CZĘŚĆ 4 — Przyniosłam córkę do pracy w zakazanym domu, a gdy usiadła w fotelu właściciela, jego twarz nagle stężała

CZĘŚĆ 4

— Kto zlecił badanie? — zapytałam, ściskając telefon tak mocno, że paznokcie wbiły mi się w skórę.

W gabinecie wszyscy patrzyli na mnie. Solomia trzymała brązową kopertę pod pachą, jakby była kolejnym rysunkiem. Andrij stał przy biurku, a Mykoła został zatrzymany przez ochroniarza przy drzwiach.

— Nie mogę podać tej informacji przez telefon — odpowiedziała kobieta. — Proszę przyjechać jak najszybciej. I proszę zabrać dokument ubezpieczenia dziecka.

— Moja córka jest ze mną.

— W takim razie proszę przyjechać razem z nią.

Połączenie się zakończyło.

— Jedziemy — powiedział Andrij.

— Nie potrzebuję pańskiej pomocy.

— To nie była propozycja.

W jego głosie nie było już chłodu właściciela posiadłości. Była pilność, której nie potrafił ukryć.

Mykoła roześmiał się cicho.

— Nie rozumiesz, Andriju. Jeśli ona otworzy tę kopertę, wszystko się skończy.

— Dla ciebie już się skończyło.

— Nie wiesz, co zrobiła Daria.

Andrij podszedł do niego.

— Wiem, że ukradłeś pieniądze przeznaczone na chore dzieci. Wiem, że podrobiłeś podpis Olena. Wiem, że kazałeś ochroniarzowi ukryć klucz. Czego jeszcze nie wiem?

Mykoła spojrzał na mnie.

— Ona nie dostała tej koperty przypadkiem.

Poczułam, jak coś zaciska mi się w piersi.

— Co to znaczy?

— Daria znała twoją matkę.

— Moja matka nie żyje.

— Dlatego właśnie nie mogła ci powiedzieć.

Andrij odwrócił się gwałtownie.

— Mów jasno.

Mykoła zaczął mówić, jakby każde słowo miało go ocalić.

Daria przed śmiercią prowadziła fundację razem z moją matką, Ireną Kowal. Irena była księgową, która odkryła pierwsze oszustwa w dokumentach. Chciała zgłosić sprawę, ale zachorowała i wróciła do rodzinnego miasta. Daria obiecała, że zabezpieczy pieniądze oraz testament.

Nie zdążyła.

Po jej śmierci Mykoła przejął dostęp do kont i zaczął wypłacać środki. Oryginał testamentu ukrył, a mnie zatrudnił jako sprzątaczkę pod nazwiskiem z ogłoszenia, nie wiedząc, że jestem córką Ireny. Kiedy znalazł w archiwum stare zdjęcie mojej matki, zrozumiał, kim jestem.

Dlatego próbował mnie usunąć.

Nie dlatego, że byłam biedna.

PRZECZYTAJ TAKŻE:  CZĘŚĆ 4 — Ojciec odmówił mi przejścia do ołtarza, bo poślubiłam „nikogo”, lecz wtedy drzwi kaplicy otworzyły się i zbladł

Dlatego, że moja matka podpisała dokument, który mógł go zniszczyć.

— Kłamiesz — powiedziałam.

— Sprawdź kopertę.

Rozdarłam papier. W środku znajdował się testament Darii, list do Andrija i druga kartka z podpisem mojej matki. Pismo rozpoznałam natychmiast. Irena zawsze pisała wielkie, pochyłe litery, jakby nawet na rachunku próbowała zmieścić całe zdanie.

W liście Daria prosiła Andrija, aby w razie jej śmierci przekazał kontrolę nad fundacją córce osoby, która wykryje nadużycia. Nie podała imienia. Napisała tylko: „Irena wie, komu można ufać”.

Pod spodem znajdował się mój akt urodzenia.

Andrij przeczytał dokument i spojrzał na mnie z czymś, czego nigdy wcześniej u niego nie widziałam.

— Daria wiedziała o tobie.

— Nie znałam jej.

— Ale ona znała ciebie.

Mykoła szarpnął się w stronę stołu.

— Nie możesz jej tego oddać! Ona nie ma pojęcia o zarządzaniu fundacją.

— Ma coś, czego ty nigdy nie miałeś — odpowiedział Andrij. — Powód, żeby nie kraść pieniędzy przeznaczonych dla dzieci.

Wtedy zrozumiałam, czego naprawdę chciał Mykoła. Nie samego bogactwa. Chciał utrzymać fundację przy życiu tylko po to, by móc ją kontrolować. Bez testamentu był niezastąpiony. Z testamentem stawał się zwykłym złodziejem.

W szpitalu lekarz czekał na nas w małym gabinecie. Na ścianie wisiał plakat z rysunkiem serca, a na biurku stał plastikowy kubek z niedopitą herbatą.

— Kto zlecił badanie? — zapytałam.

Lekarka spojrzała na Andrija, potem na mnie.

— Wniosek podpisał Mykoła Wierbicki. Podał się za opiekuna dziecka.

— Po co?

— Badanie dotyczyło zgodności tkankowej. Solomia ma rzadką grupę zgodności. Ktoś chciał sprawdzić, czy może zostać dawczynią dla pacjenta zarejestrowanego pod fałszywym nazwiskiem.

Zrobiło mi się słabo.

— Kto jest tym pacjentem?

Lekarka położyła przed nami formularz.

— Wiktor Hryhorenko. Ma niewydolność szpiku. Badanie miało posłużyć do wymuszenia na panu Wierbickim pieniędzy z fundacji.

Andrij zamknął oczy.

Mykoła nie ukradł tylko dla siebie. Wiktor był jego młodszym bratem, jedyną osobą, której próbował pomóc, choć wybrał do tego najbardziej okrutną drogę.

PRZECZYTAJ TAKŻE:  Mąż zostawił mnie na lotnisku z jedną walizką, a osiem dni później wrócił do pustego mieszkania i nagle zbladł

— Czy Solomii coś grozi? — zapytałam.

— Nie. To był wstępny test i nie pobrano od niej żadnego materiału bez zgody matki. Ale ktoś naruszył procedury. Sprawę trzeba zgłosić.

— Zgłosimy — powiedział Andrij.

Mykoła osunął się na krzesło.

— Nie chciałem jej skrzywdzić.

— Wiem — odpowiedziałam. — Chciałeś tylko, żeby wszyscy myśleli, że cudze dziecko jest narzędziem.

Przez chwilę patrzyłam na człowieka, który podrobił mój podpis, wykorzystał moją biedę i próbował wciągnąć trzyletnią dziewczynkę w swój szantaż. A jednocześnie jego brat umierał, bo bał się poprosić o pomoc.

— Andrij — powiedziałam — fundacja powinna zapłacić za leczenie Wiktora.

Spojrzał na mnie.

— Nawet po tym wszystkim?

— Nie dla Mykoły. Dla człowieka, który nie wybrał jego kłamstw.

To był mój pierwszy warunek.

Drugim było usunięcie Mykoły z zarządu i przekazanie księgowości niezależnym ludziom.

Trzecim — otwarcie domu dla dzieci, o którym pisała Daria.

Andrij zgodził się na wszystkie trzy.

Nie powiedziałam mu, że zostanę właścicielką fundacji. Nie byłam gotowa. Chciałam najpierw nauczyć się podpisywać dokumenty bez drżenia ręki i przestać przepraszać za samo istnienie.

Mykoła został przekazany odpowiednim służbom, ale Andrij nie pozwolił, by jego brat poniósł karę za cudze decyzje. Koszty leczenia Wiktora pokryto z funduszu ratunkowego. Nie było w tym przebaczenia dla Mykoły. Była tylko granica między winą a chorobą.

Tydzień później wróciłam do posiadłości po rzeczy z pokoju personelu. Solomia pobiegła prosto do gabinetu. Na biurku leżał jej rysunek: ogromne brwi, mały nos i królik oddalony od człowieka.

Andrij przypiął go do ściany nad biurkiem.

— Myślałam, że nie lubi pan takich rysunków — powiedziała Solomia.

— Nie lubię, kiedy królik stoi tak daleko.

Podała mu pluszową zabawkę.

— To proszę go przysunąć.

Andrij wziął królika i postawił go obok rysunku. Potem spojrzał na mnie.

— Jutro zaczynamy pierwsze spotkanie zarządu. Przygotowałem dla pani miejsce.

— Przy stole?

— Przy stole.

— Nie umiem jeszcze tego wszystkiego.

— Ja też nie umiałem. Tylko długo udawałem, że umiem.

PRZECZYTAJ TAKŻE:  Znalazłem wychudzonego psa przywiązанego do palika, a gdy zapytałem o jego właściciela, weterynarka nagle pobladła

Solomia wdrapała się na fotel, który wcześniej należał do niego.

— Mamo, mogę tu pracować?

— Tylko jeśli nie będziesz przeganiać ludzi.

Zmarszczyła brwi i spojrzała na Andrija.

— To zależy, czy będą kradli pieniądze chorym dzieciom.

Andrij parsknął śmiechem. Krótko, nieporadnie, jak człowiek, który dawno zapomniał, jak brzmi własny śmiech.

A potem Solomia położyła na jego biurku nową kartkę.

Tym razem narysowała trzy osoby przy jednym stole i królika siedzącego pośrodku.

Pod rysunkiem napisała krzywymi literami jedno zdanie:

— Tutaj nikt nikogo nie wyrzuca.

Rate article
CZĘŚĆ 4 — Przyniosłam córkę do pracy w zakazanym domu, a gdy usiadła w fotelu właściciela, jego twarz nagle stężała
CZĘŚĆ 4 — Każda kobieta po randce z moim ojcem znikała bez słowa, aż przyjaciółka pokazała mi telefon i nagle zbladła