CZĘŚĆ 4
— Zamknijcie bramę! — krzyknął Derek.
Strażnicy ruszyli po schodach, lecz było za późno. Zewnętrzne skrzydło bramy uniosło się o kilka dłoni, a przez powstałą szczelinę próbowało wedrzeć się sześciu ludzi w ciemnych płaszczach.
Elias zatrzasnął drzwi balkonu.
— To ludzie Montgomerych — powiedział. — Musieli mieć wspólnika w straży.
Isabella stała przy filarze, blada i nieruchoma.
— Nie wiem, o czym mówicie.
— W takim razie dlaczego człowiek na dziedzińcu nosi herb twojej rodziny? — zapytałam.
— Każdy może go ukraść.
Derek podszedł do niej.
— Gdzie jest twój ojciec?
— Mówiłam, że nie żyje.
— Gdzie jest jego prywatny skryba?
Isabella zamilkła.
Ten jeden moment wystarczył.
Derek odwrócił się do dowódcy straży.
— Aresztować ją. Bez przemocy. Jeśli spróbuje uciec, zakujcie ją.
— Nie możecie! — krzyknęła Isabella. — Jestem przyszłą królową!
— Nie byłaś nią nigdy — odpowiedział Derek.
Strażnicy wyprowadzili ją z sali. Jej złoty kolczyk zaczepił się o wystający gwóźdź przy drzwiach. Oderwał się i spadł na kamienną posadzkę.
Nikt się po niego nie schylił.
Na dziedzińcu rozległ się szczęk stali. Derek chwycił miecz, a Elias podał mi ciężki wełniany płaszcz.
— Zostań tutaj — powiedział król.
— Nie.
— Scarlett, to nie jest prośba.
— Całe życie ludzie mówili mi, gdzie mam stać. W rowie. W kuchni. W najciemniejszym kącie sali. Nie wrócę tam, kiedy chodzi o moją matkę.
Przez chwilę patrzył na mnie w milczeniu.
— Dobrze — powiedział w końcu. — Ale będziesz za mną.
— Będę obok.
Wybiegliśmy na dziedziniec.
Śnieg mieszał się z błotem, dokładnie tak jak na drodze, na której spotkałam staruszkę. Strażnicy walczyli przy bramie. Mężczyzna z pochodnią leżał na ziemi, a przy jego pasie znaleziono nóż z wygrawerowanym herbem Montgomerych.
— Żyje — powiedział Elias, klękając przy nim.
Mężczyzna splunął krwią.
— Nie zdążycie… wieża… klasztor… ona już tam jest…
Derek pochylił się nad nim.
— Kto ją zabrał?
— Ten, który od lat siedzi przy twoim tronie.
Wzrok mężczyzny przesunął się na Eliasa.
Radca zesztywniał.
— To kłamstwo — powiedział.
Mężczyzna roześmiał się słabo.
— Sam podpisałeś rozkazy.
Wszyscy spojrzeli na Eliasa.
Przez sekundę zobaczyłam w jego twarzy strach. Potem wyjął z kieszeni mały odtwarzacz głosu, rzecz używaną przez skrybów do dyktowania zeznań.
— Znalazłem to w wieży — powiedział. — Czekałem, aż sprawdzimy nagranie.
Derek odebrał urządzenie.
Z głośnika dobiegł głos Eliasa, wyraźny i spokojny:
— Otwórzcie bramę. Kiedy rebelia się zacznie, król nie może przeżyć. Genevieve ma zniknąć, a dziecko służącej ma zostać oddane Montgomerym.
Potem rozległ się drugi głos. Należał do zmarłego lorda Montgomeryego.
— A jeśli dziewczynka przeżyje?
— Nie przeżyje, jeśli dopilnuję sprawy.
Usłyszałam własne nazwisko wypowiedziane przez człowieka, którego uważałam za jednego z nielicznych sprawiedliwych ludzi w zamku.
Derek opuścił urządzenie.
— Powiedz, że to nie ty.
Elias nie odpowiedział.
Jego milczenie było przyznaniem się.
— Chciałem ocalić królestwo — powiedział w końcu. — Genevieve chciała ujawnić prawdę, która wywołałaby wojnę. Montgomery miał pieniądze, wojsko i poparcie połowy rady.
— Więc sprzedałeś moją matkę? — zapytałam.
— Nie wiedziałem, że przeżyje.
— A kiedy dowiedziałeś się, że żyje?
Elias spojrzał na srebrną blaszkę w mojej dłoni.
— Dzisiaj.
Derek wydał rozkaz. Strażnicy zabrali Eliasa do podziemi, a ludzi Montgomerych rozbrojono przed północą.
Nie poczułam triumfu.
Tylko ogromne zmęczenie.
O świcie pojechaliśmy do starej kaplicy. W podziemiach, za kamiennym ołtarzem, znaleźliśmy królową Genevieve. Była wychudzona, miała srebrne włosy i ten sam bliznowaty półksiężyc na lewej dłoni.
Kiedy mnie zobaczyła, rozpłakała się.
— Mara — wyszeptała.
— Nazywam się Scarlett.
— Twoja matka chciała, żebyś miała nowe życie.
— A pani przez osiem lat żyła w ukryciu.
— Chroniłam dowód. I czekałam na dzień, w którym Derek będzie miał szansę przeżyć prawdę.
Derek uklęknął przed nią. Objął ją, a jego twarz po raz pierwszy od wielu lat rozpadła się z bólu.
Patrzyłam na nich z boku, ściskając srebrną blaszkę.
Kilka dni później odbyła się publiczna rada. Odtworzono głos Eliasa, pokazano list Genevieve i dokumenty z klasztoru, w których znajdowały się podpisy Montgomeryego oraz dowody finansowania rebelii.
Elias został skazany za zdradę. Isabella otrzymała wyrok za udział w spisku i próbę ucieczki. Jej rodzinna posiadłość wróciła do królestwa.
Nie poszłam na ogłoszenie wyroku.
Nie chciałam patrzeć, jak cudze życie rozpada się na moich oczach. Wystarczyło mi, że po raz pierwszy nikt już nie mógł mnie zmusić do milczenia.
Najtrudniejsza rozmowa odbyła się jednak w pustej komnacie nad wschodnią wieżą.
Derek stał przy oknie.
— Chcę, żebyś została królową — powiedział.
— Bo twój wilk mnie wybrał?
— Nie tylko dlatego.
— Bo jestem córką twojej matki zaufanej pokojowej?
— Nie tylko dlatego.
Odwrócił się do mnie.
— Wybrałem cię, zanim znałem twoje imię. Kiedy weszłaś do sali cała w błocie, nie próbowałaś udawać kogoś, kim nie jesteś. Pomogłaś kobiecie, której nikt inny nie chciał zauważyć.
— A jeśli nie chcę korony?
— Wtedy nie dostaniesz korony.
— A jeśli chcę odejść?
— Otworzę bramę.
To był pierwszy raz, kiedy ktoś oddał mi wybór bez ukrytej ceny.
Nie zostałam królową następnego dnia.
Najpierw zamieszkałam w małym domu przy południowym ogrodzie. Pracowałam z królową Genevieve przy odbudowie schronisk dla dzieci, których rodziny ucierpiały podczas rebelii. Derek codziennie znajdował powód, żeby przejść obok mojego stołu z dokumentami.
Czasem przynosił herbatę.
Czasem tylko siadał i milczał.
To wystarczało.
Po trzech miesiącach śnieg stopniał. W ogrodzie pojawiły się pierwsze krokusy, a mała dziewczynka z sierocińca narysowała dla mnie obrazek. Był na nim zamek, krzywe słońce i kobieta w sukni całej w brązowych plamach.
— To ty — powiedziała dziewczynka.
— Dlaczego jestem brudna?
— Bo właśnie wtedy ktoś cię znalazł.
Powiesiłam rysunek nad kominkiem.
Derek poprosił mnie o rękę dopiero pod koniec lata. Zrobił to na tej samej leśnej drodze, gdzie znaleziono wóz Genevieve.
Nie uklęknął jako król.
Uklęknął jako człowiek.
— Scarlett, czy wybierzesz mnie, jeśli nie będzie przy tym ani jednej korony?
— Wtedy mogę rozważyć odpowiedź.
Uśmiechnął się.
— To znaczy „tak”?
— To znaczy, że masz jeszcze dużo pracy.
Jesienią wróciła Isabella.
Przysłała list przez starą służącą. Pisała, że jej proces był niesprawiedliwy, że ojciec wszystko zaplanował, że nie wiedziała o zamachu i że teraz potrzebuje mojej pomocy.
Na końcu napisała, że możemy znów być sobie bliskie.
Przeczytałam list dwa razy.
Potem odpowiedziałam tylko jednym zdaniem:
„Nie będę już płacić za długi ludzi, którzy sami wybrali swoje decyzje”.
Nie czułam gniewu.
Tylko spokój.
Minął rok, zanim odbył się mój ślub z Derekiem. Królowa Genevieve siedziała w pierwszym rzędzie, a na jej lewej dłoni połyskiwała blizna w kształcie półksiężyca.
Nie założyłam drogiej sukni Isabelli ani klejnotów należących do dawnych królowych. Wybrałam prostą suknię w głębokim kolorze nocnego nieba.
Na kołnierzu wyszyto małą gwiazdę.
Taką samą, jaką kiedyś naszyła moja matka.
Po ceremonii poszłam sama do ogrodu. Z kieszeni wyjęłam srebrną blaszkę. Przetarłam ją miękką chustką i zobaczyłam dwa słowa ukryte pod wieczkiem: Mara Elara.
Przez lata myślałam, że ten przedmiot jest dowodem długu.
Okazał się dowodem, że ktoś mimo strachu próbował mnie ocalić.
Derek znalazł mnie przy starej fontannie.
— Zmarzniesz — powiedział.
— Nie tym razem.
— Co trzymasz?
— Początek wszystkiego.
Podałam mu blaszkę, a on zamknął moje palce wokół srebra.
Pierwszy śnieg spadł tego wieczoru cicho, na dachy zamku, na ogród i na ścieżkę, gdzie kiedyś szłam w zabłoconej sukni, pewna, że nikt nigdy mnie nie wybierze.
Przycisnęłam srebrną blaszkę do serca.
Tym razem sama wybrałam drogę.
Przegapiłeś początek?













