Na rozprawie nazwali śmierć dziewczyny nieszczęśliwym wypadkiem, lecz po moim pytaniu oskarżony nagle przestał się uśmiechać

Rano, gdy położono przede mną akta śmierci nieznanej dziewczyny, na pierwszej stronie widniało jedno zdanie: nieszczęśliwy wypadek. Już wtedy wiedziałam, że ktoś bardzo wpływowy chce, żebym w nie uwierzyła.

Był wrzesień 1962 roku. Siedziałam w swoim gabinecie przy ulicy Twerskiej, a za oknem mokre liście przyklejały się do szyb jak małe, żółte dłonie. Na biurku leżała porcelanowa spinka w kształcie wiśni. Nosiła ją moja córka, zanim wyjechała do Leningradu na studia. Zawsze przypinałam nią włosy podczas czytania akt. Tego dnia zaciskałam ją w palcach tak mocno, że ostre krawędzie wbiły mi się w skórę.

— Towarzyszko sędzio, prokurator już podpisał wniosek o umorzenie — powiedział sekretarz Pawłow, stojąc przy drzwiach. — Chłopak twierdzi, że dziewczyna sama wyszła na parapet.

— Dziewczyna miała imię.

— Jeszcze nie ustalono.

— W takim razie nie mamy wypadku. Mamy martwą osobę, której nikt nawet nie potrafi nazwać.

Pawłow spuścił wzrok. Wiedział, że kiedy mówiłam spokojnie, sytuacja zwykle była poważniejsza niż wtedy, gdy podnosiłam głos.

Akta przysłał mi śledczy Gri­gorij Kor­sakow. Spotkałam go godzinę później w małym pokoju przesłuchań. Na stole stała metalowa popielniczka pełna niedopałków, a z korytarza dochodził stukot maszyn do pisania.

— Ofiara ma około dziewiętnastu lat — powiedział Kor­sakow. — Znaleziono ją o trzeciej nad ranem pod wieżowcem przy nabrzeżu Sokolnic­kim.

— Dokumenty?

— Żadnych. Biżuteria zniknęła. Sukienka podarta. Na ciele ślady pobicia, niektóre starsze niż kilka godzin.

— A mieszkanie?

— Numer czterdzieści siedem. Właściciel, Roman Tarchow, dwadzieścia dwa lata. Syn dyrektora fabryki i urzędniczki moskiewskiej rady.

Odłożyłam spinkę na stół.

— Ilu było świadków?

— Trzech kolegów. Wszyscy pijani, wszyscy nagle niczego nie pamiętają.

Kor­sakow wyjął z teczki fotografię. Nie chciałam na nią patrzeć, ale spojrzałam. Twarz dziewczyny była młoda, spokojna, niemal dziecinna. Przy lewym uchu miała cienkie zadrapanie, a na nadgarstku odciśnięty ślad po czymś wąskim i twardym.

— Znalazłem to przy oknie — powiedział.

Na jego dłoni leżał mały mosiężny zatrzask od bransoletki.

— Tarchow twierdzi, że żadnej dziewczyny u niego nie było.

— A pan mu wierzy?

— Nie wierzę ludziom, którzy odpowiadają zbyt szybko.

Po południu poszliśmy razem do mieszkania. Korytarz pachniał woskiem i gotowaną kapustą. Na siódmym piętrze czekał Roman, elegancki mimo niewyspania, z papierosem zawieszonym między palcami.

— Nie rozumiem, dlaczego znowu mnie przesłuchujecie — powiedział. — Sprawa jest jasna.

— Dla pana — odparłam — z pewnością.

Jego uśmiech zgasł tylko na sekundę.

W salonie zauważyłam pęknięte lustro, mokrą plamę na dywanie i porcelanową figurkę tancerki przewróconą twarzą do podłogi. Roman zasłonił ją nogą.

— Chcę zobaczyć pokój przy oknie — powiedziałam.

— Nie ma tam niczego.

— Właśnie dlatego chcę go zobaczyć.

Gdy Kor­sakow otworzył drzwi, Roman nagle rzucił się do biurka. Jego ręka wyciągnęła się ku czarnej teczce leżącej pod lampą, a ja zrozumiałam, że przez cały czas baliśmy się nie tego, co znaleźliśmy, lecz tego, co ktoś jeszcze zamierzał ukryć…

CZĘŚĆ 2

Jego palce dotknęły teczki, ale Kor­sakow był szybszy. Chwycił Romana za nadgarstek i przycisnął go do biurka. Zatrzask szuflady uderzył o drewno, a porcelanowa lampa zachwiała się nad naszymi głowami.

— Proszę mnie puścić! — syknął Roman. — Nie macie prawa!

— Mam prawo zabezpieczyć dowód — odpowiedział Kor­sakow.

— To prywatne papiery.

— Prywatne papiery nie leżą obok śladów krwi.

Roman spojrzał na mnie. W jego oczach nie było już pijackiej pewności siebie. Była kalkulacja. Tak patrzyli ludzie, którzy całe życie wierzyli, że wystarczy jeden telefon do ojca.

— Towarzyszko sędzio, mój ojciec zna przewodniczącego sądu — powiedział cicho. — Nie musi pani robić z tego politycznej awantury.

— Nie robię awantury. Prowadzę postępowanie.

— Nie wie pani, z kim rozmawia.

— Wiem. Rozmawiam z człowiekiem, który widział martwą dziewczynę i najpierw pomyślał o własnych papierach.

W teczce nie było jednak tego, czego się spodziewałam. Znalazłam rachunki za alkohol, listę nazwisk zapisanych ołówkiem i fotografię grupową. Na odwrocie ktoś napisał datę oraz godzinę: sobota, dwudziesta druga trzydzieści.

Na zdjęciu Roman stał pośrodku, obejmując dwóch kolegów. Obok nich siedziały cztery dziewczyny. Jedna z nich, drobna brunetka, miała na włosach spinkę w kształcie wiśni.

Serce uderzyło mi gwałtownie.

— To ona? — zapytałam.

Roman wyrwał mi fotografię.

— Nie wiem.

— Wczoraj mówił pan, że nie zna żadnej dziewczyny.

— Nie pamiętam twarzy wszystkich gości.

Kor­sakow wyjął mu zdjęcie z ręki.

— Znam tę dziewczynę — powiedział. — Widziałem ją miesiąc temu przy dworcu. Nazywała się Lena Morozowa. Pracowała w kiosku z gazetami.

Tego samego wieczoru pojechaliśmy do kiosku. Była dziewiętnasta, padał drobny deszcz, a mokre gazety kleiły się do drewnianej półki. Właścicielka, starsza kobieta o spuchniętych palcach, rozpoznała Lenę natychmiast.

— Przychodziła codziennie — powiedziała. — Po śmierci matki sama zajmowała się młodszym bratem.

— Czy znała Tarchowa? — spytałam.

Kobieta zacisnęła usta.

— Przychodził po nią kilka razy. Mówił, że zabiera ją na przyjęcia. Lena wracała blada. Raz miała rozciętą wargę.

— Dlaczego nie zgłosiła pani tego milicji?

— Zgłosiłam. Powiedziano mi, żebym nie wtrącała się w cudze sprawy.

Poczułam ciężar pod żebrami. Nie zaskoczenie. Wstyd.

W mieszkaniu Leny znaleźliśmy jej brata, Saszę, siedmioletniego chłopca siedzącego przy stole z ołówkiem w dłoni. Na parapecie stał gliniany kubek z pękniętym uchem. Chłopiec patrzył na nas bez mrugania.

— Siostra mówiła, że pan Roman zaprasza dziewczyny do domu, bo zna ważnych ludzi — szepnął. — Ale ostatnio powiedziała, że jeśli nie wróci do rana, mam iść do pani Nadieżdy z trzeciego piętra.

— Kim jest pani Nadieżda? — zapytałam.

PRZECZYTAJ TAKŻE:  Strażnik wycelował broń, gdy wróciłem po ziemię dziadka, lecz po jednym pytaniu uśmiech prezesa nagle zniknął

Sasza wyjął spod stołu złożoną kartkę.

— Sąsiadką. Lena zostawiła jej coś na przechowanie.

Pani Nadieżda mieszkała w tym samym wieżowcu co Roman, piętro wyżej. Była znaną aktorką, której twarz rozpoznawała cała Moskwa. Przyjęła nas w salonie pachnącym pudrem i herbatą z bergamotką. Na fortepianie leżały nuty, a obok nich mały magnetofon szpulowy.

— Słyszałam krzyki tamtej nocy — powiedziała. — Myślałam, że znowu urządzili pijacką zabawę.

— Dlaczego milczała pani wcześniej?

Jej palce zatrzymały się na filiżance.

— Bo rano przyszedł do mnie człowiek z komitetu dzielnicowego. Powiedział, że jeśli będę mówić, moja kariera skończy się przed premierą.

— A jednak chce pani mówić teraz.

— Bo tej nocy nagrałam dźwięk. Przypadkiem. Magnetofon był włączony, kiedy ćwiczyłam rolę.

Kor­sakow pochylił się nad urządzeniem.

— Ma pani taśmę?

Aktorka spojrzała na zamkniętą szufladę fortepianu.

— Mam. Ale zanim ją odtworzę, musicie wiedzieć, że na nagraniu jest nie tylko głos Leny. Jest tam jeszcze ktoś, kogo nie spodziewacie się usłyszeć…

Jej ręka powoli sięgnęła do klucza, a ja poczułam, że za chwilę cały ten dom przemówi własnym głosem…

CZĘŚĆ 3

Klucz obrócił się z cichym trzaskiem. Pani Nadieżda wyjęła z szuflady pudełko po mydle, owinięte w chustkę. W środku leżała szpula z brązową taśmą, a na jej etykiecie zapisano godzinę: druga czterdzieści siedem.

W pokoju było tak cicho, że słyszałam tykanie zegara na kominku. Kor­sakow założył taśmę na magnetofon, poprawił cienki przewód i nacisnął przycisk.

Najpierw pojawił się szum. Potem śmiech mężczyzn, brzęk szkła i muzyka z radia. Po chwili usłyszeliśmy kobiecy głos.

— Roman, wypuść mnie. Proszę.

Zamarłam.

— Nie rób scen, Leno — odpowiedział Roman. — Przecież sama tu przyszłaś.

— Chcę wrócić do brata.

— Twój brat poczeka.

W tle ktoś gwizdnął. Ktoś inny powiedział, że dziewczyna za dużo płacze. Potem rozległ się odgłos uderzenia. Pani Nadieżda zakryła usta dłonią.

— To nie wszystko — szepnęła.

Taśma szumiała dalej.

— Oddaj mi płaszcz! — krzyknęła Lena. — Nie możecie mnie zamknąć!

— Nikt cię nie zamyka — powiedział Roman. — Po prostu nauczysz się, że tutaj nie ty decydujesz.

Kolejne uderzenie było tak głośne, że drgnęła szyba w kredensie.

— Roman, ona przestała się ruszać — odezwał się jeden z mężczyzn.

— Podnieście ją.

— Oddycha?

— Nie wiem. Otwórzcie okno.

Pojawił się trzask ramy. Potem krótki, urwany krzyk Leny i głuchy łoskot dobiegający z dołu.

Taśma wirowała jeszcze przez kilka sekund.

— Nikt niczego nie widział — powiedział Roman. — Ojciec się tym zajmie.

Kor­sakow zatrzymał magnetofon. Jego twarz pobladła, lecz głos pozostał spokojny.

— Na nagraniu jest wyraźnie słyszalny głos Tarchowa.

— I głosy jego kolegów — dodałam. — To nie był wypadek.

Pani Nadieżda usiadła ciężko na krześle.

— Lena przyszła do mnie dwa dni wcześniej — powiedziała. — Dała mi notes. Bała się, że jeśli coś jej się stanie, wszystko zniknie.

PRZECZYTAJ TAKŻE:  Miałem udawać chłopaka nieznajomej podczas rodzinnego obiadu, lecz gdy złapała mnie za rękę, jej matka nagle przestała się uśmiechać

Wyjęła z szuflady mały zeszyt w granatowej okładce. Kartki były pomarszczone, jakby ktoś trzymał je w mokrych dłoniach. Lena zapisywała daty, nazwiska dziewczyn i numery mieszkań. Przy niektórych nazwiskach widniały krótkie adnotacje: pobita, wywieziona, nie wróciła do domu.

Roman nie był jedynym człowiekiem, który urządzał w mieszkaniu polowania. Był tylko tym, który myślał, że pozostanie bezkarny.

Następnego dnia przesłuchaliśmy jego kolegów. Dmitrij Homiakow załamał się pierwszy.

— Tarchow kazał nam milczeć — powiedział, ściskając czapkę w obu dłoniach. — Mówił, że jego ojciec może załatwić wszystko.

— Kto wyrzucił Lenę przez okno? — spytałam.

Dmitrij spojrzał na podłogę.

— Roman. Ale wcześniej jeden z chłopaków przytrzymywał jej ręce.

Widziałam, jak Kor­sakow zaciska szczękę. Wiedzieliśmy już, że mamy zabójstwo, współudział i grupę ludzi, którzy przez miesiące krzywdzili bezbronne dziewczyny.

Wieczorem, o dwudziestej drugiej, wróciłam do gabinetu. Na biurku czekał telefon. Podniosłam słuchawkę.

— Sędzia Wysocka? — odezwał się męski głos. — Proszę jutro podpisać umorzenie. Taśma zniknie, notes zniknie, a pani syn może mieć problemy w wojsku.

— Kim pan jest?

— Kimś, kto daje pani ostatnią szansę.

Odłożyłam słuchawkę, ale natychmiast zadzwoniła ponownie. Tym razem usłyszałam oddech, a potem szept Saszy.

— Pani sędzio, oni są pod naszym domem. Jeden z nich powiedział, że jeśli oddam drugi zeszyt, moja siostra naprawdę zniknie na zawsze…

Wstałam tak gwałtownie, że porcelanowa wiśnia spadła na podłogę i pękła na dwie części. Kor­sakow już biegł po schodach, a ja wiedziałam, że nagranie nie było najgorszą rzeczą, którą Lena zdążyła przed śmiercią odkryć…

CZĘŚĆ FINAŁOWA

Nagranie sprawiło, że Roman po raz pierwszy zamilkł…

Dopiero finał pokazał, jak daleko sięgała ta sprawa. I dlaczego jedna dziewczyna zostawiła po sobie więcej niż dowód.

Wtedy padły słowa, których nie zapomnę.
„Jego nowy początek nie był już moim obowiązkiem.”
Po raz pierwszy poczułam spokój.

😱 ODKRYJ, CO UKRYWALI →

👇 Finał tej historii jest już otwarty

Rate article
Na rozprawie nazwali śmierć dziewczyny nieszczęśliwym wypadkiem, lecz po moim pytaniu oskarżony nagle przestał się uśmiechać
Wróciłam po pięciu latach i zastałam męża z ciężarną przyjaciółką, lecz jego reakcja na moje pytanie zmroziła wszystkich