CZĘŚĆ 4
I że porwanie pana Bohdana było dopiero pierwszym ruchem.
Jarosław przez kilka sekund patrzył na czarny ekran komputera.
Potem powiedział:
— Maksym, zadzwoń po policję.
— Roman zabije Bohdana.
— Jeśli pojedziemy sami, zabije go szybciej.
— A jeśli policja jest w jego kieszeni? — zapytałam.
Jarosław spojrzał na mnie.
— Nie ufam już nikomu.
— To pierwszy rozsądny wniosek tej nocy.
Nie obraził się. Tylko skinął głową.
Maksym wybrał numer i odszedł pod okno. Mówił krótko, podając adres, nagrania i nazwiska. W tym czasie Jarosław wyjął z szuflady telefon jednorazowy, którego wcześniej nie widziałam.
— Mam człowieka, który nie pracuje dla mnie — powiedział. — Pracuje dla prawa.
— Dlaczego nie zadzwonił pan do niego od razu?
— Bo przez trzy lata wierzyłem Romanowi.
Pies podniósł się z podłogi. Zachwiał się, ale nie upadł.
Jarosław wpatrywał się w niego z bólem.
— Atlas nie powinien jeszcze chodzić.
— Chodzi, bo usłyszał, że ktoś wreszcie przestał kłamać.
Wtedy odezwał się telefon Maksyma.
— Policja jest w drodze. Mamy sześć minut. Roman wysłał współrzędne starego magazynu przy torach.
Jarosław chwycił kluczyki.
— Jedziemy.
— Nie — powiedziałam.
Zatrzymał się.
— Co?
— Chce, żebyśmy przyjechali tam, gdzie czeka. To nie jest ratunek. To pułapka.
— Bohdan tam jest.
— A Roman liczy na to, że pańska złość będzie szybsza od rozumu.
Jarosław zamilkł.
Maksym wyjął rejestrator z obroży i położył go na stole.
— Możemy udawać, że nadal go mamy. Wysłać Romanowi wiadomość, że Elena znalazła sposób na odczytanie urządzenia i że jedziemy z kopią.
— Nie mam kopii — powiedziałam.
— Zrobimy ją teraz.
— A potem?
Jarosław spojrzał na mnie.
— Pojedziemy nie tam, gdzie każe Roman, tylko tam, gdzie będzie musiał wyjść.
Plan był ryzykowny, ale po raz pierwszy tej nocy Roman nie miał przewagi. Mieliśmy jego głos, nagrania, przelewy i nazwiska. Mieliśmy też coś ważniejszego: wiedzieliśmy, że potrzebuje Jarosława żywego, podpisującego dokumenty.
Maksym wysłał wiadomość.
„Urządzenie jest odczytane. Elena ma kopię. Przyjedziemy za dwadzieścia minut.”
Odpowiedź przyszła natychmiast.
„Bez policji. Bez ochrony. Inaczej weterynarz zginie.”
— On wie, że policja jedzie — powiedziałam.
Jarosław zerknął na mnie.
— Albo blefuje.
— Roman nie blefuje, kiedy grozi. On zawsze mówi prawdę w najgorszy możliwy sposób.
Pojechaliśmy trzema samochodami, ale tylko Jarosław i ja wysiedliśmy przed magazynem. Ochrona została w ciemności, a policjanci zajęli pozycje po drugiej stronie torów.
Nad ziemią unosiła się mgła. W powietrzu pachniało mokrym drewnem i rdzą. Zawieszka w kształcie gwiazdy uderzała o moje klucze przy każdym kroku.
W środku paliła się jedna lampa.
Pan Bohdan siedział na krześle, z rozciętym łukiem brwiowym, ale przytomny. Za nim stała Irina. Roman trzymał broń przy jego skroni.
— Jarosław — powiedział. — Wiedziałem, że przyjedziesz.
— Puść go.
— Najpierw podpiszesz.
Położył na stole plik dokumentów.
— Przeniesiesz na mnie udziały. Wszystkie.
Jarosław zrobił krok.
— A potem zabijesz mnie?
Roman uśmiechnął się blado.
— Nie od razu. Chcę, żebyś przez kilka dni żył z myślą, że oddałeś mi wszystko dobrowolnie.
Irina spuściła wzrok.
— Ty też brałaś w tym udział — powiedział Jarosław.
— Bałam się — wyszeptała.
— A mój brat?
Roman przestał się uśmiechać.
— Twój brat był głupi. Myślał, że lojalność jest więcej warta niż pieniądze.
Jarosław spojrzał na mnie. Nie musiał nic mówić.
Maksym nacisnął ukryty przycisk w kieszeni. Mikrofon w mojej broszce przekazał każde słowo policjantom na zewnątrz.
Roman podsunął dokumenty.
— Podpisuj.
— Nie mam pióra.
Roman rzucił mu długopis.
Jarosław wziął go, ale zamiast podpisać, powiedział:
— Powtórz, co zrobiłeś mojemu bratu.
Roman zamarł.
— Nie mam zamiaru prowadzić z tobą wspomnień.
— Powtórz.
— Sam wiesz, jak było.
— Chcę usłyszeć to od ciebie.
Roman zacisnął palce na broni.
— Twój brat odkrył przelewy. Zabrałem mu samochód. Zepchnąłem go z drogi. Potem podmieniłem raport. Atlas widział wszystko, dlatego go złamałem. Każdego wieczoru podawałem mu środek uspokajający, aż przestał reagować.
Irina zaczęła płakać.
Pan Bohdan odwrócił głowę.
Jarosław nie drgnął.
— A Elena?
Roman spojrzał na mnie.
— Ona była przypadkiem. Ale przypadki też trzeba usuwać.
W tym momencie zgasła lampa.
Rozległ się krzyk, huk i szybkie kroki. Policjanci wpadli do magazynu z obu stron. Roman uniósł broń, ale Maksym uderzył go w nadgarstek. Długopis upadł na beton. Irina osunęła się na kolana.
Pan Bohdan został uwolniony.
Roman leżał twarzą do ziemi, z rękami skutej za plecami.
— Nie macie prawa! — krzyczał. — To mój człowiek jest właścicielem połowy miasta!
Jeden z policjantów podniósł z podłogi dokumenty.
— Od dzisiaj będzie właścicielem jedynie własnych zeznań.
Roman usłyszał potem swoje słowa z nagrania. Policjant odtworzył je przy nim, spokojnie, bez emocji. Jego własny głos wypełnił mały pokój przesłuchań.
„Zepchnąłem go z drogi.”
Roman patrzył w stół.
„Podawałem psu środek uspokajający.”
Jego twarz szarzała z każdym zdaniem.
„Elena była przypadkiem.”
Wtedy podniósł wzrok.
— Ja tego nie powiedziałem.
Policjant zatrzymał nagranie.
— Powiedział pan. Do mikrofonu. Przy świadkach.
Po raz pierwszy Roman usłyszał siebie takim, jakim był naprawdę.
Bez władzy.
Bez ochrony.
Bez możliwości cofnięcia słów.
Irina przyznała się do podawania środków Atlasowi. Powiedziała też, że Roman szantażował ją chorobą syna. To nie uniewinniło jej, ale wyjaśniło, dlaczego przez trzy lata milczała.
Pan Bohdan trafił do szpitala na kilka dni. Miał pęknięte żebro i ranę nad okiem, lecz kiedy go odwiedziłam, pierwsze pytanie zadał o Atlasa.
— Je — powiedziałam.
— Naprawdę?
— Mały kawałek kurczaka. Potem pół miski.
Bohdan zamknął oczy.
— Wiedziałem, że tylko ktoś taki jak ty go wyciągnie.
— Nie wyciągnęłam go sama.
— Właśnie że tak. Reszta z nas za długo bała się patrzeć.
W mieszkaniu Jarosława została jedna rzecz, której nie potrafiłam zapomnieć. W pokoju po jego bracie stało łóżko, biblioteczka i pusta miska Atlasa. Na półce leżało zdjęcie młodego mężczyzny z psem. Atlas dotknął nosem fotografii, a potem odszedł.
Jarosław nie próbował go zatrzymać.
Tydzień później usunął wszystkie kamery z pomieszczeń, w których pies jadł i spał. Zatrudnił nowego lekarza, ale pozwolił Atlasowi samemu decydować, kiedy podejść.
Ja wróciłam do kliniki.
Nie jako sprzątaczka.
Pan Bohdan zaproponował mi pracę przy opiece nad zwierzętami, a ja po raz pierwszy od dawna podpisałam umowę bez poczucia, że ktoś właśnie kupił sobie prawo do mojego życia.
Jarosław nie wykorzystał pieniędzy, które mi proponował. Zamiast tego zapłacił zaległy czynsz właścicielowi mojego mieszkania i przekazał pieniądze na fundusz dla zwierząt po przemocy.
Powiedziałam mu, że nie jestem mu nic winna.
— Wiem — odpowiedział. — Dlatego to zrobiłem.
Minęły trzy miesiące.
Nadeszła zima. Pierwszy śnieg przykrył podwórko kliniki, a Atlas coraz częściej wychodził na spacery. Nadal nie lubił ciemnych korytarzy. Nadal budził się czasem z cichym skomleniem.
Ale jadł.
Pewnego ranka mała córka pana Bohdana narysowała go kredkami. Na obrazku Atlas był ogromny, miał cztery za długie nogi i żółtą gwiazdę przy szyi.
— To nie gwiazda — powiedziałam. — To obroża.
— Nie — odparła poważnie. — To znak, że już się nie boi.
Powiesiłam rysunek nad biurkiem.
Jarosław odwiedził nas po raz ostatni w marcu. Stał przy drzwiach z rękami w kieszeniach, jak człowiek, który nie wie, czy wolno mu wejść.
— Atlas? — zapytał.
Pies spojrzał na niego, ale nie podszedł.
Jarosław przyjął to bez grymasu.
— Chciałem tylko powiedzieć, że Roman dostał wyrok. Irina przyznała się do winy. Majątek mojego brata został oczyszczony z zarzutów.
— Dobrze.
— Myślałem, że będziesz chciała wiedzieć.
— Chciałam kiedyś. Teraz już nie muszę.
Skinął głową.
— Mogę czasem dzwonić?
Spojrzałam na Atlasa, potem na rysunek nad biurkiem.
— Nie, Jarosławie.
Nie zaprotestował.
— Rozumiem.
Kiedy wyszedł, Atlas podszedł do drzwi i powąchał miejsce, w którym stał. Potem wrócił do mnie i położył głowę na moim kolanie.
Na kluczach wciąż miałam mosiężną zawieszkę w kształcie gwiazdy. Przez wiele miesięcy jej brzęk kojarzył mi się z nocą, strachem i tym pierwszym momentem, kiedy pies podniósł głowę.
Tego wieczoru zawiesiłam ją przy misce Atlasa.
Metal cicho zadźwięczał.
Pies zaczął jeść.
A ja po raz pierwszy nie czekałam, aż ktoś pozwoli mi zostać.
Przegapiłeś początek?













