Moja macocha właśnie ogłosiła przy kolacji, że nie umiem czytać, kiedy książę Rexhall odłożył kieliszek i kazał zamknąć drzwi.
— Lenora nie rozpoznałaby nawet własnego imienia — powiedziała Cordelia, unosząc brwi. — Jej ojciec rozpieszczał ją cyframi, ale z książką nigdy sobie nie radziła.
Przy białym obrusie zapadła cisza. Słyszałam trzask knota w świecy i czułam pod palcami chłód porcelanowej łyżki. Nie odpowiedziałam. Ułożyłam ją równo przy talerzu, dokładnie tak, jak ojciec układał pióra na swoim biurku.
Książę Henry Ashbourne nie spojrzał na Cordelię. Patrzył na moje dłonie.
— Wasza wysokość? — odezwał się lord Severance, jego kuzyn. — Czy coś się stało?
— Nic, co powinno interesować stół — odparł książę. Potem zwrócił się do mnie: — Panno Vance, proszę za mną.
Cordelia gwałtownie odstawiła kieliszek.
— Lenora nie jest przyzwyczajona do bibliotek. Mogłaby coś przewrócić.
— W takim razie dopilnuję, żeby przewróciła wyłącznie to, co trzeba — powiedział książę.
Nikt się nie roześmiał.
Poszłam za nim korytarzem, mijając portrety ludzi, którzy przez pokolenia patrzyli na służbę z miną właścicieli świata. O siedemnastej czterdzieści zegar w holu wybił siedem razy, a ja zacisnęłam palce na małej mosiężnej zakładce w kształcie gwiazdy. Nosiłam ją w kieszeni od śmierci ojca. Była jedyną rzeczą, którą Cordelia pozwoliła mi zachować.
W bibliotece pachniało woskiem, kurzem i mokrym drewnem. Książę zamknął drzwi, podszedł do masywnego biurka i wyjął z szuflady księgę oprawioną w ciemną skórę. Na grzbiecie nie było tytułu. Tylko niewielka, wytarta plama po czyjejś dłoni.
— To mój prywatny rejestr — powiedział. — Steward twierdzi, że nie ma w nim nic podejrzanego.
— A pan mu nie wierzy.
— Gdybym mu wierzył, nie siedzielibyśmy tutaj.
Postawił księgę między dwiema świecami.
— Powiedziano mi, że nie umiesz czytać.
— Powiedziano panu wiele rzeczy o mnie.
— Dlatego chcę usłyszeć coś od ciebie.
Serce uderzyło mi mocniej, ale nie ze strachu. Ojciec powtarzał, że ludzie potrafią kłamać ustami, atramentem i milczeniem. Liczby kłamią tylko wtedy, gdy ktoś je do tego zmusi.
Dotknęłam okładki. Skóra była ciepła od szuflady. Otworzyłam księgę.
Kolumny zapisano drobnym, pochyłym pismem. Widziałam włoskie oznaczenia rachunków, sumy należności, wydatki na folwarki. Ojciec nauczył mnie tego alfabetu, zanim nauczyłam się pisać listy po angielsku. Czytałam powoli, udając skupienie osoby, która mozolnie rozpoznaje litery.
Na dziewiętnastej stronie znalazłam pierwszą różnicę. Przy zaległości dzierżawcy z Linthorp widniała suma trzystu dwunastu funtów, lecz pod nią pozostał ślad ołówka, jakby ktoś najpierw wpisał inną liczbę, a potem starannie ją poprawił.
Na dwudziestej czwartej stronie rachunek za naprawę stajni był większy niż koszt budowy nowej.
Na trzydziestej pierwszej kilka miesięcy wydatków zapisano tym samym atramentem, tą samą ręką, w jednym długim wieczorze.
Podniosłam wzrok.
— Pański steward nie jest uczciwy.
Książę nawet nie mrugnął.
— Skąd ta pewność?
— Bo ktoś próbował ukryć ślady po poprawkach. A ktoś, kto fałszuje wielkie sumy, zwykle kradnie jeszcze więcej w drobnych rachunkach.
Za drzwiami rozległ się szybki krok. Klamka drgnęła.
Książę wsunął rękę pod blat, lecz ja już sięgałam po mosiężną zakładkę, żeby przytrzymać otwartą stronę. Wtedy drzwi zaczęły się otwierać, a Henry Ashbourne powiedział cicho:
— Nie ruszaj się. Chcę, żeby zobaczył, na której stronie jesteś…
CZĘŚĆ 2
Drzwi otworzyły się na szerokość dłoni, a w progu stanął pan Barlow, steward Rexhall. Miał mokre ramiona płaszcza i twarz człowieka, który właśnie przebiegł przez pół posiadłości.
— Wasza wysokość, wybaczcie — powiedział. — Służba przekazała mi, że jesteście tutaj z panną Vance.
Książę nie odsunął się od biurka.
— Służba przekazuje ci zbyt wiele.
Barlow spojrzał na księgę, a potem na moje palce. Mosiężna gwiazda połyskiwała przy brzegu strony.
— Panna Vance nie zna się na rachunkach.
— To ciekawe — odparłam. — Bo właśnie znalazłam trzy pozycje, których nie potrafi pan wyjaśnić.
Jego usta zacisnęły się.
— Nie rozumiem, co pani sugeruje.
— Jeszcze niczego nie sugeruję. Pytam, dlaczego naprawa stajni kosztowała więcej niż dach całego skrzydła.
Książę zamknął księgę jednym ruchem.
— Jutro rano przyniesiesz wszystkie rachunki z ostatnich trzech lat. Sam. Jeśli zabraknie choć jednej kartki, strażnik odprowadzi cię do bramy.
— Wasza wysokość, to niedorzeczne.
— Niedorzeczne jest to, że nadal pracujesz w moim domu.
Barlow pobladł, lecz skłonił głowę. Kiedy wychodził, zauważyłam, że jego prawe mankiety były poplamione czerwonym woskiem. Taki sam wosk widziałam wcześniej na kopertach, które Cordelia trzymała zamknięte w swojej komnacie.
O dwudziestej pierwszej wróciłam do salonu. Cordelia czekała przy kominku, obracając w palcach srebrny naparstek, który należał kiedyś do mojej matki. Za każdym razem, gdy chciała mnie zranić, kładła go na widoku.
— Co książę od ciebie chciał?
— Rachunków.
— Ty nie masz pojęcia o rachunkach.
— Najwyraźniej mam więcej pojęcia niż twój przyjaciel Barlow.
Jej twarz stężała.
— Uważaj, Lenoro. Łaska księcia jest kapryśna. Jutro może uznać, że jesteś tylko niewychowaną dziewczyną, która udaje mądrzejszą, niż jest.
— A jeśli nie uzna?
Cordelia zbliżyła się do mnie. Czułam zapach gorzkich perfum i dymu z kominka.
— Wtedy przypomnę mu, co zrobił twój ojciec przed śmiercią.
Zamarłam.
Ojciec umarł pięć lat wcześniej po upadku z powozu. Tak przynajmniej powiedziała Cordelia. Nigdy nie pozwoliła mi zobaczyć raportu lekarza ani listu od stangreta.
— Co masz na myśli?
— To, że nie każda śmierć jest wypadkiem.
Powiedziała to miękko, prawie czule, i wyszła, zanim zdążyłam ją zatrzymać.
O dwudziestej trzeciej siedziałam w swoim pokoju. Deszcz uderzał o szyby, a na kolanach trzymałam kopię jednej strony rejestru, którą książę pozwolił mi przepisać. Przy lewej krawędzi widniał znak, którego wcześniej nie zauważyłam: mały krzyżyk obok inicjałów „L. V.”.
Do pokoju wszedł bez pukania lord Severance.
— Książę za bardzo ci ufa — powiedział.
— Nie sądziłam, że rodzinne plotki interesują pana o tej porze.
— Nie są plotkami. Jutro rano masz opuścić Rexhall.
— A jeśli odmówię?
Pochylił się, opierając dłoń na oparciu mojego krzesła. Drewno skrzypnęło.
— Wtedy ujawnimy, że twój ojciec ukradł pieniądze księcia, a ty odziedziczyłaś jego winę.
Poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy.
— Mój ojciec nie pracował dla księcia.
— Nie musiał. Wystarczy, że podpisano coś jego nazwiskiem.
Po jego wyjściu długo słuchałam deszczu. O północy ktoś wsunął kopertę pod moje drzwi. Nie było na niej nazwiska. W środku znalazłam jedną kartkę i krótki napis: „Przyjdź do oranżerii przed świtem. Sama. Jeśli chcesz poznać prawdę o nocy, w której zginął twój ojciec…”
CZĘŚĆ 3
Przed świtem oranżeria była lodowata. Szyby pokrywała biała mgła, a między donicami z cytrusami czekał książę Henry. W dłoni trzymał metalową kasetkę.
— Wiedziałem, że przyjdziesz — powiedział.
— Kto zostawił kartkę?
— Ja. Chciałem sprawdzić, czy ktoś cię śledzi.
Wtedy zza drzwi dobiegł trzask. Książę odwrócił się, a ja zobaczyłam Barlowa i lorda Severance’a. Steward trzymał latarnię, kuzyn zaś pistolet.
— Oddajcie kasetkę — rozkazał Severance.
Książę stanął przede mną.
— Odłóż broń.
— Nie tym razem, Henry. Twój prywatny rejestr, kasetka i ta dziewczyna znikną dziś z Rexhall.
— Dlaczego tak bardzo boisz się ksiąg? — zapytałam.
Barlow zaśmiał się nerwowo.
— Bo w księgach nie ma miejsca na rodzinne kłamstwa.
Książę wyjął z kieszeni klucz i otworzył kasetkę. W środku znajdowały się trzy dokumenty, zapieczętowane czerwonym woskiem, oraz mały notes mojego ojca. Poznałam go po rozdarciu na grzbiecie.
— Znalazłem to za podwójną ścianą w gabinecie Barlowa — powiedział Henry. — Twój ojciec prowadził dla mojego ojca audyt. Odkrył, że Barlow i Severance wyprowadzali pieniądze z posiadłości przez fikcyjne rachunki.
— A Cordelia? — spytałam.
Książę podał mi pierwszy dokument.
— Pomogła im. Po śmierci twojego ojca przejęła jego papiery, a potem podpisała oświadczenie, że nie umiesz czytać. Dzięki temu nikt nie pytał, dlaczego dziewczyna, która znała rachunki, nie dostała dostępu do rodzinnych dokumentów.
Rozwinęłam kartkę. Pod zeznaniem widniał podpis Cordelii, a obok odcisk mojego ojca. Poniżej zapisano, że zginął w wypadku podczas ucieczki z pieniędzmi.
— To kłamstwo — powiedziałam.
— Tak — odparł książę. — Twój ojciec nie uciekł. Został zamordowany, ponieważ zamierzał przekazać mi dowody.
Severance uniósł broń.
— Wystarczy.
W tej samej chwili za nim pojawili się strażnicy księcia. Henry od początku nie przyszedł sam. Barlow wypuścił latarnię, a szkło roztrzaskało się na kamiennej posadzce.
— To niemożliwe — wyszeptał.
— Nie — powiedziałam. — Niemożliwe było tylko to, że przez pięć lat wszyscy wierzyliście w swoją własną wersję.
Severance patrzył na mnie, jakby pierwszy raz widział człowieka, a nie przeszkodę.
— Cordelia ma jeszcze jeden dokument — powiedział. — Jeśli go znajdzie, zniszczy wszystko.
Henry pobladł.
— Jaki dokument?
Severance uśmiechnął się mimo kajdan zakładanych na jego nadgarstki.
— Testament Vance’a. Oryginał. I jest już w drodze do Londynu…
W tej samej chwili do oranżerii wbiegł lokaj, ściskając telegram.
— Wasza wysokość, powóz pani Vance opuścił posiadłość godzinę temu. Cordelia zabrała ze sobą srebrną kasetę i kieruje się na dworzec…
Jej własne słowa zabrzmiały wtedy z głośnika…
Myślałam, że najtrudniejsze będzie odkrycie prawdy o ojcu. Nie wiedziałam, że chwilę później będę musiała zdecydować, co zrobić z własnym spokojem.
„Dziewczyna, która nie czyta, nie może nikogo oskarżyć.”
Jej twarz całkowicie straciła kolor.
👇 Finał tej historii jest już otwarty.













