CZĘŚĆ 4
— Kto podpisał wiadomość? — zapytałam.
Strażnik podał telegram Sebastiánowi.
Przeczytał go raz.
Potem drugi.
— Człowiek, który nazywa się Julián Alcázar — powiedział. — Twierdzi, że jest synem mojego brata.
W gabinecie zrobiło się tak cicho, że słyszałam kapanie deszczu z okapu. Doktor Roldán przestał udawać obojętność. Baltasar Mena opuścił głowę, a mój ojciec zacisnął szczęki.
— To niemożliwe — powiedział Sebastián.
— Dlaczego? — spytałam.
— Alonso nie miał syna.
— A jeśli miał, tylko nigdy go nie uznał?
Mena podniósł wzrok.
— Ten telegram jest fałszerstwem.
Sędzia Isabela Montoya wyrwała mu wiadomość z ręki.
— To ustalimy. Najpierw jednak aresztuję wszystkich, którzy próbowali zniszczyć dowody.
Mena parsknął śmiechem.
— Nie może pani zatrzymać człowieka, który jest doradcą rodu Alcázarów.
— Mogę zatrzymać człowieka podejrzanego o współudział w zabójstwie.
Żołnierze założyli mu kajdany.
Doktor Roldán zaczął się cofać.— Ja tylko wykonałem polecenie.
— Czyje? — spytała sędzia.
Lekarz spojrzał na mojego ojca.
Esteban pobladł.
— Nie waż się — syknął.
— To on dał mi proszek — wyszeptał Roldán. — Mena obiecał mi część ziemi. Alonso miał umrzeć po podpisaniu nowych dokumentów, a wdowę zamknięto by w klasztorze. Nikt nie pytałby dziewczyny bez pieniędzy.
Przez chwilę patrzyłam na ojca i próbowałam znaleźć w jego twarzy choć odrobinę człowieka, którego pamiętałam z dzieciństwa.
Nie znalazłam.
— Sprzedałeś mnie drugi raz — powiedziałam.
— Chciałem uratować rodzinę.
— Nie. Chciałeś uratować siebie.
Strażnicy wyprowadzili ich trzech. Mój ojciec próbował jeszcze złapać mnie za rękę, lecz odsunęłam się, zanim dotknął mojej sukni.
Dopiero wtedy Sebastián podszedł do biurka.
— Musimy odnaleźć brakującą stronę testamentu — powiedział.
— A jeśli Julián naprawdę jest synem Alonso?
— Wtedy otrzyma to, co mu się należy.
— A ja?
Sebastián milczał.
Wróciliśmy do Valderramy przed południem. W sypialni Alonso wciąż stały świece z nocy poślubnej. Jedna z nich przewróciła się na dywan, zostawiając okrągłą plamę wosku. Sebastián uklęknął przy kominku i zaczął przesiewać popiół.
— Tutaj — powiedział.
Wyciągnął metalową klamrę z herbem Alcázarów. Za nią, między cegłami, tkwił zwinięty kawałek papieru.
Rozwinęliśmy go razem.
Była to brakująca strona testamentu.
Alonso zapisał mi połowę majątku, prawo do domu i pełną niezależność. Drugą połowę pozostawił Sebastiánowi pod warunkiem, że nie zmusi mnie do ponownego małżeństwa ani nie ograniczy mojego dostępu do pieniędzy.
Na końcu dodał jedno zdanie: „Jeśli mój brat okaże się człowiekiem godnym tego nazwiska, Mariana sama zdecyduje, czy chce pozostać jego rodziną”.
Sebastián długo patrzył na pismo.
— Myślał o wszystkim — powiedział.
— Poza własnym sercem.
— I poza tym, że będę musiał odziedziczyć kobietę, która patrzy na mnie tak, jakby za chwilę miała rzucić we mnie kałamarzem.
Po raz pierwszy od śmierci Alonso prawie się uśmiechnęłam.
— Nie odziedziczył mnie pan.
— Wiem.
— Nie jestem częścią majątku.
— Wiem.
— I nie zamierzam poślubić pana tylko dlatego, że jakiś dokument tak sugeruje.
— Tego również się domyśliłem.
W południe ciało Alonso przewieziono do lekarza miejskiego. Badanie potwierdziło truciznę. Mena, Roldán i Esteban zostali osądzeni kilka miesięcy później za spisek, fałszowanie rachunków i udział w zabójstwie. Mena stracił urząd i cały majątek. Doktor spędził resztę życia w więzieniu. Mój ojciec nie dostał ode mnie ani jednego listu.
Nie cieszyłam się z ich upadku.
Po prostu przestałam ich ratować przed skutkami własnych decyzji.
Najtrudniejsza była pierwsza noc po pogrzebie. Stałam w pustej sypialni Alonso, trzymając w dłoni mój wachlarz. Pęknięte perłowe żebro wciąż było wyłamane, a bordowa wstążka zwisała z rączki jak zwiędły kwiat.
Na krześle leżała suknia ślubna.
Nie mogłam jej spalić.
Nie mogłam też jej nosić.
Złożyłam ją więc do kufra i schowałam pod listem Alonso. Nie jako pamiątkę po małżeństwie, lecz jako dowód dnia, w którym po raz pierwszy sama wybrałam, kim jestem.
Trzy tygodnie później otworzyłam w pałacu szkołę dla dziewcząt pracujących na okolicznych farmach. Uczyły się czytać, prowadzić rachunki i podpisywać własne nazwiska.
Sebastián zamieszkał w północnym skrzydle. Początkowo spotykaliśmy się tylko przy stole, w obecności Bernardy i majordoma. Potem zaczęliśmy rozmawiać w ogrodzie.
Pewnego listopadowego poranka znalazłam go przy stajni. Trzymał list od Juliána, młodego człowieka, który rzeczywiście okazał się nieślubnym synem Alonso. Testament nie dawał mu majątku, ale Sebastián przekazał mu dom i ziemię w San Telmo.
— Powinien pan zatrzymać wszystko — powiedziałam.
— Nie potrzebuję wszystkiego.
— To rzadkie u ludzi, którzy właśnie odziedziczyli hrabstwo.
— Pani również nie potrzebuje wszystkiego.
— Potrzebuję wyboru.
Spojrzał na mnie spokojnie.
— I właśnie go pani ma.
Zimą szkoła wypełniła się śmiechem. Dziewczęta rysowały na tabliczkach swoje imiona, a ja poprawiałam ich krzywe litery. Mała Inés narysowała dla mnie dom z ogromnym słońcem nad dachem i kobietę stojącą przed otwartymi drzwiami.
— To pani? — zapytałam.
— Tak. Nie stoi pani w środku, bo może pani wyjść, kiedy chce.
Zachowałam ten rysunek w szufladzie biurka.
Minęły cztery miesiące.
Pierwszy śnieg spadł na dach Valderramy cicho i bez ostrzeżenia. Tego wieczoru Sebastián znalazł mnie w oranżerii. Przyniósł dwie filiżanki gorącej czekolady.
— Dostałem wiadomość od Juliána — powiedział.
— Czy wszystko u niego dobrze?
— Tak. Pisze, że pierwszy raz ma własny pokój.
Usiadł naprzeciwko mnie.
— Chciałem zapytać, czy pani zostaje.
— W tym domu?
— Przy mnie. Ale nie jako wdowa po moim bracie i nie jako obowiązek. Jeśli pani odejdzie, pomogę zbudować pani życie gdziekolwiek indziej.
Za szybą śnieg przykrywał ślady na dziedzińcu.
— A jeśli zostanę?
— Wtedy będę musiał codziennie przypominać sobie, że nie wolno mi pani posiadać.
— To chyba rozsądny początek.
Nie pocałowaliśmy się tej nocy. Nie było obietnic ani przysiąg. Była tylko rozmowa, która trwała do świtu i nie przypominała żadnej umowy.
Rok później mój ojciec przysłał ostatni list. Pisał, że jest chory, że żałuje i że rodzina powinna sobie wybaczać.
Przeczytałam go przy oknie.
Sebastián stał przy kominku, milcząc.
— Odpowiesz? — zapytał.
— Nie.
— Jesteś pewna?
— Po raz pierwszy w życiu.
Włożyłam list do ognia. Papier skręcił się, poczerniał i zniknął.
Potem wróciłam do szkoły. Inés czekała przy drzwiach z nowym rysunkiem. Tym razem narysowała kobietę trzymającą otwarty wachlarz, a za nią szeroką drogę prowadzącą poza granice posiadłości.
— Dokąd pani idzie? — spytała.
Spojrzałam na mój stary wachlarz. Pęknięte perłowe żebro nadal przypominało mi noc, w której wszyscy chcieli zdecydować za mnie. Bordowa wstążka była postrzępiona, lecz nie odwiązałam jej.
— Tam, gdzie sama wybiorę — odpowiedziałam.
Za oknem spadł pierwszy tej zimy płatek śniegu i osiadł na pękniętej perle.
Tym razem nie byłam niczyim dziedzictwem.
Przegapiłeś początek?













