie wiedziałem, kto ją ma.
— A kiedy się dowiedziałeś?
— Kiedy zobaczyłem twoje nazwisko na umowie.
To zabolało bardziej niż oskarżenie rektora.
— Mogłeś powiedzieć mi prawdę.
— Bałem się, że jeśli poznasz moje nazwisko na tej liście, uznasz mnie za jednego z nich.
— Przez cały czas próbowałam zrozumieć, czy jestem dla ciebie córką, czy tylko kolejnym dokumentem do ochrony.
Ojciec podszedł bliżej.
— Jesteś jedyną osobą, której nie potrafiłem ochronić kłamstwem.
Nie odpowiedziałam.
Wtedy do sali wszedł Roman Hłuszczuk.
Miał rozpięty płaszcz, mokre buty i twarz człowieka, który przyszedł po coś, co od dawna uważał za swoje.
— Danyło — powiedział. — Nadal żyjesz.
— Ku twojemu rozczarowaniu.
Roman spojrzał na mnie.
— Aleksandro, to nie musi tak wyglądać. Podpisz oświadczenie, że działałaś samowolnie, a twoja rodzina nie ucierpi.
— Już próbowałeś użyć mojego podpisu.
— Użyłem nazwiska, które i tak otwierało drzwi.
— Nie. Użyłeś nazwiska, którego bałeś się podpisać własną ręką.
Jego twarz stwardniała.
— Nie wiesz, co zrobiłem dla tego kraju.
— Wiem, co zrobiłeś dla siebie.
Roman rzucił teczkę na stół. Dokumenty rozsypały się po podłodze. Wśród nich leżała kopia mojego podpisu i rachunek za wynajem samochodu, którym ktoś pojechał do profesora w dniu jego śmierci.
Na rachunku widniało nazwisko kierowcy.
Leonid Krawiec.
Ojciec podniósł kartkę.
— On był przy wypadku.
Roman zacisnął szczękę.
— Leonid miał tylko przekazać wiadomość.
Wypowiedział to zbyt szybko.
Wszyscy usłyszeli.
Nadia zrobiła krok w tył. Danyło zamknął księgę. Ojciec popatrzył na Romana tak, jakby przed chwilą zobaczył człowieka, którego znał od dziesięcioleci, a jednak nigdy go nie poznał.
Roman zrozumiał, co zrobił, i rzucił się do drzwi.
Nie wybiegł daleko.
Na korytarzu czekali już członkowie komisji uczelnianej, wezwana przez dziekan Sawczuk po tym, jak Nadia przesłała im zdjęcia księgi. Nie było pościgu, krzyków ani teatralnych deklaracji. Były podpisane protokoły, zabezpieczone dokumenty i pytania, na które Roman nie mógł już odpowiadać cudzym nazwiskiem.
Leonid został odsunięty od kliniki jeszcze tego samego dnia. Rektor publicznie wycofał oskarżenie wobec mnie, ale nie przeprosił. Dziekan zrobiła to za niego, stojąc przed całym senatem.
— Zawiodła panią instytucja — powiedziała. — Nie pani prawo do prawdy.
Nie wróciłam od razu na zajęcia.
Przez trzy dni siedziałam z Danyłem w archiwum i przepisywałam nazwiska z księgi do nowych, zabezpieczonych rejestrów. Każde nazwisko czytałam na głos. Danyło poprawiał daty. Ojciec przynosił wodę i dokumenty, ale nie próbował już mówić mi, co mam robić.
Czwartego dnia położył na stole mosiężną jaskółkę.
— Znalazłem ją pod szafką — powiedział.
— Myślałam, że ją zgubiłam.
— Profesor dał ci ją, żebyś pamiętała o drodze powrotnej.
— Skąd wiesz?
Ojciec wyjął z kieszeni ostatnią kartkę Morozowa.
— Napisał to na odwrocie.
Przeczytałam: „Jaskółka nie zna granic. Wraca tylko tam, gdzie ktoś zostawił dla niej miejsce”.
Tego wieczoru odbyło się posiedzenie, na którym miałam zostać formalnie oczyszczona z zarzutów. Rektor poprosił, żebym odczytała oświadczenie przygotowane przez uczelnię.
Wstałam, trzymając kartkę w dłoni.
— Nie odczytam tego tekstu — powiedziałam.
Na sali poruszyły się krzesła.
— Dlaczego? — spytał rektor.
— Bo mówi tylko, że nie popełniłam przestępstwa. To za mało. Chcę, żeby zapisano również nazwiska osób, których dokumenty sprzedawano. Chcę, żeby archiwum zostało otwarte dla ich rodzin. I chcę, żeby każdy student, którego oskarżono bez dowodu, dostał prawo do publicznej obrony.
Ojciec siedział w ostatnim rzędzie. Nie wstał. Nie próbował przemawiać za mnie.
Tylko skinął głową.
Komisja przyjęła wszystkie trzy żądania.
Kiedy wychodziłam z sali, Danyło czekał przy schodach z odnowioną księgą rachunkową.
— Masz jeszcze jedną stronę do podpisania — powiedział.
— Jaką?
— Tę, na której zrzekasz się prawa do nazwiska jako tarczy. Od dziś podpisujesz się pod własną pracą.
Wzięłam pióro.
Nie użyłam jednak żadnego dokumentu przygotowanego przez Romana. Na pustej stronie napisałam swoje imię, a pod nim: „Pełnomocniczka rodzin poszukujących zaginionych archiwów”.
Mosiężną jaskółkę położyłam obok księgi.
Ojciec podszedł do mnie, ale zatrzymał się w bezpiecznej odległości.
— Mogę cię o coś poprosić? — zapytał.
— Możesz.
— Kiedyś pozwól mi przeczytać tę listę razem z tobą.
Spojrzałam na nazwisko, które należało do niego.
— Nie dziś.
— Rozumiem.
— Ale możesz zacząć od pierwszej osoby, której nie znałeś.
Wziął księgę obiema rękami.
Danyło otworzył ją na pierwszej stronie, a ja przeczytałam pierwsze wymazane nazwisko. Głos drżał mi tylko przy jednym słowie.
Potem następne.
I jeszcze jedno.
Na końcu stołu mosiężna jaskółka odbiła w świetle mały, złoty kształt na kartce, jakby ktoś właśnie zaznaczył miejsce, od którego trzeba zacząć wszystko od nowa.
Przegapiłeś początek?













