CZĘŚĆ 4
Kenneth odebrał telefon na głośniku.
— Mów — powiedział.
Po drugiej stronie odezwała się zdyszana kobieta.
— Panie Boyd, ochrona zatrzymała mężczyznę przy archiwum. Miał przy sobie klucz do pomieszczenia z zamrożonymi próbkami.
Connor zrobił krok do tyłu.
— To niemożliwe.
— Czy zatrzymany podał nazwisko? — zapytał Kenneth.
— Tak. Twierdzi, że jest pracownikiem technicznym, ale jego przepustka została unieważniona trzy miesiące temu.
Spojrzałam na Connora.
— Znałeś go?
— Nie.
Powiedział to za szybko.
Melinda przyciągnęła wózek do siebie. Chłopiec wciąż płakał, a jego łzy wsiąkały w brzeg koca. Wyjęłam z kieszeni małą chusteczkę i podałam jej bez słowa.
Connor wyjął telefon.
— Muszę zadzwonić do mojego adwokata.
— Dzwoń — odparł Kenneth. — Tylko nie próbuj opuszczać szpitala.
— Nie możesz mnie zatrzymać.
— Ja nie. Policja będzie mogła.
Connor wybrał numer. Słuchałam, jak trzy razy powtarzał nazwisko swojego prawnika, zanim ten odebrał.
— Musisz natychmiast przyjechać — powiedział Connor. — Oni mają jakieś nagranie.
Po chwili jego twarz zmieniła kolor.
— Co znaczy, że już wiesz?
Milczał.
— Nie, nie mówiłem ci wszystkiego, bo… — urwał.
Kenneth spojrzał na mnie.
Prawnik po drugiej stronie najwyraźniej mówił długo. Connor słuchał, a jego palce zaciskały się na telefonie.
— Nie możesz się wycofać — syknął. — Zapłaciłem ci.
Potem odezwał się ciszej:
— Nie, nie mam już tych pieniędzy.
Rozłączył się.
— Twój adwokat odmówił reprezentowania cię? — zapytałam.
— Nie wtrącaj się.
— Właśnie przez rok wszyscy wtrącali się w moje życie bez pytania.
Wtedy do korytarza weszli dwaj policjanci. Connor próbował odzyskać dawny uśmiech, ale nie potrafił. Jeden z funkcjonariuszy poprosił go o dokument tożsamości.
— To nieporozumienie — powiedział Connor.
— Wyjaśni pan wszystko na miejscu.
Kiedy zakładano mu kajdanki, Melinda odsunęła się pod ścianę. Nie płakała już. Patrzyła na Connora tak, jak człowiek patrzy na pożar własnego domu, który sam pomógł podpalić.
— Kirsten — powiedziała. — Nie proszę, żebyś mi wybaczyła.
— Dobrze.
— Ale nie pozwól, żeby on skrzywdził dziecko.
Spojrzałam na chłopca.
— Tego nie pozwolę.
Tego samego wieczoru pojechaliśmy do kliniki. W archiwum pachniało kurzem, papierem i środkiem do czyszczenia metalu. Dyrektorka podała Kennethowi kopertę z oryginalnym formularzem. Na pierwszej stronie widniała moja prawdziwa zgoda na przechowywanie zarodka, a na drugiej brakowało podpisu upoważniającego do wykorzystania go przez kogokolwiek innego.
W kieszeni Connora znaleziono klucz, fałszywą przepustkę i pendrive z kopią dokumentów. Technikiem okazał się były pracownik kliniki, któremu Connor zapłacił za usunięcie śladów.
Następnego ranka Connor zadzwonił z aresztu.
— Kirsten, możemy to załatwić między sobą.
— Nie.
— To nasze dziecko.
— Właśnie dlatego nie załatwimy tego między sobą.
— Chcesz zniszczyć mi życie?
— Nie. Chcę odzyskać własne.
Rozmowa została nagrana. Tym razem nie musiałam prosić nikogo, by uwierzył w moje słowa.
Kilka tygodni później sąd przyznał mi tymczasową opiekę, a Connorowi zakazał kontaktu do czasu zakończenia postępowania. Melinda dobrowolnie zeznawała. Nie została moją przyjaciółką. Nie próbowałam jej odzyskać. Pewne drzwi zamykają się nie dlatego, że ktoś nimi trzasnął, lecz dlatego, że za nimi nie ma już domu.
Najtrudniejsza była pierwsza noc z Eliasem.
Stałam przy jego łóżeczku w małym mieszkaniu nad apteką i patrzyłam, jak śpi. Na komodzie leżała pluszowa żyrafa z przetartym uchem. Nie wiedziałam, kto mu ją kupił. Wiedziałam tylko, że nie zamierzałam pozwolić, by całe jego życie było zbudowane na kłamstwie.
— Nie musisz dziś niczego naprawiać — powiedziałam cicho.
Otworzył oczy i zacisnął palce na moim kciuku.
Po dwóch miesiącach wróciłam do pracy na pół etatu. Zaczęłam prowadzić poradnię dla rodziców wcześniaków. Rano piłam kawę przy oknie, wieczorem układałam na podłodze drewniane klocki. Elias rysował kredkami słońca, które zawsze zajmowały całą kartkę.
Pewnego listopadowego poranka spadł pierwszy śnieg.
Elias przykleił nos do szyby.
— Biały — powiedział.
— Tak. Śnieg.
— Mój?
Uśmiechnęłam się.
— Nasz.
Tydzień później przyszła wiadomość od Connora. Pisał, że tęskni, że popełnił błędy, że możemy stworzyć prawdziwą rodzinę, jeśli tylko przestanę słuchać prawników.
Odpisałam jednym zdaniem:
— Rodzina nie zaczyna się od kłamstwa i nie odbudowuje się groźbą.
Potem zablokowałam numer.
Wieczorem wyjęłam z szuflady metalową plakietkę z moim nazwiskiem. Przypięłam ją do fartucha na następny dyżur, a obok położyłam rysunek Eliasa: trzy krzywe postacie, żółte słońce i czerwone drzwi.
Tym razem drzwi były otwarte.
A ja nie czekałam już, aż ktoś pozwoli mi wejść.
Przegapiłeś początek?













