CZĘŚĆ 4
Na ekranie widniało nazwisko notariusza i godzina spotkania: ósma trzydzieści następnego ranka.
Pod spodem znajdował się adres naszego domu.
Marek odetchnął, jakby właśnie przypomniano mu, że nadal ma jedną kartę w rękawie.
— To niczego nie zmienia — powiedział. — Sprzedaż jest zabezpieczona.
Iga pokręciła głową.
— Nie sprzedaż. Próba sprzedaży.
— Kredyt został uruchomiony.
— Na podstawie fałszywego podpisu.
— Bank nie cofnie pieniędzy tylko dlatego, że moja żona urządziła w kuchni przedstawienie.
Podeszłam do stołu i wzięłam telefon z ręki Igi. Na zdjęciu dokumentu widziałam swój podpis, lecz tym razem pod nim znajdowała się jeszcze pieczęć, której nie znałam. W prawym dolnym rogu dostrzegłam numer sprawy.
Znałam ten numer.
Wydrukowała go wcześniej doktor Lena, kiedy sprawdzała rzekomą opinię o moim stanie psychicznym.
— On użył tego samego pliku — powiedziałam.
Iga uniosła brwi.
— Co masz na myśli?
— Dokument o mojej niezdolności i dokument kredytowy zostały przygotowane z jednego szablonu. Ten sam błąd w numeracji. Ten sam odstęp przed podpisem.
Marek odsunął krzesło.
— Nie jesteś ekspertem od dokumentów.
— Nie. Ale przez siedem lat poprawiałam twoje błędy w umowach, zanim zobaczyli je klienci.
W kuchni zapadło napięcie tak gęste, że słyszałam ciche pochrząkiwanie Emmy w sypialni. Pobiegłam do niej, sprawdziłam oddech i poprawiłam koc. Kiedy wróciłam, Marek stał przy lodówce i patrzył na zielone karteczki z godzinami leków.
— Naprawdę chcesz zniszczyć wszystko przez pieniądze? — zapytał.
— To ty zniszczyłeś wszystko, wychodząc, gdy Zofia wymiotowała na kanapę.
— Byłem przemęczony.
— My też.
Paula podniosła głowę.
— Marek, powiedz jej prawdę.
— Nie wtrącaj się.
— Powiedz, dlaczego tak się spieszyłeś.
Nie odpowiedział.
Paula otarła policzki rękawem.
— Powiedziałeś mi, że dom jest potrzebny, bo wierzyciel zabierze pracownię. Ale to nie była cała prawda. Powiedziałeś, że jeśli podpiszę przelew, kupisz nam mieszkanie w Gdańsku i odejdziesz od Anny.
Marek skierował ku niej ciężkie spojrzenie.
— Byłaś głupia, jeśli mi uwierzyłaś.
Paula zesztywniała.
To był moment, w którym coś w niej pękło. Nie z powodu zdrady. Z powodu pogardy.
— Tak — odpowiedziała. — Byłam głupia. Ale nie jestem twoją wspólniczką.
Wyjęła z kieszeni mały pendrive i położyła go na blacie.
— Na tym są wiadomości i kopie plików z twojego komputera. Oddałam je Idze, zanim tu przyszłam.
Marek rzucił się w jego stronę, ale Paweł zagrodził mu drogę.
— Nie dotykaj tego.
— To kradzież.
— Nie — powiedziała Paula. — To moje zabezpieczenie. Bałam się, że zrobisz ze mnie winowajczynię, kiedy wszystko wyjdzie.
Iga wzięła pendrive i schowała go do torebki.
— Rano przekażę go biegłemu. Razem z dokumentami.
Marek spojrzał na mnie, jakby dopiero teraz zrozumiał, że jego plan nie rozpadł się przez jeden przypadek. Rozpadł się, bo każda osoba, którą próbował wykorzystać, zachowała fragment prawdy.
— Anna, możemy to załatwić między sobą — powiedział ciszej.
— Nie ma już „między nami”. Są dzieci, kredyt i dokumenty z moim podpisem.
— Chcesz, żeby mnie zniszczono?
— Chcę, żebyś przestał decydować, ile kosztuje twoje kłamstwo.
Marek popatrzył na śpiącą Zofię, a potem na drzwi sypialni Emmy.
— To moje córki.
— W takim razie zacznij zachowywać się jak ojciec.
— Co to znaczy?
— Jutro rano pójdziesz ze mną do poradni. Lekarz zbada twoją zdolność do sprawowania opieki, tak jak badał mnie. Pokażesz wszystkie rachunki. Przyznasz, że wyjechałeś bez uzgodnienia. I oddasz klucze do pracowni, dopóki wspólnicy nie rozliczą pieniędzy.
Zaśmiał się bez radości.
— A jeśli odmówię?
Iga odpowiedziała za mnie.
— Wtedy dokumenty trafią tam, gdzie powinny trafić, a notariusz odwoła jutrzejsze spotkanie. Bank dowie się, że zabezpieczenie oparto na podrobionym podpisie.
Marek zacisnął dłonie.
— Myślicie, że to koniec?
— Nie — powiedziałam. — To dopiero moment, w którym przestajesz kontrolować historię.
Następnego ranka nie pojechaliśmy do notariusza. Pojechaliśmy do banku, a potem do przychodni doktora Borysa. Marek siedział obok mnie w poczekalni z twarzą szarą od niewyspania. Na kolanach trzymał teczkę, której nie pozwoliłam mu już zamknąć.
Pracownicy banku wstrzymali transakcję po porównaniu podpisów. Wspólnicy przejęli księgowość pracowni i zażądali rozliczenia każdego przelewu. Paula podpisała oświadczenie, że została wprowadzona w błąd. Iga wróciła do firmy tylko po to, by uporządkować rachunki, lecz tym razem robiła to dla wszystkich wspólników, nie dla Marka.
Najtrudniejsza rozmowa odbyła się jednak w małym gabinecie doktora Borysa.
— Czy chce pan widywać córki? — zapytał.
Marek patrzył na swoje dłonie.
— Tak.
— W takim razie będzie pan przychodził wtedy, kiedy zostało ustalone. Nie wtedy, kiedy przypomni się panu o rodzinie.
— Rozumiem.
— I nie będzie pan zabierał dzieci bez zgody matki.
Marek skinął głową.
Spojrzałam na niego. Nie poczułam triumfu. Nie chciałam, żeby cierpiał. Chciałam tylko, żeby jego decyzje przestały spadać na nasze córki.
— Anno — powiedział cicho. — Nie wiedziałem, że naprawdę ode mnie odejdziesz.
— Ja też nie wiedziałam.
— Nadal mnie kochasz?
Pytanie było tak nie na miejscu, że przez chwilę słyszałam wyłącznie tykanie zegara nad drzwiami.
— Kochałam człowieka, który miał wrócić do domu, kiedy dzieci zachorują. Ty wróciłeś dopiero wtedy, gdy uznałeś, że niczego już nie stracisz.
Marek spuścił wzrok.
Nie prosił o wybaczenie. Może zrozumiał, że wybaczenie nie unieważnia rachunków, podpisów ani nocy, podczas których Zofia płakała przy mojej nodze, a Emma spała na mojej piersi.
Po kilku tygodniach sąd nie był potrzebny. Podpisaliśmy porozumienie przy mediatorze, a każda wizyta Marka u córek została zapisana w kalendarzu z godziną rozpoczęcia i zakończenia. Dom pozostał zabezpieczony przed sprzedażą. Kredyt anulowano po ekspertyzie grafologa. Pracownia przetrwała, lecz Marek nie był już jej właścicielem ani osobą decydującą o pieniądzach.
Paula wyjechała z Gdańska. Zostawiła mi wiadomość, w której nie prosiła o przebaczenie. Napisała tylko, że będzie zeznawać, jeśli zajdzie taka potrzeba. Iga przynosiła czasem dokumenty do podpisu, ale zawsze najpierw tłumaczyła mi każdą linijkę.
A Marek przychodził do córek w soboty.
Pierwszej soboty Emma płakała, kiedy wziął ją na ręce. Zofia schowała się za moją nogą.
— Mogę spróbować jeszcze raz? — zapytał.
— Możesz usiąść na dywanie — odpowiedziałam. — Reszta zależy od ciebie.
Usiadł.
Zofia powoli wysunęła zza mojej nogi plastikową kaczkę z pękniętym dziobkiem i podała mu ją bez słowa. Marek przyjął zabawkę tak ostrożnie, jakby była czymś kruchszym od szkła.
Emma przestała płakać dopiero wtedy, gdy zaczął czytać jej książeczkę o zwierzętach. Mylił kolejność obrazków. Zofia poprawiała go za każdym razem.
Stałam przy stole z zieloną kartką leków w dłoni i słuchałam jego nieporadnego głosu.
Nie wrócił do naszego małżeństwa.
Wrócił do obowiązku, od którego uciekł.
Gdy kończył czytać, Zofia wyrwała mu książeczkę i wskazała rysunek kaczki.
— Tato, ta ma zdrowy dziób.
Marek spojrzał na plastikową zabawkę leżącą obok jego kolana.
— Wiem — odpowiedział. — Ale tę też trzeba naprawić.
Przegapiłeś początek?













