CZĘŚĆ 4
Przez chwilę myślałam, że źle przeczytałam wiadomość.
Potem pokazałam telefon Cole’owi.
— To niemożliwe — powiedział.
Marek odwrócił głowę tak gwałtownie, że aż zatrzeszczały mu kręgi.
— Co ona dostała?
Nie odpowiedziałam. Podałam telefon Leonowi.
Właściciel budynku, pan Wrona, czekał na mnie w małym biurze nad recepcją. Była dziewiąta wieczorem, ale nadal paliła się tam żółta lampka z zielonym abażurem. Na biurku leżała teczka z umową, obok stał kubek zimnej herbaty i metalowa pieczątka.
Cole wszedł ze mną. Leon i Bartek zostali na dole przy dokumentach, a Julia pilnowała Dereka, który siedział na ławce z lodem przyłożonym do nadgarstka.
Pan Wrona wstał.
— Pani Saro, przepraszam, że dowiaduje się pani w takich okolicznościach.
— Dlaczego moje nazwisko jest w umowie najmu?
Wrona otworzył teczkę.
— Bo Marek złożył wniosek o przeniesienie działalności na panią. Twierdził, że jest pani współwłaścicielką i chce przejąć klub.
Poczułam, jak robi mi się zimno.
— Nigdy nie chciałam przejmować tego miejsca.
— Wiem. Dlatego poprosiłem, żeby przyjechała pani osobiście. Jest jeszcze coś.
Wyjął drugi dokument.
Na dole widniał mój podpis.
Ten sam, który widziałam na formularzu z recepcji.
— To nie jest mój podpis — powiedziałam.
Cole pochylił się nad kartką.
— Kto złożył dokumenty?
— Marek. Przedstawił kopię dowodu i pełnomocnictwo.
— Pełnomocnictwo, którego nie podpisywałam.
Wrona przełknął ślinę.
— Właśnie dlatego umowa nie została jeszcze zatwierdzona. Ale jeśli nie wyjaśnimy sprawy do jutra rano, klub zostanie zamknięty, a odpowiedzialność za zaległości może zostać przypisana pani.
Zaśmiałam się krótko, bez radości.
— Najpierw mnie udusił, potem chciał zrobić ze mnie właścicielkę.
— Nie ja ją udusiłem! — krzyknął Derek z dołu.
Wszyscy usłyszeliśmy jego głos.
Zeszliśmy po schodach. Derek stał przy ławce, trzymając lód pod brodą. Marek próbował coś powiedzieć, ale Derek odsunął go ramieniem.
— Miałeś tylko nastraszyć ludzi — powiedział do niego. — Nie mówiłeś, że podpis Sary będzie na papierach.
Marek pobladł.
— Zamknij się.
— Dlaczego? Przecież to ty powiedziałeś, że jeśli ktoś zacznie pytać o pieniądze, wszystko pójdzie na nią. Jej konto, jej nazwisko, jej odpowiedzialność.
Julia podniosła telefon.
— Nie ruszaj się. Wszyscy to słyszeliśmy.
Derek spojrzał na nią i nagle zrozumiał, że nie ma już żadnej osłony.
— To nie miało tak wyglądać — powiedział ciszej.
— A jak miało? — spytałam.
Derek odwrócił wzrok.
Po raz pierwszy nie wyglądał jak człowiek, który kontroluje pomieszczenie. Wyglądał jak ktoś, kto właśnie zobaczył rachunek wystawiony za wszystkie własne decyzje.
— Marek płacił mi, żebym odstraszał ludzi, którzy chcieli zwrotów. Mówił, że klub upadnie, jeśli zaczną składać skargi. Dzisiaj kazał mi zrobić to samo z tobą.
— Kazał ci mnie dusić?
— Miałem cię przestraszyć.
— Po odklepaniu?
Derek zacisnął szczękę.
— Poniosło mnie.
Cole stanął między nami.
— Nie. Wybrałeś to.
Derek spojrzał na niego z gniewem.
— Ty nic nie rozumiesz.
— Rozumiem wystarczająco.
— Marek obiecał mi połowę klubu.
Marek odwrócił się do niego.
— Nigdy ci tego nie obiecywałem.
I wtedy cała ich więź rozpadła się na oczach wszystkich. Nie dlatego, że ktoś ich zmusił. Każdy zaczął ratować siebie.
Leon wyjął z kasety listę wypłat.
— Tu są przelewy. Tu są daty. Tu są inicjały Marka.
Pan Wrona przejrzał dokumenty i długo milczał.
— Umowa najmu zostaje rozwiązana ze skutkiem natychmiastowym — powiedział w końcu. — Nie przekażę kluczy ani jednej z tych osób.
Marek rzucił się do niego.
Cole chwycił go za ramię, lecz tym razem Marek nawet nie próbował się wyrwać. Osunął się na krzesło i zakrył twarz dłońmi.
— Stracę wszystko — wyszeptał.
— Nie — odpowiedziałam. — Stracisz to, co zbudowałeś na cudzym strachu.
Nie planowałam tego zdania. Wyszło ze mnie samo.
Potem odwróciłam się do Cole’a.
— Dlaczego naprawdę chciałeś, żebym tu trenowała?
Mój brat spojrzał na matę, na której jeszcze godzinę wcześniej leżałam bez tchu.
— Bo kiedy mama umarła, zamknęłaś się w sobie. Pomyślałem, że potrzebujesz miejsca, gdzie nauczysz się reagować.
— A ty nauczyłeś się tylko milczeć.
To trafiło go mocniej niż cios.
— Tak — powiedział. — I myliłem milczenie z ochroną.
Stałam przed nim, trzymając dłoń na piekącym gardle. Chciałam być zła. Nadal byłam. Ale pod złością znajdowało się coś innego: pewność, że pierwszy raz nie muszę udawać, że wszystko jest w porządku, żeby ktoś mnie nie zostawił.
Rano pan Wrona podpisał z Leonem tymczasową umowę na prowadzenie sali. Nie chciałam być właścicielką klubu. Nie chciałam też, żeby to miejsce zniknęło razem z Markiem. Czterech dawnych członków zgodziło się pomóc przy organizacji zajęć, a Julia przejęła zapisy i finanse.
Derek oddał część pieniędzy, które dostał od Marka. Reszty nie miał. Jego czarny pas pozostał w szufladzie, bo Leon odmówił mu prawa do dalszego trenowania tutaj.
— Możesz odejść — powiedział mu przy wyjściu. — Ale nie nazwiesz tego karą. To konsekwencja.
Derek zatrzymał się przy drzwiach.
— Sara.
Spojrzałam na niego.
— Przepraszam.
Nie odpowiedziałam od razu.
Nie dlatego, że zabrakło mi słów. Po prostu jego przeprosiny nie mogły już zmienić ciężaru na mojej klatce piersiowej ani czterech sekund, w których nikt nie zareagował.
— Mam nadzieję, że kiedyś zrozumiesz, za co przepraszasz — powiedziałam.
Derek skinął głową i wyszedł.
Nie było oklasków. Nie było triumfalnej muzyki. Była tylko pusta mata, otwarta kaseta z dokumentami i Marek siedzący pod ścianą, bez kluczy do miejsca, które przez lata uważał za swoje.
Kiedy następnego dnia rozpoczęliśmy pierwszy trening bez niego, stanęłam naprzeciwko Julii. Miała ostrożny uśmiech i dłonie zaciśnięte na pasie.
— Mogę spróbować? — zapytała.
— Możesz — odpowiedziałam.
— A jeśli spanikuję?
Pomyślałam o ciemności, która zamknęła się nad matą. O głosie Dereka. O bracie, który wkroczył między mnie a człowieka większego od siebie, nie podnosząc głosu.
— Wtedy odklepiesz — powiedziałam. — A ja puszczę.
Julia skinęła głową.
Zaczęłyśmy powoli. Bez siły, bez udowadniania czegokolwiek. Gdy jej dłoń dotknęła maty, natychmiast rozluźniłam chwyt.
Na ławce obok leżała brązowa teczka Leona. Na jej okładce ktoś przykleił białą kartkę z napisem: „Żaden podpis bez przeczytania”.
Cole siedział przy ścianie i patrzył, jak wracam do treningu.
Tym razem nie musiał pilnować drzwi.
Musiał tylko usłyszeć, jak mówię do Julii:
— Jeszcze raz. Ale teraz robimy to po swojemu.













