CZĘŚĆ 4
…Roman zakończył rozmowę i przez chwilę patrzył na mnie, jakby bał się wypowiedzieć następne zdanie.
— Kierowca mówi, że sześć skrzynek zabrano do starej pakowni przy młynie. Ktoś podpisał odbiór nazwiskiem Marka.
Danuta zacisnęła palce na brzegu stołu.
— Nie wiem, o czym mówisz.
— Wiesz — powiedziała Lena.
Dziewczyna wyjęła z kieszeni mały klucz. Był mosiężny, z przyklejoną kawałkiem taśmy kartką, na której widniała cyfra siedem.
— Znalazłam go w kieszeni twojego płaszcza. Pasuje do kłódki przy pakowni.
Danuta spojrzała na wnuczkę z niedowierzaniem.
— Grzebałaś w moich rzeczach?
— Szukałam rachunku za lekarza. Znalazłam listę kupców.
— Jaką listę?
Lena położyła na stole złożoną kartkę. Były na niej nazwiska trzech handlarzy, ilości skrzynek i ceny. Przy każdym wpisie Danuta zaznaczyła czerwonym ołówkiem, ile pieniędzy zamierza przeznaczyć na spłatę długu.
Na samym dole napisała: Po zbiorach nikt nie będzie pytał, skąd są owoce.
Poczułam, że coś we mnie pęka, ale nie był to już ten sam ból co rano. Wtedy cierpiałam po stracie Marka. Teraz widziałam, jak ktoś próbował wykorzystać jego śmierć jak pustą skrzynkę, do której można wrzucić cudze kłamstwa.
— Jedziemy do pakowni — powiedziałam.
Danuta poderwała się.
— Nigdzie nie pojedziesz.
— To moje skrzynki.
— Nie masz pojęcia, co tam jest.
— Właśnie dlatego chcę zobaczyć.
Pojechaliśmy trzema samochodami. Pakownia stała za młynem, z dachem porośniętym mchem i drzwiami zamkniętymi grubą kłódką. Powietrze pachniało mokrym drewnem, jabłkami i olejem napędowym.
Danuta trzymała klucz w dłoni.
— Jeśli to otworzę, wszystko się skończy — wyszeptała.
— To już się skończyło — odpowiedziała Lena. — Tylko ty jeszcze udajesz, że nie.
Klucz zgrzytnął w zamku.
W środku stało sześć skrzynek. Na każdej widniała wycięta przez Marka pszczoła. Obok leżała jego stara waga sprężynowa, ta sama, którą Kuba pomagał mu ustawiać przy zbiorach.
Na jednej skrzynce ktoś przykleił nową etykietę. Nazwisko brzmiało prawie jak nasze, lecz nie było prawdziwe.
Roman podniósł kartkę.
— To miało trafić dziś na targ.
— A pieniądze? — zapytałam.
Danuta wskazała metalową kasetkę pod stołem.
W środku były banknoty, dwa kwity zastawu i koperta z pieczęcią firmy pożyczkowej. Brakowało niewiele do spłaty długu.
— Potrzebowałam jeszcze tylko tej dostawy — powiedziała Danuta. — Potem odzyskałabym dom.
— Za pieniądze z mojego sadu.
— Chciałam oddać.
— Kiedy? Po tym, jak sprzedałabyś wszystko i powiedziała, że owoce pochodziły od Marka?
Nie odpowiedziała.
Nie musiała.
Przy wozie Romana czekał mężczyzna w granatowej kamizelce. Przedstawił się jako pan Wrona, przedstawiciel firmy pożyczkowej. W dłoni trzymał wezwanie do zapłaty.
— Danuto, przyjechałem po potwierdzenie wpłaty.
— Pieniądze będą jutro.
— Mówiłaś to wczoraj.
— Sprzedałabyś cudze owoce, żeby ocalić dom? — zapytał Roman.
— Nie masz prawa mnie osądzać!
— Nie osądzam. Przestałem tylko być twoim kupcem.
Roman wyjął z kieszeni zamówienie i podarł je na pół.
— Nie sprzedam ani jednej skrzynki, która przyszła tu pod fałszywym nazwiskiem.
Danuta ruszyła w jego stronę.
— Jeśli tego nie sprzedasz, stracę dom!
— A Anna miała stracić po mężu jeszcze sad?
Nie pozwoliłam, żeby rozmowa zamieniła się w kolejną awanturę. Otworzyłam teczkę z dokumentem Marka i położyłam go na masce samochodu.
— Romanie, ile warte są te owoce?
Podał kwotę.
Była mniejsza, niż spodziewałam się po całym zbiorze, ale wystarczająca, żeby uratować dług Danuty. Nie zamierzałam jednak dać jej pieniędzy do ręki.
— Sprzedamy plon zgodnie z wolą Marka — powiedziałam. — Część pojedzie do hospicjum. Reszta na targ, ale pod moim nazwiskiem i z pełną informacją, skąd pochodzi. Z uzyskanej kwoty zapłacimy bezpośrednio firmie pożyczkowej tylko tyle, ile potrzeba, by zatrzymać zajęcie domu. Danuta podpisze zobowiązanie i odpracuje każdą godzinę przy sadzie.
Danuta roześmiała się krótko, bez radości.
— Chcesz zrobić ze mnie służącą?
— Chcę, żebyś oddała to, co zabrałaś. Nie pieniędzmi, których nie masz. Pracą.
— A jeśli odmówię?
Spojrzałam na Lenę.
— Wtedy dokumenty i listę kupców zobaczą wszyscy, którzy powinni je zobaczyć. Nie po to, żeby cię upokorzyć. Po to, żeby nikt więcej nie kupił od ciebie cudzej krzywdy.
Danuta patrzyła na mnie długo. Jej twarz była zmęczona, stara i nagle pozbawiona tej pewności, z którą wspinała się przez mój płot.
— Marek naprawdę chciał oddać owoce hospicjum? — zapytała.
— Tak.
— Nigdy mi nie powiedział.
— Bo nie miał powodu ci się tłumaczyć.
Lena odwróciła głowę, a jej ramiona zadrżały.
— Babciu, podpisz.
Danuta wzięła długopis. Ręka drżała jej tak mocno, że za pierwszym razem zsunęła się z kartki. Za drugim podpisała pełne nazwisko.
Nie poczułam triumfu.
Poczułam zmęczenie.
Tego samego dnia sześć skrzynek pojechało do hospicjum, a dzieci z oddziału dostały jabłka z wyciętą pszczołą. Resztę owoców Roman wystawił na rynku. Przy stoisku zawisła tabliczka z prawdziwym nazwiskiem mojego męża i informacją o jego darowiźnie.
Danuta zaczęła pracę następnego ranka. Najpierw przy zbieraniu połamanych gałęzi. Potem przy naprawie ogrodzenia. Nie pozwoliłam jej dotknąć drabiny Marka, dopóki nie wymieniła pękniętej szczebliny własnymi rękami.
Kuba stał obok i podawał jej gwoździe.
— Ten ma być prosty — powiedział. — Tata zawsze sprawdzał palcem.
Danuta przyłożyła gwóźdź do deski.
— Twój tata był dokładnym człowiekiem.
— Był najlepszy.
— Wiem.
Po raz pierwszy nie powiedziała tego z zazdrością ani złością.
Po kilku dniach przyniosła mi metalową kasetkę. W środku były pieniądze z pierwszej sprzedaży i wszystkie kartki, które przywiązała do skradzionych skrzynek.
— Zostawiam je — powiedziała. — Niech przypominają, ile kosztowało mnie kłamstwo.
— Nie potrzebuję twojego wstydu.
— Ja potrzebuję pamiętać.
Wzięłam jedną kartkę. Papier był wilgotny, a czerwony sznurek zostawił na nim cienki ślad.
— Co z twoim domem? — zapytałam.
— Dług został rozłożony na raty. Roman zgodził się kupować ode mnie warzywa, ale tylko wtedy, gdy sama je wyhoduję i podpiszę prawdziwe nazwisko.
— A Lena?
Danuta spojrzała w stronę drogi.
— Powiedziała, że nie wybaczy mi od razu. I że będzie przychodzić, jeśli przestanę ją okłamywać.
— To uczciwe.
— Wiem.
W sobotę pojechaliśmy z Kubą i Zosią do hospicjum. Na dziedzińcu stał długi stół przykryty białym obrusem. Dzieci dostały soki, kompot i jabłka. Jedna mała dziewczynka długo obracała owoc w dłoniach, aż znalazła nacięcie w kształcie pszczoły.
— Co to znaczy? — zapytała.
Kuba odpowiedział, zanim zdążyłam otworzyć usta.
— Że ktoś o tym drzewie pamiętał.
Przy samochodzie zobaczyłam Danutę. Nie weszła do środka. Stała z naprawioną drabiną opartą o ramię i patrzyła na dzieci przez uchylone drzwi.
— Dlaczego nie wejdziesz? — zapytałam.
— Nie wiem, czy zasłużyłam.
— To nie jest nagroda. Możesz pomóc rozstawić skrzynki.
Przesunęła drabinę, po czym weszła na dziedziniec.
Zosia podbiegła do niej z jabłkiem.
— Pani Danuto, tu jest pszczółka.
Danuta uklękła, choć wyraźnie bolały ją kolana.
— Wiem, kochanie.
— To od twojego drzewa?
Danuta spojrzała na mnie. Nie odpowiedziałam za nią.
— Nie — powiedziała cicho. — Od drzewa twojego taty.
Kuba podniósł głowę.
— Mamo, tata miał rację. Te drzewa naprawdę nas nakarmiły.
W jego dłoni jabłko błyszczało jak małe, czerwone serce, a obok niego Danuta trzymała naprawioną drabinę Marka, gotowa zanieść ją tam, gdzie cudzy owoc nie był już towarem, tylko czyjąś nadzieją.
Przegapiłeś początek?













