CZĘŚĆ 4
— Tato, masz ten oryginał? — zapytałam.
— Jest w naszym mieszkaniu. W pudełku z papierami z konkursu.
— Nie zdążymy wrócić.
— Już jedziemy na lotnisko.
Spojrzałam na zegar nad drzwiami sali. Do konferencji zostało pięćdziesiąt minut. Mérida była po drugiej stronie miasta, a lot miał odlecieć za niecałe dwie godziny.
Mauricio stał przy stole z rękami opuszczonymi wzdłuż ciała. Beatriz próbowała dodzwonić się do kogoś, ale nikt nie odbierał. Rodrigo i Santiago wyszli bez pożegnania. Ich kroki szybko ucichły na korytarzu.
— To ty wysłałeś ten dokument? — spytałam Mauricio.
— Nie.
— Twoja matka?
Beatriz odwróciła wzrok.
— To nie ma znaczenia — powiedziała. — Dokument już trafił do fundacji.
— Ma znaczenie. Kto go wysłał?
Mauricio wyjął telefon. Długo przesuwał palcem po ekranie, potem zatrzymał się na wiadomości.
— Renata — powiedział.
Odwróciłam się do niej.
— Ty?
Renata nie zaprzeczyła.
— Wysłałam im kopię podrobionej umowy.
— Po co?
— Żeby zrozumieli, jak łatwo można nią tobą uderzyć. Chciałam, żeby od razu sprawdzili podpis i zablokowali plan Mauricio.
— Mogłaś zniszczyć moją szansę.
— Wiem.
Jej twarz była blada, lecz nie próbowała się tłumaczyć.
— Bałam się, że jeśli pokażę tylko zeznania, fundacja uzna, że to zemsta pokonanej rywalki. Chciałam, żeby zobaczyli dokument, który wyglądał wiarygodnie. Nie przewidziałam, że ktoś opublikuje go jako prawdziwy.
W tej chwili do sali wszedł mężczyzna z telefonu przy uchu. Był to kierownik festiwalu, któremu ufałam od kilku miesięcy, odkąd prowadziłam dla niego warsztaty korespondencyjne.
— Konferencja została przesunięta o piętnaście minut — powiedział. — Otrzymaliśmy jednak nowe pismo. Tym razem z podpisem elektronicznym Beatriz.
Beatriz gwałtownie wstała.
— To niemożliwe.
Kierownik podał mi wydruk. Pismo zawierało oświadczenie, że moja choreografia należy do fundacji, ponieważ została rzekomo stworzona w ramach programu stypendialnego.
Na dole widniał numer rachunku, na który miała trafić opłata za prawa autorskie.
Numer należał do Mauricio.
Odwróciłam kartkę.
— To nie Renata wysłała drugi dokument — powiedziałam.
Mauricio spojrzał na matkę.
— Co zrobiłaś?
Beatriz zacisnęła usta.
— Chciałam zabezpieczyć przyszłość mojego syna.
— Ukradłaś moją pracę, żeby kupić mu stanowisko?
— Twoja praca była bezużyteczna, dopóki nie miała nazwiska fundacji.
Przez trzy lata sądziłam, że Mauricio urządzał te upokorzenia z powodu urażonej dumy. Teraz zrozumiałam, że jego matka potrzebowała tej historii jak paliwa. Ona stworzyła zemstę, a on przyjął ją, bo dzięki niej czuł się ważniejszy. Oboje karmili się moim lękiem, lecz każde chciało czegoś innego.
Mauricio chciał odzyskać poczucie wyższości.
Beatriz chciała przejąć moje nazwisko zapisane przy choreografii.
A Renata przez długi czas pozwalała im działać, bo bała się stracić miejsce obok nich.
— Dlaczego mi pomagasz? — spytałam ją.
Renata spojrzała na swoje dłonie.
— Bo za każdym razem, kiedy wygrywałaś, udawałam, że to niesprawiedliwe. A potem patrzyłam, jak Mauricio niszczy osobę, której zazdrościłam. Pewnego dnia zrozumiałam, że nie chcę być nagrodą w jego planie.
Kierownik festiwalu wyciągnął telefon.
— Potrzebuję decyzji. Jeśli jedziemy z oryginałem do Méridy, program zostaje pod twoim nazwiskiem. Jeśli nie, odwołujemy otwarcie i zaczynamy nowe postępowanie wewnętrzne.
— Jedziemy — odpowiedziałam.
Mauricio ruszył za mną.
— Daniela, zaczekaj.
Zatrzymałam się przy windzie.
— Nie mam ci nic do powiedzenia.
— To nieprawda. Przez trzy lata byliśmy razem.
— Nie. Przez trzy lata byłam projektem, który chciałeś doprowadzić do pęknięcia.
— Kochałem cię.
— Kochałeś moment, w którym mogłeś sprawdzić, czy nadal wrócę.
Drzwi windy otworzyły się, ale nie weszłam.
— Powiedz mi jedną rzecz. Dlaczego akurat dziewięćdziesiąt dziewięć?
Mauricio przełknął ślinę.
— Moja matka powiedziała, że sto byłoby przesadą.
Zaśmiałam się krótko, bez radości.
— A dziewięćdziesiąt dziewięć miało wyglądać jak plan?
— Chciałem skończyć po festiwalu. Miałem ci oddać wszystkie zdjęcia.
— Żebyś mógł powiedzieć, że to tylko zabawa?
— Żebyś zobaczyła, że wytrzymałaś.
— Nie wytrzymałam. Po prostu zbyt długo nie wiedziałam, że walczę z tobą.
Winda ruszyła. W środku nikt się nie odezwał.
Na lotnisku czekali już moi rodzice. Ojciec trzymał brązową teczkę z pękniętym rogiem, tę samą, w której przechowywał program konkursu i kartkę z moim pierwszym szkicem choreografii.
— Masz — powiedział. — Nie pozwoliłem, żeby mama wyrzuciła ją podczas przeprowadzki.
Dotknęłam teczki. Papier pachniał kurzem i lawendowym płynem, którym mama przecierała szafki.
— Myślałam, że to tylko stare notatki.
— Dla mnie to dowód, że stworzyłaś ten układ, zanim poznałaś Mauricio.
Na lotnisku kierownik festiwalu zeskanował dokumenty. Prawdziwa umowa, kartka z datą, mój podpis, notatki z prób. Wszystko pasowało.
Po drugiej stronie miasta dyrektorka fundacji poinformowała Beatriz, że jej dostęp do rachunków zostaje odebrany, a umowa z Mauricio zostaje anulowana. Nie potrzebowałam, żeby ktoś zabierał ich w kajdankach. Wystarczyło, że odebrano im rzeczy, dla których mnie krzywdzili: wpływ, pieniądze i scenę.
Najtrudniej było z Renatą.
Przed wejściem na salę prób stała sama, z papierową torbą przy nodze.
— W środku są wszystkie kopie, które dostałam od Mauricio — powiedziała. — Nie zatrzymałam żadnej.
— To nie naprawi trzech lat.
— Wiem.
— I nie chcę, żebyś tańczyła ze mną dlatego, że masz poczucie winy.
— Nie mam już czego udowadniać. Chcę zatańczyć, jeśli mi pozwolisz.
Spojrzałam na nią długo.
— Jedna rzecz pozostaje moja.
— Jaka?
— Nazwa choreografii.
Renata skinęła głową.
— Jak ją nazwiesz?
Przypomniałam sobie worek z krwią, czerwony pojemnik, fioletowy ślad na ramieniu i małą pomarańczową piłeczkę ściskaną pod palcami. Pamiętałam, jak każdy kolejny ruch dłoni miał mnie utrzymać przytomną.
— „Dziewięćdziesiąty siódmy oddech” — odpowiedziałam.
Renata uśmiechnęła się przez łzy.
— Dlaczego dziewięćdziesiąty siódmy?
— Bo po dziewięćdziesięciu sześciu cudzych zemstach został jeszcze jeden ruch, którego nikt za mnie nie zaplanował.
Wieczorem wyszłyśmy na scenę w Méridzie. Mama siedziała w pierwszym rzędzie, a tata trzymał telefon z pękniętą obudową. Na jego kolanach leżało pudełko z moimi starymi butami.
Pierwsze takty były ciche. Potem podłoga odpowiedziała sprężystym drżeniem. Renata poruszała się pół kroku za mną, nie jak rywalka i nie jak cień Mauricio, lecz jak ktoś, kto wreszcie wybrał własny kierunek.
W połowie układu wykonałam obrót, którego nie było w pierwotnych notatkach. Dodałam go tego ranka, w samolocie, na odwrocie rachunku za kawę.
Na widowni tata podniósł telefon.
Mama przycisnęła dłoń do ust.
A ja po raz pierwszy nie tańczyłam przeciwko żadnemu nazwisku.
Po przedstawieniu kierownik festiwalu przyniósł mi kopię podpisanej umowy. W rubryce autor widniało tylko jedno nazwisko.
Daniela Hernández.
Renata stała obok i patrzyła na dokument.
— Nadal chcesz jechać z rodzicami do Méridy? — zapytała.
— Tak.
— A potem?
Spojrzałam na scenę, na której leżała pomarańczowa wstążka od kostiumu. Została tam po ostatnim obrocie.
— Potem poprowadzimy warsztaty dla tych, których nie stać na prywatnych nauczycieli.
— Razem?
— Jeśli przyjdziesz na próbę punktualnie.
Zaśmiała się cicho.
Na korytarzu pojawił się mój ojciec z pudełkiem butów.
— Zostawiam je tutaj — powiedział. — Niech młodsze dziewczyny zobaczą, że można tańczyć nawet z pękniętą sprzączką.
Otworzyłam pudełko. Cienki drut, którym naprawił but, nadal tkwił przy klamrze.
Włożyłam je do gabloty obok podpisanej umowy, lecz nie jako pamiątkę po Mauricio. Jako dowód, że moje zwycięstwo istniało, zanim on wymyślił dla niego karę.
Kiedy światła na scenie zaczęły gasnąć, Renata zapytała:
— Gotowa na kolejny układ?
Poprawiłam pomarańczową wstążkę przy kostiumie i postawiłam stopę na pierwszym takcie.
— Tym razem muzykę wybieram ja.
Przegapiłeś początek?













