CZĘŚĆ 4 — Na rozprawie nazwali śmierć dziewczyny nieszczęśliwym wypadkiem, lecz po moim pytaniu oskarżony nagle przestał się uśmiechać

CZĘŚĆ 4

Kiedy przyjechaliśmy pod kamienicę Leny, na ulicy nie było już nikogo. Latarnie odbijały się w kałużach, a mokry bruk lśnił jak czarna tafla szkła.

Sasza siedział za szafą w kuchni. Trząsł się tak mocno, że zęby uderzały o siebie.

— Gdzie jest drugi zeszyt? — zapytał Kor­sakow.

Chłopiec wskazał piec.

W popiele znaleźliśmy metalową puszkę po herbacie. W środku leżała druga część notatek Leny oraz kopie rachunków. Przy każdym spotkaniu Roman płacił komuś za milczenie. Były tam nazwiska urzędników, lekarza, który wystawił fałszywe zaświadczenie, i człowieka z komitetu dzielnicowego, który ostrzegł panią Nadieżdę.

Kor­sakow przeczytał pierwszą stronę, potem drugą.

— To nie jest już sprawa jednego mieszkania — powiedział.

— Wiem.

— Jeśli przekażemy to wyżej, ktoś spróbuje odwrócić sprawę przeciwko pani.

— W takim razie przekażemy kopie kilku osobom naraz.

Spojrzał na mnie i po raz pierwszy tego dnia lekko się uśmiechnął.

— Właśnie dlatego bałem się pracować z panią.

— A ja myślałam, że bał się pan tylko swoich przełożonych.

— Ich można czasem przekonać. Pani nie.

Następnego ranka Roman zjawił się w moim gabinecie z adwokatem ojca. Miał na sobie jasny garnitur, a w klapie złotą odznakę studencką. Na twarzy znów pojawiła się pewność siebie.

— Mój klient zaprzecza wszystkim zarzutom — powiedział adwokat. — Nagranie może być zmanipulowane.

— Taśma zostanie zbadana.

— A zapiski nie mają wartości dowodowej.

— Mają nazwiska, daty i potwierdzenia świadków.

Roman oparł dłonie na moim biurku.

— Pani naprawdę chce zniszczyć życie kilku młodym ludziom przez jedną dziewczynę?

Patrzyłam na niego długo.

— Nie. Chcę, żebyście po raz pierwszy ponieśli odpowiedzialność za własne życie.

Wtedy Kor­sakow włączył magnetofon stojący na stoliku. Z głośnika popłynął głos Romana.

— Nikt niczego nie widział. Ojciec się tym zajmie.

Roman odsunął się, jakby ktoś go uderzył.

— To nie mój głos.

— Jest pan pewien? — spytałam.

Taśma zabrzmiała ponownie. Każde słowo wracało do pokoju z przerażającą dokładnością. Roman słyszał własny śmiech, własne rozkazy, własny spokojny ton po śmierci Leny.

PRZECZYTAJ TAKŻE:  Zobaczyłam biżuterię po babci na szyi żony pastora, a po moim kolejnym prezencie jego uśmiech nagle zniknął

Adwokat zamknął teczkę.

— Od tej chwili nie będę pana reprezentował.

— Co pan robi? — Roman odwrócił się do niego. — Mój ojciec panu zapłacił!

— Pański ojciec nie może zapłacić za to, co zostało nagrane.

Po południu zatrzymano Romana, Dmitrija, Witalija i Borysa. Ojciec Romana próbował dodzwonić się do wszystkich, którzy mogli jeszcze coś załatwić. Matka przyjechała do sądu z bukietem białych goździków i przez pół godziny płakała na korytarzu.

— Pani nie ma dzieci? — zapytała mnie, gdy przechodziłam obok.

— Mam córkę.

— Więc powinna pani rozumieć matkę.

— Rozumiem. Dlatego nie pozwolę, żeby kolejna matka pochowała swoje dziecko bez imienia.

Proces trwał trzy tygodnie. Świadkowie początkowo milczeli, lecz nagranie oraz notes Leny odebrały strachowi jego władzę. Dziewczyny, które wcześniej bały się zeznawać, zaczęły przychodzić jedna po drugiej.

Jedna z nich, Olga, stanęła przed sądem w czerwonej chustce. Drżały jej ręce, ale mówiła wyraźnie.

— Myśleli, że skoro są bogaci, możemy być dla nich rzeczą.

Roman siedział na ławie oskarżonych i patrzył w podłogę.

Kiedy ogłosiłam wyrok, na sali nie było triumfu. Było zmęczenie. Matka Leny zacisnęła palce na torebce, a Sasza wtulił twarz w ramię pani Nadieżdy.

Roman został skazany na wieloletnie więzienie. Jego koledzy otrzymali kary za współudział i przemoc. Urzędnik, który próbował zatuszować sprawę, stracił stanowisko i również stanął przed sądem.

Najtrudniejszy moment przyszedł jednak kilka dni później.

W archiwum odsłuchałam całe nagranie jeszcze raz. Sama. W pustym pokoju, przy jednej lampie.

Gdy usłyszałam słowa Romana, zrozumiałam, że on nie pojął winy dopiero w sądzie. On pojął ją wtedy, gdy usłyszał własny głos bez przyjaciół, bez ojca i bez muzyki zagłuszającej sumienie.

Po rozprawie poszłam do mieszkania Leny. Drzwi otworzyła matka, choć wyglądała, jakby postarzała się o dziesięć lat.

Pokój dziewczyny był pusty. Na ścianie pozostał jasny prostokąt po zdjęciu, na półce leżał niedokończony sweter, a pod łóżkiem znalazłam jedną porcelanową spinkę w kształcie wiśni. Drugą Lena musiała zgubić tamtej nocy.

PRZECZYTAJ TAKŻE:  CZĘŚĆ 4 — Osiem minut po rozwodzie były mąż zażądał opieki nad dziećmi, a gdy położyłam paszporty na stole, jego uśmiech zgasł

— Zabrała ją pani? — zapytała matka.

— Jeśli pani pozwoli.

— Weźmie pani coś po mojej córce?

— Będę pamiętać, że miała imię.

Minęły cztery miesiące.

Sasza zamieszkał u ciotki w Jarosławiu. Co tydzień pisał do mnie listy. Opowiadał o szkole, o tym, że nauczył się dzielić jabłko na równe części, i o pierwszym śniegu.

W marcu odwiedził mnie w Moskwie. Miał za duży płaszcz i czapkę zsuwającą się na jedno ucho.

— Pani sędzio — zapytał, siedząc przy moim stole — czy moja siostra była odważna?

— Tak.

— A czy się bała?

— Odważni ludzie też się boją.

— To dlaczego poszła do nich jeszcze raz?

Nie odpowiedziałam od razu. Za oknem tramwaj zadzwonił na skrzyżowaniu.

— Bo próbowała ochronić inne dziewczyny. I ciebie.

Sasza długo patrzył na herbatę.

— Kiedy będę dorosły, też będę mówił prawdę.

— Wtedy pamiętaj, żeby mówić ją wcześniej niż my.

Po zakończeniu sprawy przeniesiono mnie do innego wydziału. Zamieszkałam w mniejszym mieszkaniu, bliżej parku. Rano chodziłam do pracy pieszo, kupowałam chleb w tej samej piekarni i podlewałam pelargonie na parapecie.

Nie stałam się szczęśliwa od razu.

Ale zaczęłam spać bez budzenia się o trzeciej nad ranem.

Pani Nadieżda odwiedzała mnie w niedziele. Przynosiła ciasto i opowiadała, że po premierze dostała list od kilku dziewczyn. Żadna nie znała Leny osobiście. Wszystkie pisały, że po raz pierwszy uwierzyły, iż ktoś może ich wysłuchać.

Pewnego listopadowego wieczoru dostałam list bez nadawcy. W środku znajdowało się jedno zdanie napisane ręką Romana: Wiem, że postąpiłem źle. Proszę pozwolić mi zacząć od nowa.

Odłożyłam kartkę do szuflady.

Nie odpisałam.

Nie dlatego, że chciałam go ukarać. Po prostu jego nowy początek nie był już moim obowiązkiem.

Kilka dni później Sasza przysłał mi rysunek. Narysował wysoką kamienicę, małe okno i dziewczynę stojącą obok drzewa. W jej włosach dorysował czerwoną kropkę.

Przypięłam rysunek do ściany porcelanową wiśnią, którą znalazłam w pokoju Leny.

Spinka była pęknięta, lecz nadal trzymała papier.

I tym razem niczego już nie pozwoliłam ukryć.

PRZECZYTAJ TAKŻE:  CZĘŚĆ 4 — Mąż przywiózł kochankę do szpitala, lecz gdy zobaczył kobietę przy moim łóżku, nagle przestał oddychać

Przegapiłeś początek?

← Czytaj historię od pierwszej części

Rate article
CZĘŚĆ 4 — Na rozprawie nazwali śmierć dziewczyny nieszczęśliwym wypadkiem, lecz po moim pytaniu oskarżony nagle przestał się uśmiechać
CZĘŚĆ 4 — Przyniosłam córkę do pracy w zakazanym domu, a gdy usiadła w fotelu właściciela, jego twarz nagle stężała