CZĘŚĆ 4
„…a jego treść może zmienić status całej pracowni”.
Przeczytałem wiadomość drugi raz.
Lena siedziała nieruchomo, z palcami zaciśniętymi na brzegu stołu. Przy jej łokciu leżała jedna dalia, oderwana od bukietu. Bordowy płatek przykleił się do lakieru i wyglądał jak mała plama zaschniętej krwi.
— Jaki dokument? — zapytała.
— Nie wiem.
— Musisz się dowiedzieć.
— Nie. Musimy tam pojechać i usłyszeć to razem.
Podniosła wzrok.
— Nadal chcesz, żebym pojechała?
— Chcę, żebyś przestała decydować, które części naszego życia mogę poznać.
W poniedziałek o siódmej czterdzieści siedzieliśmy w samochodzie ojca. Nie pojechałem własnym, bo poprzedniej nocy Lena płakała tak długo, że zabrakło jej głosu, a ja nie chciałem prowadzić z rękami drżącymi od złości.
Ojciec siedział z tyłu i trzymał granatową teczkę na kolanach.
— Jeśli dokument dotyczy funduszu, sprawa może być poważna — powiedział.
— Wiem.
Lena siedziała obok mnie. Miała na sobie czarny sweter z pojedynczą glinianą plamą przy mankiecie. Zauważyłem ją, bo dawniej usuwałem takie ślady przed wyjściem z domu.
Nie zrobiłem tego.
W siedzibie fundacji czekały trzy osoby: przewodnicząca zarządu pani Róża, księgowa Teresa i prawnik funduszu, mecenas Bielski. Na stole leżały segregatory, wydruki przelewów i małe pudełko z fotografiami mojej matki.
Róża wskazała nam krzesła.
— Zacznijmy od tego, że pieniądze nie zostały przelane — powiedziała. — Bank zatrzymał transakcję, bo podpis Michała był niezgodny ze wzorem.
Lena wypuściła powietrze.
— Czyli nic nie straciłam.
— Próbowałaś stracić — odparła Teresa. — To różnica.
Bielski wyjął z segregatora kartkę.
— Odnaleźliśmy aneks do umowy najmu lokalu przy Długiej. Został złożony w czerwcu. Wynika z niego, że pracownia może korzystać z lokalu bez czynszu przez pięć lat, pod warunkiem prowadzenia bezpłatnych zajęć dla młodzieży.
— Wiem o tym — powiedziała Lena.
— Nie. Nie wiesz wszystkiego. Aneks został podpisany przez ciebie jako właścicielkę pracowni, choć pracownia nie jest twoją własnością. Jest własnością funduszu. A pod spodem znajduje się zgoda na przekazanie lokalu prywatnej spółce po zakończeniu rezydencji w Porto.
Lena poderwała głowę.
— To nie mój podpis.
Ojciec otworzył teczkę.
— Owszem. Ten podpis jest twój.
W pokoju rozległ się cichy szelest papieru.
Lena spojrzała na niego, potem na mnie.
— Nie podpisałam tego.
— Podpisałaś dokument w maju — powiedziałem. — Tylko nie zauważyłaś, co było na odwrocie.
Mecenas odwrócił kartkę. Na rewersie widniała lista wspólników nowej spółki. Lena posiadała czterdzieści procent. Adrian trzydzieści. Pozostałe trzydzieści miało trafić do inwestorki, której nazwisko znałem.
Do Ewy, siostry Leny.
— Twoja siostra miała kupić pracownię po przejęciu lokalu — powiedziałem. — Porto było tylko pierwszym krokiem.
Lena zakryła usta dłonią.
— Ewa powiedziała, że to tymczasowa umowa. Że dzięki niej uratujemy miejsce.
— A ty uwierzyłaś, bo chciałaś wyjechać, zanim ktokolwiek zdąży zapytać, co zostaje tutaj — odparł ojciec.
— Nie chciałam nikogo okraść.
— Ale chciałaś podpisać coś, czego nie rozumiałaś, i użyć mojego nazwiska — powiedziałem.
— Chciałam mieć szansę.
— A ja byłem ceną tej szansy?
Nie odpowiedziała.
Róża zamknęła segregator.
— Fundacja odbiera pracowni upoważnienie do korzystania z lokalu. Zajęcia dla młodzieży zostaną utrzymane, ale poprowadzi je nowy zespół. Pani Lena może złożyć propozycję konkursową jak każdy inny twórca.
Lena wstała tak gwałtownie, że krzesło uderzyło o ścianę.
— Zabieracie mi wszystko.
— Nie — powiedziałem. — Zabieramy ci tylko to, co uznałaś za swoje bez pytania.
Pojechaliśmy do pracowni. Była dziewiąta trzydzieści, a za oknem tramwaje przesuwały się po szynach z metalicznym zgrzytem. Na półkach stały niedokończone misy, kubki i figurki z wyszczerbionymi uszami.
Adrian już tam był. Pakował własne narzędzia do kartonowego pudła.
— Nie wiedziałem o umowie z Ewą — powiedział do mnie. — Przysięgam.
Lena odwróciła się do niego.
— Mogłeś zostać.
— Nie przy tobie w tej formie.
— W jakiej formie?
— W takiej, w której każdą pomoc zamieniasz w cudzy obowiązek.
Włożył do pudła ciężki drewniany wałek. Na jego uchwycie tkwiły zaschnięte białe ślady gliny.
— Adrian — powiedziałem — zostaw warsztaty dla dzieci. Fundacja chce je utrzymać.
Spojrzał na mnie zaskoczony.
— Po tym wszystkim?
— Dzieci nie są winne temu, co zrobili dorośli.
Lena usiadła przy piecu. Metalowa obudowa była porysowana, a na podłodze leżały kawałki naczynia, które straciła w dniu awarii.
— Myślisz, że jesteś lepszy? — zapytała.
— Nie. Wiem tylko, co zrobiłem sobie przez ostatni rok. I nie chcę już tego powtarzać.
— Czyli odchodzisz?
— Tak.
— Tak po prostu?
— Nie po prostu. Po kolacji, której nie zjadłem. Po urodzinach, na których siedziałem sam. Po wyjeździe z ojcem, który odwołałem dla twojego pokazu. Po każdym „sprawdzę, czy mam czas”, kiedy powinienem był powiedzieć: „Mam czas dla siebie”.
Jeї oczy wypełniły się łzami.
— Nigdy nie prosiłam cię, żebyś to robił.
— Wiem. To właśnie jest najtrudniejsze. Ty tylko przyjmowałaś wszystko, co oddawałem.
Wyjąłem z kieszeni obrączkę. Nie położyłem jej na stole. Trzymałem ją między palcami, ciężką i ciepłą od dłoni.
— Nie chcę rozwodu jako zemsty — powiedziałem. — Chcę rozdzielić nasze życie, zanim oboje zaczniemy gardzić tym, co z niego zostało.
Lena patrzyła na metalowy pierścień.
— A jeśli cię poproszę, żebyś został?
— Powiesz to dopiero wtedy, kiedy nie będziesz potrzebowała mojego podpisu.
Nie odpowiedziała.
Tego samego popołudnia podpisałem z ojcem dokument przejmujący nadzór nad funduszem. Z pieniędzy, które miały pojechać do Porto, opłaciliśmy remont pieca i pierwsze trzy miesiące zajęć dla młodych uczestników. Adrian zgodził się prowadzić warsztaty. Nie wrócił do Leny.
Ewa próbowała się ze mną skontaktować. Nie odebrałem. Jej udział w spółce zniknął wraz z umową, której nie można było już wykorzystać. Lena musiała opuścić pracownię, ale fundacja pozwoliła jej zabrać własne prace i złożyć nowy wniosek bez specjalnego traktowania.
Wieczorem spotkałem się z ojcem w hali lodowiska. Był czwartek, ten sam dzień, który przez lata należał do Leny i jej pracowni. Założyłem łyżwy, a sznurówki zaciskały się na kostkach z bolesną precyzją.
— Nadal pamiętasz, jak się jeździ? — zapytał ojciec.
— Jeśli upadnę, nie mów Lenie.
Uśmiechnął się.
— Nie mam jej numeru.
Wyszedłem na lód. Pierwszy krok był niepewny. Drugi również. Przy trzecim poślizgnąłem się i złapałem bandę, a z kieszeni wypadł mały zasuszony płatek dalii, który musiał przykleić się do mojego płaszcza podczas tamtej kolacji.
Ojciec podniósł go z lodu.
— Wyrzuć — powiedział.
Pokręciłem głową.
— Nie. Ten kwiat przynajmniej pamiętał, po co go przyniosłem.
Wsunąłem płatek między kartki starego kalendarza matki, obok ceramicznego liścia.
Potem odbiłem się od bandy i ruszyłem w stronę środka lodowiska, gdzie ojciec czekał już z uniesioną ręką.
— Michał! — zawołał. — Podaj!
Krążek sunął po lodzie prosto do mnie.
Przegapiłeś początek?












