CZĘŚĆ 4
Przez sekundę nikt się nie poruszył.
Potem zgasł generator.
Ciemność połknęła twarz Marco, schody i mapę na ścianie.
Usłyszałam tylko oddech Lorenza oraz cichy dźwięk mosiężnego dzwoneczka przy łapie królika Emmy.
– Marto – powiedział Lorenzo. – Schowaj telefon.
– Doktor Wrona żyje.
– Wiem.
– A jeśli Bianca go zabije?
– Jeśli pojedziesz sama, zabije jego i ciebie.
– Więc co mam zrobić?
Lorenzo wyciągnął rękę.
– Zadzwoń pod numer alarmowy. Nie do moich ludzi. Do państwowych.
Marco ruszył w dół.
Lorenzo podniósł broń.
– Jeszcze jeden stopień.
Marco zatrzymał się.
– Nie strzelisz przy dziecku.
– Nie muszę. Wystarczy, że policzysz, ile czasu zostało ci do przyjazdu funkcjonariuszy.
Wybrałam numer alarmowy, włączyłam głośnik i powiedziałam wszystko: nazwisko, adres, strzały, rannego mężczyznę, groźby, porwanego lekarza. Dyspozytorka zadawała pytania, a ja odpowiadałam bez drżenia, choć dłonie miałam mokre od krwi Lorenza.
– Czy sprawca jest uzbrojony? – zapytała.
– Tak. Dwóch mężczyzn na schodach i więcej na terenie posiadłości.
– Czy może pani bezpiecznie opuścić pomieszczenie?
Spojrzałam na Lorenza.
– Nie.
– Proszę pozostać na linii.
Marco cofnął się o krok.
– Nie wiesz, z kim zadzierasz.
– Wiem dokładnie. Z ludźmi, którzy boją się nagrania.
– Bianca ma policję po swojej stronie.
– Nie całą.
Nie wiedziałam, czy to prawda. Powiedziałam to, żeby kupić czas.
Czas przyjechał w postaci syren.
Najpierw jednej. Potem wielu.
Na górze rozległy się krzyki, trzask wyważanych drzwi i rozkazy funkcjonariuszy. Marco próbował uciec tylnym korytarzem, ale jego własny ochroniarz rzucił broń i położył się na podłodze.
– Nie umrę za Biancę – powiedział.
Lorenzo patrzył na niego bez słowa.
– Mądrze – odparłam.
Lekarze weszli do schronu kilka minut później. Zabrali Lorenza na nosze. Emma nie chciała puścić jego palców.
– Obiecałam, że go ochronię.
– Ochroniłaś – powiedział Lorenzo, z trudem otwierając oczy. – Teraz pozwól zrobić to dorosłym.
W karetce trzymałam kompres przy jego boku, podczas gdy policjantka zabezpieczała kasetę i dokumenty. Gdy wyjeżdżaliśmy z bramy, zobaczyłam Biankę na schodach rezydencji. Miała na sobie kremowy płaszcz, a w dłoni ściskała telefon.
– Zatrzymajcie się! – krzyczała. – Ta kobieta jest zamieszana w morderstwo!
Funkcjonariusz podszedł do niej z nagraniem w zapieczętowanym woreczku.
– Pani Duca, proszę odłożyć telefon i odsunąć się od schodów.
– Nie macie prawa!
– Mamy nakaz przeszukania i zabezpieczenia dokumentów.
Jej twarz straciła kolor.
– Lorenzo nie może niczego podpisać. Jest pod wpływem leków.
– Nie chodzi o jego podpis.
– Więc o co?
– O pani głos.
Pierwsze przesłuchanie Bianki odbyło się tego samego ranka w małym pokoju komisariatu. Siedziałam za szybą razem z prokuratorką Anną Krawiec. Na stole leżał magnetofon, a obok niego plastikowy woreczek z kopertą Vittoria.
Bianca weszła z adwokatem.
Miała już inny płaszcz. Ten kremowy został zabrudzony deszczem.
– Nie będę odpowiadać na pytania – powiedziała.
Adwokat położył dłoń na jej ramieniu.
– Proszę niczego nie mówić.
Prokuratorka nacisnęła przycisk.
Z głośnika popłynął głos Bianki:
„Daniel znalazł kopie ksiąg. Marco załatwił samochód, a ja dopilnowałam, żeby nikt nie sprawdził hamulców.”
Bianca zesztywniała.
– To nagranie jest spreparowane.
– Pani głos został potwierdzony przez biegłych – odpowiedziała Anna.
– Nie możecie mnie zatrzymać na podstawie starej taśmy.
– Nie tylko na podstawie taśmy. Mamy przelewy, księgi, nagrania z kamer i zeznania Marco.
Adwokat spojrzał na nią z niedowierzaniem.
– Mówiła pani, że dokumenty nie istnieją.
Bianca odwróciła głowę.
Wtedy pojęła, że po raz pierwszy słyszy własne słowa z zewnątrz. Nie jako rozkaz, nie jako szept między zamkniętymi drzwiami, ale jako dowód. Jej twarz drgnęła.
– To nie miało tak wyglądać – powiedziała.
– Jak miało wyglądać? – zapytałam zza szyby.
Spojrzała na mnie.
– Ty miałaś tylko sprzątać.
– A ty miałaś tylko nie zabijać.
Adwokat wstał.
– Odmawiam dalszego udziału w tej rozmowie, dopóki moja klientka nie przestanie składać oświadczeń.
– Nie możesz mnie zostawić – syknęła Bianca.
– Właśnie to robię.
Wyszedł.
Bianca została sama z własnym głosem.
Lorenzo przeżył operację. Kula ominęła płuco, lecz utkwiła blisko wątroby. Lekarze powiedzieli, że miał szczęście.
Ja wiedziałam, że to nie było szczęście.
To była Emma, jej plasterek z misiem i mały królik bez oka.
Tydzień później odwiedziłam Lorenza w szpitalu. Siedział przy oknie, z kubkiem zimnej herbaty na stoliku i opatrunkiem wystającym spod koszuli.
– Możesz odejść – powiedział.
– Wiem.
– Bianca zostanie oskarżona o zlecenie zabójstwa, pranie pieniędzy i śmierć Daniela. Marco zeznaje.
– A ty?
– Sprzedam wszystko, co było związane z organizacją. Legalne przedsiębiorstwa przekażę pracownikom. Reszta trafi do państwa.
– Nie musisz mi tego tłumaczyć.
– Muszę. Przez lata myślałem, że kontroluję rodzinę. Nie zauważyłem, że rodzina kontroluje mnie.
Położyłam na jego stoliku pluszowego królika. Emma narysowała mu nowe oko czarną kredką. Dzwoneczek przy łapie był porysowany, ale nadal działał.
– Twój ojciec wiedział o Danielu – powiedziałam.
– Tak. Zostawił pieniądze dla ciebie i Emmy.
– Nie chcę pieniędzy za jego śmierć.
– To nie zapłata. To odpowiedzialność, której nie zdążył ponieść za życia.
Przyjęłam tylko środki potrzebne do wynajęcia mieszkania i rozpoczęcia nauki od nowa.
Trzy miesiące później mieszkałam z Emmą w Gdańsku, w niewielkim mieszkaniu nad piekarnią. Każdego ranka pachniało chlebem i cynamonem. Pracowałam w przychodni jako pomoc medyczna, a wieczorami uczyłam się do egzaminów.
Emma chodziła do przedszkola przy ulicy Lipowej. Miała nową różową sukienkę, czyste buty i królika z przyszytym przez nią guzikiem zamiast oka.
Pewnego listopadowego popołudnia spadł pierwszy śnieg.
– Mamo, śnieg przykrywa wszystkie brudy – powiedziała, patrząc przez okno.
– Tylko na chwilę.
– A potem wszystko widać?
– Tak.
– To dobrze.
W grudniu przyszła wiadomość od Lorenza. Nie prosił, żebym wróciła. Nie tłumaczył się. Napisał tylko, że proces się zakończył, Bianca dostała wieloletni wyrok, Marco rozpoczął program ochrony świadków, a ostatnia firma Duca została zamknięta.
Na końcu dopisał: „Jeśli kiedyś będziesz chciała porozmawiać, będę słuchał”.
Odpisałam po kilku dniach.
„Nie wrócę do tamtego domu. Ale życzę ci, żebyś nauczył się żyć poza nim.”
Nie napisał więcej.
Wiosną zdałam pierwszy egzamin. Tego samego wieczoru Emma postawiła królika na parapecie. Jego mosiężny dzwoneczek poruszył się, gdy wiatr uchylił okno.
Brzdęk.
Ten sam dźwięk, który prowadził nas przez ciemność pod szopą.
Tym razem nie ostrzegał przed nikim.
Po prostu przypominał, że przeżyłyśmy.
Emma zasnęła przy stole nad rysunkiem przedstawiającym trzy osoby: ją, mnie i Lorenza. Nad nimi narysowała dom, ale bez wysokiego muru.
Zawinęłam ją w koc i zgasiłam światło.
Królik został na parapecie.
Dzwoneczek zabrzęczał jeszcze raz.
I po raz pierwszy nie musiałam nikogo ratować.
Przegapiłeś początek?









