CZĘŚĆ 4
Doña Beatriz pisała, że wie o narodzinach dziecka i jeszcze tej nocy wysłała własnych ludzi do El Encinar.
Pod spodem znajdowało się jedno zdanie, które sprawiło, że nawet Ramiro przestał udawać spokój.
Jeśli Alejandro spróbuje przeciwstawić się mojej woli, uznam dziecko za nieślubne i przejmę opiekę nad nim jako głowa rodu.
W pokoju zapadła cisza.
Słychać było tylko trzask drewna w piecu i cichy, nierówny oddech Martína.
— Ona nie może tego zrobić — powiedziałem.
Prawnik poprawił kołnierz.
— Może próbować. Ma wpływy w stolicy.
— A pan jej pomoże?
Mężczyzna spojrzał na dokument leżący na stole. Potem na Inés, bladą i wyczerpaną, oraz na maleńkie dziecko przy ogniu.
— Nie — odpowiedział cicho. — Nie będę podpisywał papierów, o których wiem, że opierają się na oszustwie.
Ramiro rzucił mu wściekłe spojrzenie.
— Zapłaciłem panu.
— Zapłacił mi pan za sporządzenie cesji, nie za fałszowanie korespondencji.
— Wszyscy jesteście głupcami!
Ramiro ruszył do drzwi, lecz Tomás zastąpił mu drogę.
Na schodach pojawiły się służące. Jedna trzymała pogrzebacz, druga ciężki dzban z wodą. Nikt nie wypowiedział słowa, ale Ramiro zrozumiał, że w tej hacjendzie po raz pierwszy stracił przewagę.
— Proszę się odsunąć — syknął.
— Tym razem to pan proszę odejść — powiedziałem.
Ramiro odszedł, lecz nie pojechał do miasta. Zatrzymał się w gospodzie przy drodze, gdzie czekał na ludzi Doñi Beatriz.
Nie miałem czasu się bać.
O świcie wysłałem Tomása po notariusza i doktora. Kazałem także sprowadzić dwóch zaufanych strażników z sąsiedniej posiadłości. Nie po to, by urządzać wojnę, lecz by każdy, kto przekroczy bramę, musiał najpierw powiedzieć, po co przybył.
Inés spała przez trzy godziny. Kiedy się obudziła, Martín oddychał spokojniej, zawinięty w chustę przy jej boku.
— Czytałeś wszystkie listy? — zapytała.
— Tak.
— W jednym napisałam, że cię nienawidzę.
— Wiem.
— W innym, że jeśli wrócisz, zamknę ci drzwi przed nosem.
— Też wiem.
— A mimo to przyjechałeś.
Usiadłem przy łóżku.
— Przyjechałem podpisać koniec. Znalazłem początek.
Odwróciła twarz, a po chwili zaczęła płakać. Nie próbowałem jej uciszać. Po raz pierwszy od naszego ślubu pozwoliłem, żeby między nami nie było ani dokumentów, ani dumy.
W południe przyjechał notariusz. Przejrzał listy, księgę rachunkową, rejestry sprzedaży drewna i świadectwo Tomása. Potem dokładnie obejrzał pieczęcie na dokumentach Ramira.
— Te odciski wykonano z tej samej matrycy — oznajmił. — Ktoś sporządził je poza kancelarią Doñi Beatriz.
— Czy to wystarczy, by go zatrzymać? — spytałem.
— Wystarczy, by rozpocząć postępowanie. Ale najpierw trzeba zabezpieczyć majątek.
Pojechałem do stolicy trzy dni później, zostawiając Inés i Martína pod opieką doktora oraz Remedios. Podróż trwała całą noc. Gdy dotarłem do rezydencji Santillánów, moja matka czekała w bibliotece, ubrana w czarną suknię, z twarzą spokojną jak marmur.
Ramiro stał obok niej.
— Przyjechałeś popełnić kolejny błąd — powiedziała.
— Nie. Przyjechałem zadać ci jedno pytanie.
— Wiem, co powiedział ci ten zarządca.
— Nie pytam o niego. Pytam, dlaczego przez siedem miesięcy pozwoliłaś, żeby moja żona myślała, że chcę odebrać jej dziecko.
Matka uniosła brodę.
— Kobieta z rodu de la Vega nie powinna decydować o majątku Santillánów.
— El Encinar nie należy do nas.
— Należy do ciebie jako jej męża.
— Nie jesteś moim prawnikiem.
— Jestem twoją matką.
— A ja jestem ojcem.
Położyłem na stole kopie listów. Jeden po drugim.
Matka przeczytała pierwszy. Jej palce zacisnęły się na papierze.
— Nie otwierałam ich — powiedziała.
Ramiro pobladł.
— Doña Beatriz, proszę pozwolić, że wyjaśnię…
— Milcz — przerwała.
To był pierwszy raz, gdy zobaczyłem, że naprawdę się go boi.
Wtedy wyjąłem z kieszeni mały mosiężny przyrząd z wbudowanym rejestrem podróży, który kapitan portowy wręczył mi przed wyjazdem. Nie był dowodem na wszystko, ale zawierał daty mojego pobytu poza krajem. Pokazywał, że nie mogłem osobiście wysyłać żadnych rozkazów dotyczących Inés ani majątku.
— A teraz posłuchaj własnych słów — powiedziałem.
Podczas rozmowy w bibliotece Tomás stał za drzwiami z notariuszem. Wcześniej, na moją prośbę, zapisał zeznanie Ramira. Znalazły się w nim jego własne słowa o niszczeniu listów, sprzedaży drewna i planie przejęcia dziecka.
Notariusz odczytał je głośno.
Głos Ramira zabrzmiał w bibliotece obco, choć należał do niego.
— Powiedziałem to przy Tomásie? — wyszeptał.
— Powiedział pan — odpowiedział notariusz.
Ramiro usiadł ciężko na krześle.
Nie czułem triumfu. Tylko zmęczenie.
Doña Beatriz długo patrzyła na mnie.
— Jeśli będziesz bronił tej kobiety, zerwiesz z własną rodziną.
— Jeśli jej nie obronię, nie będę godny nazywać się rodziną.
Następnego dnia Ramiro został zatrzymany za fałszowanie dokumentów, przywłaszczenie i próbę odebrania dziecka bez prawnego nakazu. W kolejnych tygodniach sąd zabezpieczył majątek El Encinar, a księgi rachunkowe potwierdziły kradzież pieniędzy przeznaczonych na utrzymanie robotników.
Prawnik mojej matki zrezygnował z dalszej współpracy z nią. Powiedział, że nie będzie bronił kobiety, która sama pozwoliła, by oszustwo niszczyło małżeństwo jej syna.
Doña Beatriz nie trafiła do więzienia. Jej nazwisko i wpływy uratowały ją przed najgorszą karą, lecz musiała oddać kontrolę nad majątkiem oraz publicznie odwołać wszystkie oskarżenia wobec Inés.
Najtrudniejsza była nie rozprawa.
Najtrudniejszy był powrót do El Encinar.
Kiedy wszedłem do pokoju, w którym urodził się Martín, zobaczyłem pusty fotel, miskę po gorącej wodzie i małą plamę krwi na desce podłogi. Na stoliku leżał mój zegarek o pękniętej porcelanowej tarczy.
Inés wyczyściła go i położyła obok kołyski.
— Zatrzymał się o dziewiątej czterdzieści siedem — powiedziała.
— Wtedy urodził się Martín.
— Wtedy przestałam bać się, że umrę sama.
Usiadłem na podłodze obok kołyski. Syn spał, poruszając ustami przez sen.
— Nie wiem, jak być ojcem — przyznałem.
Inés oparła dłoń na moim ramieniu.
— Ja nie wiem, jak znowu być twoją żoną.
— Możemy zacząć od bycia ludźmi, którzy mówią sobie prawdę.
— To brzmi trudniej niż małżeństwo.
— Jest trudniejsze.
Uśmiechnęła się po raz pierwszy od mojego przyjazdu.
Minęły cztery miesiące.
Wiosną dach El Encinar został naprawiony, a robotnicy odzyskali część pieniędzy z nielegalnej sprzedaży drewna. Inés prowadziła rachunki sama. Ja zamknąłem biuro w stolicy i zacząłem przyjeżdżać do miasta tylko wtedy, gdy naprawdę musiałem.
Wstawałem przed świtem, rozpalałem ogień i sprawdzałem, czy Martín oddycha. Potem parzyłem kawę, choć wcześniej uważałem, że jest zbyt gorzka. Inés śmiała się, że człowiek, który przeżył sztormy na morzu, przegrywa z jednym garnkiem.
Martín rósł powoli.
W maju pierwszy raz chwycił mój palec. W czerwcu zaczął gaworzyć. Pewnego popołudnia znalazłem go na kocu obok stołu, z kawałkiem węgla w dłoni. Na kartce narysował krzywą linię, małe koło i coś, co przypominało zegarek.
— To ty? — zapytałem.
Inés spojrzała na rysunek.
— To was dwóch. Ty i on.
— Wyglądamy jak dwa ziemniaki.
— Martín jest jeszcze mały. Daj mu czas.
Po raz pierwszy od wielu lat śmiałem się bez poczucia winy.
Latem otrzymałem list od matki. Prosiła, żebym przyjechał, ponieważ była chora i chciała zobaczyć wnuka.
Inés czytała go przy oknie.
— Pojedziesz? — zapytała.
— Tak. Ale nie zabiorę Martína tam, gdzie ktoś może uznać go za własność.
— A jeśli obieca, że się zmieni?
— Wtedy będzie musiała to udowodnić, nie napisać.
Pojechałem sam. Matka była słabsza i starsza, lecz nie przeprosiła od razu. Dopiero po długiej ciszy powiedziała:
— Bałam się, że stracisz nazwisko.
— Straciłem coś ważniejszego. Zaufanie Inés.
— Możesz je odzyskać?
— Nie wiem. Każdego dnia próbuję.
— A mnie?
Spojrzałem na jej dłonie, cienkie i nieruchome na kocu.
— Ty też możesz próbować.
Nie obiecałem jej przebaczenia. Nie musiałem. Po raz pierwszy zrozumiała, że miłość nie jest obowiązkiem podpisanym na papierze.
Jesienią Ramiro przysłał ostatnią wiadomość. Pisał, że wyszedł na wolność i że moglibyśmy zawrzeć ugodę. Twierdził, że był tylko narzędziem cudzych decyzji.
Na końcu dodał: Jeśli oddasz mi zarząd nad El Encinar, zapomnę o wszystkim.
Przeczytałem list przy kominku.
Inés stała obok z Martínem na rękach.
— Co mu odpiszesz? — zapytała.
Wziąłem pióro.
Napisałem tylko: Nie wracaj.
Potem złożyłem kartkę i nie wysłałem jej pocztą. Spaliłem ją.
Nie chciałem już prowadzić rozmów z człowiekiem, który uważał cudze życie za kolejną rubrykę w księdze.
Pierwszy śnieg spadł w listopadzie.
Stałem na ganku, a Martín spał pod moim płaszczem. Inés przyniosła z domu zegarek. Mechanizm naprawiono, lecz pęknięta tarcza została taka jak dawniej.
— Możesz wymienić porcelanę — powiedziała.
— Nie.
— Dlaczego?
Podałem jej zegarek.
— Bo przypomina mi, że czas może stanąć. Ale nie musi zatrzymać człowieka.
Inés wzięła moją dłoń.
W domu płonął ogień. Na stole leżał rysunek Martína, krzywy i zabawny. Za oknem śnieg przykrywał ślady drogi, którą kiedyś przyjechałem z dokumentami separacji.
Zegarek tykał cicho między nami.
Tym razem odmierzał początek.
Przegapiłeś początek?













