CZĘŚĆ 4
Kierownik tartaku zadzwonił ponownie, zanim zdążyliśmy wyjść ze szpitalnej sali.
— Ogień jest już opanowany — powiedział zdyszanym głosem. — Spłonęła część dokumentów i magazyn z gotowym drewnem. Strażacy znaleźli przy tylnej bramie kanister.
— Czy ktoś ucierpiał?
— Nie. Ale to nie był wypadek.
Dmitrij słuchał przez głośnik. Jego prawa ręka drżała przy kocu, a lewe oko pozostawało nieruchome. Chciał coś powiedzieć, lecz z gardła wydobył się tylko urywany dźwięk.
— Spokojnie — powiedziałam. — Teraz już nie musisz niczego ukrywać.
Wtedy zadzwonił telefon Bielskiego.
To była policja.
Oksanę zatrzymano dwie ulice od komisariatu. Miała przy sobie drugi kanister, rękawiczki i kopię klucza do magazynu. Nie przyznała się do niczego.
— Mówi, że ktoś ją wrabia — przekazał Bielski.
— A kto miałby ją wrabiać?
— Tego jeszcze nie wiemy. Wiemy natomiast, że kamera z sąsiedniego warsztatu nagrała jej samochód.
Oksana próbowała odzyskać kontrolę. Dzwoniła do pracowników, do księgowej, do banku. Wysyłała wiadomości, w których pisała, że Dmitrij jest nieprzytomny, a ja nie mam żadnych praw do firmy.
Bielski odebrał jeden z tych telefonów przy mnie.
— Panie Andrzeju, trzeba natychmiast wycofać zawiadomienie — powiedział głos Oksany. — Dmitrij nie będzie zeznawał, a Walentyna nie wie, gdzie są pieniądze.
— Pani Oksano, proszę kontaktować się ze swoim obrońcą.
— Pan nie rozumie, ja mogę wszystko wyjaśnić.
— Już pani wyjaśniła. W wiadomościach.
— Niech pan nie udaje świętego. Wszyscy biorą pieniądze.
Bielski rozłączył się.
Patrzyłam na telefon, czując dziwny chłód pod żebrami. Nie cieszyłam się z jej strachu. Strach był uczuciem, które znałam zbyt dobrze, by życzyć go komukolwiek.
Dwa dni później Dmitrij został przeniesiony na zwykły oddział. Nie mówił jeszcze pełnymi zdaniami, ale rozumiał wszystko. Bielski przyniósł odtwarzacz i odtworzył drugie nagranie.
Tym razem głos Dmitrija był wyraźniejszy.
— Oksana powiedziała mi, że jeśli nie przepiszę jej mieszkania i samochodu, opowie Walentynie o wszystkich długach. Potem zagroziła, że zabierze pieniądze z konta i zostawi mnie samego. Bałem się, że Walentyna odejdzie, gdy pozna prawdę. Bałem się bardziej jej odejścia niż własnego wstydu.
Zamknęłam oczy.
— Dlaczego mnie nie ostrzegłeś? — zapytałam.
Dmitrij próbował unieść głowę.
— Głu… pi.
Jedno słowo.
Pierwsze, które wypowiedział bez pomocy.
Nie wiedziałam, czy mówił o sobie, czy o całym życiu, które zbudował na kłamstwie. Może o jednym i drugim.
W nagraniu pojawił się szelest papieru.
— W kancelarii zostawiłem wszystkie dokumenty. Walentyna ma dostać udziały, dom i prawo do decyzji w firmie. Nie dlatego, że jest moją żoną. Dlatego, że bez niej niczego bym nie miał. Jeśli kiedyś to usłyszy, niech wie, że przez lata widziałem ją jako szarą mysz, bo łatwiej było gardzić kimś, komu powinienem dziękować.
Dmitrij rozpłakał się bezgłośnie.
Ja też.
Nie podeszłam jednak do jego łóżka. Nie przytuliłam go. Nie powiedziałam, że wszystko będzie jak dawniej, bo nie będzie.
W następnych tygodniach zaczęła się walka o firmę. Bank zablokował rachunki. Biegły przejrzał księgi. Okazało się, że Oksana wyprowadziła pieniądze przez trzy fikcyjne faktury, a księgowy podpisywał dokumenty ze strachu przed Dmitrijem. Kierownik tartaku, Roman, przyznał, że od dawna widział niezgodności, ale bał się utraty pracy.
— Powinienem był powiedzieć wcześniej — powtarzał.
— Teraz pan powiedział — odpowiedziałam. — To też ma znaczenie.
Oksana została oskarżona o oszustwo, fałszowanie dokumentów i podpalenie. Nie dostała od nas pieniędzy za milczenie. Nie prosiłam o surowszą karę. Chciałam tylko, żeby po raz pierwszy poniosła odpowiedzialność za własne decyzje.
Najtrudniejsza była scena w małej sali przesłuchań.
Policjant odtworzył nagranie, na którym Oksana mówiła do Dmitrija:
— Jeśli dziś nie podpiszesz, jutro zostaniesz sam. Walentyna jest nikim. Ja jestem twoją przyszłością.
Oksana siedziała naprzeciwko, z rękami skutej za plecami. Słuchała własnego głosu i z każdą sekundą bledła.
— To wyrwane z kontekstu — wyszeptała.
— W jakim kontekście mówi się, że ktoś jest nikim? — zapytał policjant.
Nie odpowiedziała.
Po wyjściu z komisariatu długo stałam na schodach. Bielski podał mi kopertę z kancelarii.
— To ostateczne dokumenty własności.
— Proszę je zatrzymać jeszcze chwilę.
— Dlaczego?
— Muszę przyzwyczaić się do myśli, że to naprawdę moje.
Kilka miesięcy później sprzedałam srebrny samochód. Pieniądze przeznaczyłam na zaległe wypłaty pracowników. Dom zostawiłam, ale wyremontowałam kuchnię. Wyrzuciłam ciężkie zasłony, pomalowałam ściany na ciepły kolor i kupiłam stół, przy którym nikt nie musiał już milczeć.
Dmitrij przechodził rehabilitację w mieście. Odzyskał część mowy, lecz lewa strona ciała pozostała bezwładna. Dzieci przyjeżdżały do niego osobno. Nasz syn, Paweł, długo nie chciał patrzeć mu w oczy.
— Mamo, dlaczego nadal go odwiedzasz? — zapytał pewnego grudniowego wieczoru.
Siedzieliśmy w kuchni przy herbacie. Za oknem padał pierwszy śnieg, a na parapecie stał rysunek mojej wnuczki Zosi: dom, trzy krzywe drzewa i kobieta z ogromnym czerwonym kwiatem na sukience.
— Bo choroba nie wymazuje wspólnych lat — powiedziałam. — Ale wspólne lata też nie wymazują krzywdy.
— Wybaczyłaś mu?
Pomyślałam o tym długo.
— Przestałam czekać, aż on naprawi moje życie. To coś innego.
— A kochasz go jeszcze?
— Kocham człowieka, którym kiedyś był. Nie będę jednak wracać do kobiety, którą przy nim się stałam.
Paweł spuścił wzrok.
— Czyli jesteś wolna?
Uśmiechnęłam się.
— Dopiero teraz uczę się, co to znaczy.
Tartak zaczął działać ponownie. Zatrudniłam nową księgową i sama podpisywałam każdą wypłatę. Wstawałam rano przed szóstą, rozpalałam piec, parzyłam kawę i jechałam do biura, zanim pojawili się pracownicy. Nie nosiłam już stopionych kapci po podwórzu. Kupiłam granatowe buty z grubą podeszwą, bo jesienne błoto nie pytało, kto jest właścicielem firmy.
W domu nadal wisiał mój beżowy woreczek na zapałki z wyszytym czerwonym makiem.
Pewnego dnia przyszedł list od Dmitrija. Pisał powoli, nierówno, z pomocą rehabilitanta.
„Walentyno, sprzedałem mieszkanie Oksany. Pieniądze oddano firmie. Nie mam już nic, poza tym, co mi zostawiłaś. Chciałbym wrócić do domu.”
Czytałam te słowa przy kuchennym stole. Za szybą wiatr przesuwał śnieg po podwórzu. Z pieca pachniało brzozowym drewnem.
Odpisałam tylko: „Możesz przyjechać na święta, jeśli chcesz zobaczyć dzieci. Nie wrócisz jednak do mojego życia jako mój mąż.”
Nie było w tym gniewu.
Była granica.
Przyjechał w grudniu z Pawłem. Siedział na wózku przy drzwiach, mniejszy, cichszy, zupełnie inny niż mężczyzna, który kiedyś śmiał się z mojego wyglądu. Spojrzał na woreczek z makiem i wskazał go palcem.
— Pamiętasz? — zapytał z trudem.
— Pamiętam wszystko.
— Prze… pra…
— Wiem.
Nie powiedziałam „nic się nie stało”. Stało się bardzo dużo.
Zrobiłam im herbatę. Paweł rozmawiał z ojcem, a ja podeszłam do pieca. Wyjęłam z woreczka trzy zapałki i jedną po drugiej rozpaliłam ogień. Czerwony mak na tkaninie poruszył się przy każdym moim ruchu.
Kiedyś trzymałam ten woreczek, żeby podtrzymywać cudzy dom.
Tego wieczoru po raz pierwszy użyłam go, by rozpalić własne światło.
I już nie byłam niczyją szarą myszą.
Przegapiłeś początek?













