CZĘŚĆ 4
— Kto? — zapytałam, ściskając telefon tak mocno, że paznokcie wbiły mi się w dłoń.
Po drugiej stronie usłyszałam szelest papierów.
— Halina Nowak.
Spojrzałam na teściową. Stała przy kuchennym stole, blada i nieruchoma, z ręką opartą na zapięciu torebki.
— Pani Marta, czy mogę przyjechać teraz?
— Proszę przyjechać natychmiast. I proszę niczego nie podpisywać. Oryginał dokumentu jest jeszcze tutaj.
Rozłączyłam się.
Andrzej od razu zauważył moją minę.
— Co powiedziała?
— Że twoja matka podpisała dokument jako świadek.
Halina usiadła. Krzesło zaskrzypiało pod jej ciężarem.
— Ja nie wiedziałam, co podpisuję — wyszeptała.
— Podpisałaś świadectwo, że wyraziłam zgodę na zastawienie domu.
— Andrzej powiedział, że to potwierdzenie, że jesteśmy rodziną i wspólnie prowadzimy gospodarstwo.
— Nie przeczytałaś?
— Ufałam synowi.
Andrzej odwrócił się gwałtownie.
— Mamo, nie zaczynaj teraz.
— To ty powiedziałeś, że jeśli nie podpiszę, bank zabierze Oksanie mieszkanie — odpowiedziała Halina. — Powiedziałeś, że Larisa wszystko wie.
Oksana podniosła głowę.
— Mnie też tak mówił.
Andrzej stał pomiędzy stołem a schodami. Na podłodze leżała metalowa miarka, a jej czerwony suwak zatrzymał się przy cyfrze osiemdziesiąt dwa. Tyle centymetrów odmierzał pokój, który miał stać się początkiem całego oszustwa.
— Przestańcie zachowywać się jak dzieci — powiedział. — Pożyczka była potrzebna. Gdybym kupił udziały w tej firmie, spłaciłbym wszystko w kilka miesięcy.
— A jeśli nie?
— Nie zakładałem porażki.
— Za to założyłeś, że ja ją poniosę.
Wiktor wciąż stał przy drzwiach. Teraz wyciągnął z torby mały notes.
— Pani Lariso, jest jeszcze coś. Wczoraj Andrzej kazał mi podpisać protokół, że to pani zleciła przeróbkę piwnicy. Odmówiłem. Dlatego przywiozłem wszystkie kopie.
Podał mi notes. Na jednej stronie widniała data, godzina i zdanie: „Pan Andrzej polecił ukryć skrzynkę i nie informować właścicielki”. Pod spodem był podpis Wiktora.
Andrzej ruszył ku niemu.
— Oddaj to.
— Nie — powiedział Wiktor. — Przez ciebie straciłem już jedną pracę. Nie stracę nazwiska.
To był pierwszy moment, kiedy zobaczyłam w oczach Andrzeja coś więcej niż złość. Nie skruchę. Strach przed tym, że plan wymknął mu się z rąk.
O dwudziestej trzydzieści pojechałam do kancelarii Marty Krawiec. Oksana chciała jechać ze mną, ale Halina zatrzymała ją przy samochodzie.
— Muszę powiedzieć Larisie wszystko — oznajmiła.
— Mamo, nie rób tego — błagał Andrzej.
Halina spojrzała na niego długo.
— Już zrobiłam za dużo.
W kancelarii pachniało papierem, pastą do podłogi i zimną herbatą. Marta położyła przede mną trzy dokumenty.
Pierwszy był wniosek o kredyt. Drugi — fałszywa zgoda. Trzeci — umowa, w której Andrzej przedstawiał się jako osoba mająca prawo do korzystania z całej nieruchomości, ponieważ „współuczestniczy w kosztach i zarządzaniu”.
— To ostatnie jest absurdalne — powiedziałam.
— Absurdalne, ale wystarczające, by bank wstrzymał wypłatę do czasu wyjaśnienia — odparła Marta. — Na szczęście nie przelano jeszcze pieniędzy.
— Co mogę zrobić?
— Odwołać każde pełnomocnictwo, złożyć oświadczenie o podrobieniu podpisu i zabezpieczyć księgę wieczystą. Ale jest jeszcze kwestia pieniędzy pobranych z pani rachunku.
Podała mi wyciąg.
Przez trzy miesiące Andrzej przelewał małe kwoty na konto firmy, którą planował kupić. W sumie ponad trzydzieści tysięcy złotych. Myślałam, że płaci za materiały budowlane. Część faktur była prawdziwa, lecz na każdej widniały zawyżone ceny.
— Skąd miałeś dostęp do mojego konta? — zapytałam go później, kiedy wróciłam do domu.
Czekał na mnie w kuchni. Nie usiadł.
— Byliśmy małżeństwem.
— To nie jest odpowiedź.
— Znałem hasło.
— Ukradłeś mi pieniądze.
— Inwestowałem w naszą przyszłość.
— W przyszłość, w której bank zabiera mój dom?
Nie odpowiedział.
Oksana stała przy lodówce, blada i zmęczona.
— Andrzej, powiedz jej prawdę o mieszkaniu.
— Nie wtrącaj się.
— Powiedz.
— Jakim mieszkaniu? — spytałam.
Oksana otworzyła torebkę i wyjęła zmiętą kopertę.
— Mam mieszkanie. Nie straciłam go. Sprzedałam je dwa tygodnie temu i dostałam pieniądze. Andrzej wiedział. Chciał przejąć te pieniądze jako wkład do firmy, ale odmówiłam. Wtedy powiedział, że jeśli nie pomogę, zmusi ciebie do zastawienia domu.
Poczułam, jak wszystko układa się w jedną całość.
— Więc nie chodziło o ratowanie ciebie.
— Nie tylko — wyszeptała. — Bałam się, że jeśli mu odmówię, powie ci o moich długach i zostawi mnie bez pomocy. Byłam tchórzem.
— Byłaś wspólniczką.
Oksana skinęła głową. Łzy spadły jej na kopertę.
— Wiem.
Halina zaczęła płakać.
— To ja nauczyłam go, że wszystko mu się należy. Kiedy był dzieckiem, za każdym razem usprawiedliwiałam jego kłamstwa. Myślałam, że chronię rodzinę.
— Chroniłaś jego — powiedziałam. — Nie rodzinę.
Następnego ranka Marta wysłała do banku oświadczenie, a podpisany przez Halinę dokument został wycofany. Bank zamknął wniosek, zanim Andrzej zdążył wypłacić choćby złotówkę. Firma, którą chciał kupić, ogłosiła niewypłacalność dwa dni później. Gdyby dostał kredyt, straciłby mój dom i nadal zostałby z długiem.
Nie zgłosiłam od razu sprawy na policję. Nie dlatego, że mu wybaczyłam. Chciałam najpierw odzyskać każdy przelew, każde hasło i każdy dokument. Andrzej podpisał ugodę, w której zobowiązał się sprzedać samochód oraz swój udział w garażu i zwrócić mi wszystkie pieniądze. Odszedł z jedną walizką.
Oksana nie zamieszkała w moim domu. Wynajęła małe mieszkanie nad piekarnią, korzystając z pieniędzy uzyskanych ze sprzedaży własnego lokalu. Przez kilka tygodni pracowała rano w sklepie spożywczym, a wieczorami opiekowała się córką. Nie prosiła mnie o wybaczenie.
Pewnego sobotniego popołudnia przyszła z Haliną po resztę rzeczy. W pokoju gościnnym nadal stały kartony z napisem „Oksana”.
— Możemy je zabrać? — zapytała.
— Tak.
Halina podniosła jeden karton, ale po chwili musiała go odstawić.
— Larisa — powiedziała — nie oczekuję, że mi wybaczysz.
— Dobrze.
— Chcę tylko powiedzieć, że dokument, który podpisałam, oddałam Marcie. Opisałam dokładnie, co mówił Andrzej. Jeśli będzie trzeba, potwierdzę to oficjalnie.
Pokiwałam głową.
— To już jest coś.
— Wiem, że za mało.
— Ale prawdziwe.
Oksana zatrzymała się przy ścianie, którą wcześniej mierzyła.
— Zostawisz tu ten pokój pusty?
— Nie. Zrobię pracownię.
— Dla siebie?
— Dla kobiet, które chcą nauczyć się odnawiać meble. Znalazłam kurs i mam już pierwszą grupę.
Oksana dotknęła czerwonego suwaka metalowej miarki.
— Pamiętasz, jak mierzyłyśmy tę ścianę?
— Pamiętam.
— Myślałam, że wybieram miejsce na swoje łóżko.
— A ja myślałam, że straciłam kontrolę nad własnym domem.
Spojrzała na mnie.
— Co się zmieniło?
Wzięłam miarkę z jej dłoni i rozsunęłam ją do końca. Taśma zatrzeszczała, odsłaniając kolejne cyfry.
— Zrozumiałam, że ktoś może policzyć moje ściany, wycenić moje pokoje i podpisać za mnie papiery, ale nie może zdecydować, co z nimi zrobię.
Andrzej nie wrócił. Nie dlatego, że nie próbował. Przysłał kilka listów, potem proponował rozmowę, a w końcu przez telefon powiedział, że „wszystko zaszło za daleko”. Nie odpowiedziałam. Jego podpisy, przelewy i kłamstwa zostały tam, gdzie powinny: w dokumentach, których nie dało się już wymazać.
W poniedziałek rano przyjechała pierwsza uczestniczka mojego kursu. Była nieśmiała, trzymała w dłoniach starą szafkę nocną i przepraszała, że zajmie miejsce.
— Proszę ją postawić przy oknie — powiedziałam. — Tutaj jest światło.
Kiedy wyszła po farbę, zauważyłam na podłodze kartkę z dawnymi wymiarami. Oksana zostawiła ją za kaloryferem. Wzięłam ołówek i przekreśliłam wszystkie liczby, a na środku napisałam nowe: „pracownia Larisy”.
Potem przybiłam kartkę do ściany dokładnie tam, gdzie miała stanąć cudza szafa.
Pod spodem zostawiłam metalową miarkę, rozciągniętą od listwy do sufitu.
I powiedziałam do pustego pokoju:
— Tutaj nikt już nie wybiera za mnie.
Przegapiłeś początek?













