Podczas miesiąca miodowego usłyszałam plan mojego zabójstwa, a kiedy wyjęłam telefon, mój mąż nagle przestał się uśmiechać

Kiedy mój mąż podał mi tabletki na chorobę morską, nie wiedziałam jeszcze, że kilka godzin później będę pełzać po schodach, uciekając przed własną śmiercią.

Był czwarty dzień naszego rejsu po Morzu Śródziemnym. Za iluminatorem kabiny przesuwała się ciemna woda, a statek kołysał się tak mocno, że kryształowe szklanki brzęczały na stoliku. Leżałam blada na łóżku, z zimnym ręcznikiem przyciśniętym do karku.

Andrzej usiadł obok mnie i pogładził mnie po włosach.

— To tylko choroba morska, kochanie. Weź te dwie tabletki.

— Na pewno pomogą?

— Oczywiście. Przecież wiesz, że się tobą zajmuję.

Pocałował mnie w czoło. Wtedy jeszcze mu wierzyłam. Nawet uśmiechnęłam się słabo, choć od kilku dni coś w jego spojrzeniu wydawało mi się dziwnie puste.

Połknęłam tabletki, a on zostawił przy łóżku szklankę wody. Gdy zamknęły się za nim ciężkie drzwi, minęło zaledwie kilka minut. Najpierw poczułam senność. Potem ręce zaczęły mi drętwieć, a ciało zrobiło się ciężkie jak mokry piasek.

Wtedy przypomniałam sobie telefon.

Zostawiłam go na górnym pokładzie. Przez cały rejs dzwoniła do mnie mama, która leżała w szpitalu przed planowaną operacją. Musiałam sprawdzić, czy nie próbowała się ze mną skontaktować.

Wstałam.

Kolana ugięły się natychmiast.

Chwyciłam się mosiężnej klamki przy drzwiach, odczekałam chwilę i wyszłam na korytarz. Każdy krok kosztował mnie coraz więcej. Przy schodach oparłam dłoń o lakierowaną poręcz i zaczęłam schodzić.

Na półpiętrze zatrzymał mnie głos mojego teścia.

— Jak wygląda sprawa z dawkowaniem, Andrzej?

Zamarłam.

Poniżej, w salonie dla gości, zabrzęczały kieliszki.

— Daję jej po dwie tabletki wieczorem — odpowiedział mój mąż. — Trochę dosypuję też do zupy. O północy nie będzie w stanie utrzymać otwartych oczu.

Serce uderzyło mi w żebra.

— A potem? — zapytała teściowa Irena.

— Około drugiej wyprowadzę ją na rufę. Powiem, że świeże powietrze pomoże jej na zawroty głowy. Jeden ruch i po wszystkim. Kiedy uznają ją za zaginioną na morzu, będę mógł sięgnąć po trzysta milionów, które odziedziczyła.

Irena roześmiała się cicho.

— Nawet nie podejrzewa, że wyszła za mąż tylko dla pieniędzy.

Przycisnęłam palce do zimnego metalu poręczy. Nie mogłam krzyknąć. Nie mogłam się rozpłakać. Musiałam słuchać dalej.

— Jej rodzice wyjeżdżają w przyszłym tygodniu w góry — dodał Andrzej. — Hamulce w samochodzie można przecież naprawić tak, żeby przestały działać w odpowiednim momencie.

Przez chwilę nie rozumiałam słów. Potem dotarło do mnie, że właśnie rozmawiali o zamordowaniu mojej matki i ojca.

Na ich własnym jachcie.

Z ich szampanem w kieliszkach.

Z trzystoma milionami czekającymi na zwycięzcę.

Wzrok zaczął mi ciemnieć. Wsunęłam dłoń do kieszeni jedwabnego szlafroka i zacisnęłam palce na małej mosiężnej zawieszce w kształcie kotwicy. Mama dała mi ją przed ślubem, mówiąc, że w rodzinie Sawczenków zawsze trzeba mieć coś, co przypomina, gdzie jest bezpieczny ląd.

Odwróciłam się i zaczęłam wracać do kabiny. Czołgałam się niemal bezgłośnie, zatrzymując się przy każdym stopniu.

W środku znalazłam telefon pokładowy. Nie zadzwoniłam do rodziców. Nie ostrzegłam Andrzeja. Wybrałam numer kapitana.

— Tu Elena Sawczenko — wyszeptałam. — Podano mi coś, co nie jest lekarstwem. Mój mąż planuje wypchnąć mnie za burtę około drugiej. Jego rodzice wiedzą o wszystkim. Proszę ich nie ostrzegać.

PRZECZYTAJ TAKŻE:  CZĘŚĆ 4 — Kazałam bezdomnemu starcowi wejść do naszej wanny, a kiedy podwinął rękaw, uśmiech mojego męża nagle zniknął

— Czy jest pani sama?

— Tak.

— Zamknąć drzwi. Niczego więcej nie jeść ani nie pić. Idę do pani.

Odłożyłam słuchawkę i spojrzałam na zegar. Do drugiej zostały niespełna trzy godziny.

W łazience obmyłam twarz lodowatą wodą. Potem znalazłam opakowanie tabletek obok kosmetyczki i schowałam je do kieszeni. Po kilku minutach rozległy się trzy krótkie puknięcia.

Otworzyłam drzwi.

Kapitan wszedł, przekręcił zamek i wyciągnął rękę.

— Proszę pokazać, co pani znalazła…

CZĘŚĆ 2

Kapitan Marek Wysocki patrzył na wyciągniętą dłoń, a ja przez chwilę nie potrafiłam jej otworzyć. Palce drżały mi tak mocno, że mosiężna zawieszka kotwicy uderzała o klamrę kieszeni.

— Ten blister — powiedziałam. — To właśnie dostałam.

Marek założył cienkie rękawiczki, wyjął opakowanie z kieszeni mojego szlafroka i włożył je do przezroczystej koperty.

— Od tej chwili nie zostanie pani sama — oznajmił. — I nie wypije pani nawet kropli wody, której nie przyniesie personel.

— On się zorientuje.

— Właśnie dlatego musimy sprawić, żeby myślał, że plan nadal działa.

O drugiej nad ranem zapowiadano gwałtowne pogorszenie pogody. Wiatr już uderzał w burty, a przez korytarz przetaczał się niski, metaliczny jęk statku. Kapitan przeniósł mnie do małej kabiny radiowej obok mostka. Była ciasna, pachniała kurzem, olejem i gorącym plastikiem. Usiadłam na składanym krześle, trzymając dłonie na kolanach.

— A jeśli ma wspólnika wśród załogi? — zapytałam.

— Wtedy dowiemy się tego, zanim ktokolwiek podejdzie do pani drzwi.

Marek przekazał kopertę oficerowi dyżurnemu i nakazał sprawdzić kuchnię, zapasy oraz nagrania z kamer. Ja jednak wciąż słyszałam głos Andrzeja.

Jeden ruch i po wszystkim.

O pierwszej czterdzieści siedem zadzwonił telefon wewnętrzny.

Kapitan włączył głośnik.

— Elena śpi? — zapytał Andrzej.

— Tak twierdzi personel — odpowiedział Marek spokojnie. — W czym problem?

— O drugiej muszę ją wyprowadzić na rufę. Świeże powietrze dobrze jej zrobi.

— Dlaczego akurat o drugiej?

Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.

— Wtedy zwykle jest jej najgorzej.

— A jeśli nie będzie chciała wyjść?

— Będzie chciała. Jest osłabiona.

Poczułam, jak żołądek zaciska mi się w twardy węzeł. To nie był już mąż mówiący o spacerze. To był człowiek sprawdzający, czy ofiara nadal jest bezbronna.

Kilka minut później na korytarzu rozległy się ciężkie kroki. Do drzwi podszedł mój teść, Wiktor. Uderzył pięścią raz, potem drugi.

— Kapitanie, proszę natychmiast otworzyć. To sprawa rodzinna.

Marek uchylił drzwi, ale nie pozwolił mu wejść dalej.

— Na tym statku sprawy rodzinne nie stoją ponad bezpieczeństwem pasażera.

— Pańska nadgorliwość może nas wszystkich kosztować — syknął Wiktor. — Jeśli zmienicie plan, nie zdążymy przed sztormem.

Jego twarz nagle stężała.

Marek spojrzał na niego uważnie.

— Jaki plan?

— Miałem na myśli plan rejsu.

— Niech pan wejdzie.

Wiktor cofnął się o krok. Wtedy wyszłam z kabiny radiowej.

PRZECZYTAJ TAKŻE:  Złożyłam rezygnację po jego zaręczynach, lecz gdy ruszyłam na lotnisko, Gabriel nagle pobladł

Andrzej stał za nim. Kiedy mnie zobaczył, jego usta rozchyliły się bezgłośnie. Miałam na sobie granatowy sweter, a włosy związałam ręcznikiem. Nie wyglądałam jak kobieta pogrążona we śnie.

— Ty żyjesz? — wyrwało mu się.

— To miało być zaskoczenie? — zapytałam.

Irena pojawiła się na końcu korytarza. Jej dłonie zacisnęły się na perłowej torebce.

— Elena, kochanie, co ty tu robisz?

— To samo chciałabym wiedzieć o was.

Kapitan wskazał Andrzejowi stół.

— Proszę pokazać wszystkie leki, które podawał pan żonie.

— To absurd. Ona jest chora.

— Wszystkie leki.

Andrzej powoli sięgnął do kieszeni marynarki. Wyjął drugi blister i położył go na stole. Plastik zadrżał pod jego palcami.

Marek porównał oba opakowania. Na pierwszym widniała nazwa środka uspokajającego. Na drugim — zwykły lek na chorobę morską.

— Skąd ta różnica? — zapytał.

Andrzej spojrzał na mnie. Po raz pierwszy zobaczyłam w jego oczach nie czułość, lecz czysty strach.

Wiktor zrobił krok w stronę kapitana.

— Nie ma pan prawa przeszukiwać naszych rzeczy.

— Mam prawo zatrzymać człowieka podejrzanego o próbę zabójstwa — odpowiedział Marek. — Ale zanim wezwę policję, chcę wiedzieć jedno. Dlaczego na nagraniu z kuchni widać, jak pański syn wsypuje proszek do zupy?

Irena pobladła.

Andrzej nagle rzucił się do drzwi prowadzących na pokład. Kapitan chwycił go za ramię, lecz mąż wyrwał się i krzyknął:

— Nie macie pojęcia, co uruchomiliście! Elena, jeśli nie oddasz mi dostępu do pieniędzy, twoi rodzice nie dożyją rana…

Wtedy telefon w kieszeni mojej sukienki zawibrował. Na ekranie pojawiło się imię mamy. Odebrałam, ale zamiast jej głosu usłyszałam obcego mężczyznę.

— Pani Sawczenko? Proszę natychmiast wysłuchać. Mamy dowód, że ten plan zaczął się dużo wcześniej…

CZĘŚĆ 3

— Kim pan jest? — zapytałam, przyciskając telefon do ucha.

— Nazywam się doktor Paweł Rudzki. Pracuję w szpitalu, w którym przebywa pani matka. Proszę nie przerywać. Policja jest już w drodze do jej sali, ale musimy działać szybko.

Andrzej przestał się szarpać. Wiktor i Irena spojrzeli na siebie, jakby właśnie usłyszeli coś, czego nie przewidzieli.

— Moja mama jest bezpieczna?

— Na razie tak. Jednak dziś wieczorem ktoś próbował wejść do jej dokumentacji i zmienić zgodę na transport. Zatrzymaliśmy tę osobę przy dyżurce.

Kapitan wziął ode mnie telefon na głośnik.

— Doktorze, mamy tu podejrzanych. Co pan odkrył?

— Pani matka zostawiła w szpitalu pełnomocnictwo awaryjne. Wynika z niego, że gdyby Elena zaginęła lub zmarła, dostęp do rodzinnych aktywów miał otrzymać jej mąż. Ale jest jeszcze coś. Wczoraj do laboratorium trafiła próbka leku z zupy, którą Elena przyniosła z jachtu.

Spojrzałam na blister leżący na stole.

— Jaki był wynik?

— Substancja nie była zwykłym środkiem uspokajającym. To silny lek nasenny, podawany w dawce mogącej wywołać zatrzymanie oddechu. Pani przeżyła tylko dlatego, że zwymiotowała część kolacji.

W kabinie zapadła cisza.

Andrzej wpatrywał się w podłogę. Irena zaczęła płakać, lecz nie wyglądała na skruszoną. Bardziej na kobietę, której właśnie odebrano ostatnią drogę ucieczki.

PRZECZYTAJ TAKŻE:  CZĘŚĆ 4 — Mąż kazał mi zostać w kuchni, a potem wniósł kochankę na najważniejszy wieczór — lecz przy schodach nagle pobladł

— To kłamstwo — powiedział Wiktor. — Ona chce nas zniszczyć, bo od początku gardziła naszą rodziną.

— Dlaczego więc pański syn podał jej dwa różne opakowania? — zapytał kapitan.

Andrzej podniósł głowę.

— Myślałem, że to tylko senna mieszanka. Ojciec powiedział, że nie zrobi jej krzywdy.

— Nie kłam — syknął Wiktor.

— To ty przyniosłeś proszek! — krzyknął Andrzej. — Powiedziałeś, że po wszystkim pieniądze będą moje!

Irena zakryła usta dłonią.

— Przestańcie — wyszeptałam. — Chcę usłyszeć całą prawdę.

Marek wyjął z szuflady tablet i uruchomił nagranie z kamery zamontowanej nad wejściem do kuchni. Na ekranie pojawił się Andrzej. Trzymał mały porcelanowy pojemnik i wsypywał jego zawartość do garnka. Potem dołączył Wiktor.

— O drugiej zabierzesz ją na rufę — mówił na nagraniu. — Jeśli przeżyje do tego czasu, morze dokończy robotę.

— A rodzice? — pytał Andrzej.

— Samochód jest już przygotowany. Po pogrzebie nikt nie będzie pytał o pieniądze.

Nagranie zakończyło się trzaskiem drzwi.

Andrzej osunął się na krzesło. Irena cofnęła się pod ścianę. Wiktor nagle wyciągnął telefon i zaczął wybierać numer.

— Do kogo pan dzwoni? — zapytał Marek.

— Do adwokata.

W tej samej chwili mój telefon znów zawibrował. Tym razem wiadomość pochodziła z numeru mamy. Otworzyłam ją.

„Elena, jeśli to czytasz, nie ufaj pełnomocnictwu złożonemu w kancelarii. Ktoś podrobił mój podpis. Oryginał znajduje się w sejfie na jachcie. Kod zna tylko osoba, która była przy tobie w dniu ślubu.”

Podniosłam wzrok na Andrzeja.

— Kto zna kod? — zapytałam.

Jego twarz stała się biała jak papier.

Zanim odpowiedział, do kabiny wszedł oficer łącznikowy z portu. W dłoni trzymał telefon i kopertę z pieczęcią.

— Pani Sawczenko — powiedział — mamy pilny problem. W porcie ktoś właśnie próbuje wejść na pokład pani rodzinnego jachtu. Używa kodu należącego do pani matki…

CZĘŚĆ FINAŁOWA

Kiedy usłyszałam jego własne słowa, wszystko się zmieniło…

Myślałam, że najgorsze czekało mnie na morzu. Dopiero później zrozumiałam, że prawdziwa walka zacznie się po uratowaniu życia.

W finale Elena usłyszała pytanie, którego najbardziej się bała.
„Czy kiedykolwiek mnie kochałaś?”
Jej odpowiedź odebrała mu ostatnią nadzieję.

😱 ODKRYJ, CO UKRYWALI →

👇 Finał tej historii jest już otwarty

Rate article
Podczas miesiąca miodowego usłyszałam plan mojego zabójstwa, a kiedy wyjęłam telefon, mój mąż nagle przestał się uśmiechać
CZĘŚĆ 4 — Brat sprzedał mój warsztat mafijnemu królowi, lecz gdy odmówiłam podpisu, Gabriel Costa nagle przestał się uśmiechać