CZĘŚĆ 4
— Do kogo? — zapytałam.
Elena nie odpowiedziała od razu.
Przesunęła dokument po stole. Papier zatrzymał się przede mną, tuż obok szklanej misy z nietkniętymi cukierkami.
Nazwa rachunku należała do spółki „Brújula Północ”.
Nie znałam jej.
Robert znał.
Jego twarz stężała.
— To firma Marcosa Villara — powiedział.
Mauricio odsunął się od stołu.
— Nie może być.
— Może — odpowiedziała Elena. — I jest.
Marcos Villar był dawnym wspólnikiem Roberta. Osiem lat wcześniej odszedł z firmy po sporze o prawa do projektu magazynowego. Twierdził, że rodzina zabrała mu pomysł. Przez lata próbował odkupić udziały, ale Robert za każdym razem odmawiał.
— Co ma z tym wspólnego mój syn? — zapytał Robert.
Lucía obróciła laptop w jego stronę.
— Wszystko wskazuje na to, że Mauricio sprzedał mu wewnętrzne dane. Listy klientów, ceny, plany nowych oddziałów. Przelewy dla Renaty były tylko zasłoną.
Mauricio pobladł.
— Nie sprzedałem żadnych danych.
— W takim razie dlaczego twoje hasło otwierało folder, do którego dostęp miał wyłącznie zarząd? — zapytała Lucía.
— Bo jestem dyrektorem finansowym.
— Byłeś — poprawiła ją Elena.
Wstała i podeszła do szafy. Wyjęła z niej małe pudełko z metalowym zatrzaskiem. Położyła je przed Mauriciem.
— To znalazłam w twoim gabinecie w październiku.
Otworzyła pudełko. W środku leżały wydrukowane zestawienia klientów oraz pendrive, którego obudowa była porysowana przy wejściu do gniazda.
Mauricio spojrzał na niego jak człowiek, który zobaczył własne odbicie w ostrzu noża.
— Przeglądałaś moje rzeczy?
— Znalazłam je w szufladzie oznaczonej „rachunki za kawę”.
— To nie dowód.
— Nie — powiedziała Elena. — Dowodem jest twoja wiadomość do Marcosa, w której obiecałeś mu pełny dostęp po przejęciu firmy.
— Nie masz prawa czytać mojej korespondencji.
— Nie czytałam jej. Marcos sam ją przyniósł.
Drzwi otworzyły się i wszedł mężczyzna w jasnym płaszczu. Był starszy od Mauricia, miał twarz pooraną zmarszczkami i laskę z drewnianą rączką.
Marcos Villar.
Mauricio cofnął się o krok.
— Ty?
— Ja — odpowiedział Marcos. — I przyszedłem oddać Elenie to, co twój syn próbował mi sprzedać.
Położył na stole drugi pendrive oraz podpisaną umowę.
— Kiedy zrozumiałem, że zamierza mnie oszukać, zacząłem zachowywać kopie. Nie chciałem waszej firmy. Chciałem, żeby ktoś wreszcie zobaczył, co robi.
— Dlaczego nie powiedziałeś wcześniej? — zapytał Robert.
Marcos spojrzał na niego długo.
— Bo przez osiem lat byłeś tak pewien, że to ja jestem wrogiem, iż nie uwierzyłbyś mi bez dowodu.
Te słowa trafiły w Roberta mocniej niż wszystkie liczby.
Mauricio nagle ruszył do laptopa. Wyciągnął rękę w stronę urządzenia, ale Elena zastąpiła mu drogę.
— Nie dotykaj tego.
— Muszę anulować przelew.
— Już próbowałeś. Bank odmówił, bo środki wyszły z rachunku po zatwierdzeniu przez ciebie.
— To były pieniądze firmy!
— Które wyprowadziłeś z firmy — powiedziała Lucía.
Mauricio spojrzał na mnie.
— Adriana, powiedz im, że to nieporozumienie. Powiedz, że byłem pod presją.
Przez wiele lat reagowałam na jego strach szybciej niż na własny. Kiedy chorował, odwoływałam spotkania. Kiedy miał kłopoty, brałam dodatkową pracę. Kiedy kłamał, szukałam dla niego łagodnego wyjaśnienia.
Tym razem dotknęłam notesu z mosiężnym zapięciem.
— Byłeś pod presją, ale to ty wybrałeś hotel. Ty kupiłeś naszyjnik. Ty sfałszowałeś mój podpis. Ty wysłałeś pieniądze.
— Nie sfałszowałem go. Miałem skan.
— To właśnie nazywa się sfałszowaniem.
Renata stała przy ścianie. Jej oczy napełniły się łzami, ale nie podeszła do Mauricia.
— Powiedziałeś mi, że twoja żona jest zimna i że małżeństwo od dawna nie istnieje — powiedziała. — A potem zobaczyłam jej zdjęcie w twoim biurze. Trzymałeś je w szufladzie.
— Renata, proszę.
— Nie. Dzisiaj ty posłuchasz.
Wyjęła z torebki klucze i położyła je obok umowy.
— To klucze do mieszkania, które wynająłeś dla nas. Oddaję je. Nie chcę domu kupionego za cudze pieniądze.
Mauricio patrzył na klucze, jakby to one były przyczyną całego jego upadku.
Robert podszedł do okna, ale nie spojrzał na ulicę. Oparł dłonie na parapecie.
— Przez całe życie budowałem tę firmę, żeby rodzina nie musiała błagać nikogo o pracę — powiedział. — A ty chciałeś kupić sobie ucieczkę, zabierając pensje ludziom, którzy ci ufali.
Mauricio próbował jeszcze tłumaczyć, że Marcos go szantażował. Marcos zaprzeczył. Lucía pokazała kolejne przelewy. Z każdego wynikało to samo: Mauricio sam wybierał kwoty, sam zatwierdzał faktury, sam ustawiał daty.
Ostatecznie Elena nie pozwoliła mu zostać w firmie nawet do końca dnia.
— Zabierz swoje rzeczy — powiedziała. — Nie z gabinetu. Z szafki przy recepcji. Tam trzymasz rzeczy osobiste.
— Mamo, nie możesz mnie wyrzucić.
— Mogę. I robię to nie dlatego, że jesteś moim synem, tylko dlatego, że zdradziłeś ludzi, którzy ci płacili.
Nikt nie zatrzymał go, gdy wyszedł.
Nie było krzyku na korytarzu. Nie było sceny, która pasowałaby do rozmiaru jego kłamstwa. Został tylko odgłos jego kroków i cichy stuk drewnianej laski Marcosa o podłogę.
Elena natychmiast zwołała zebranie pracowników. Powiedziała im prawdę o przelewie, ale nie podała szczegółów dotyczących mojego małżeństwa.
— Wynagrodzenia zostaną wypłacone — oznajmiła. — Sprzedam własne udziały, jeśli będzie trzeba.
— Nie sprzedasz — przerwał jej Marcos.
Wszyscy spojrzeli na niego.
— Oddam środki, które przelał Mauricio. Nie za darmo. Zostanę udziałowcem mniejszościowym i będę pomagał przy restrukturyzacji.
Robert długo milczał, zanim wyciągnął do niego rękę.
— Po ośmiu latach nadal potrafisz mnie zaskoczyć.
— Ty też — odpowiedział Marcos. — Wreszcie poprosiłeś o pomoc.
Renata zgodziła się zeznawać przeciwko Mauriciowi i zwrócić pieniądze, które od niego przyjęła. Elena znalazła jej pracę przy obsłudze klientów, ale Renata zaczęła od najniższego stanowiska i podpisała umowę o spłacie każdej peso. Nie prosiła o wybaczenie. Każdego ranka przychodziła przed czasem.
Ja zaś spotkałam się z Mauriciem po raz ostatni trzy dni później, w kancelarii Magdaleny. Na stole leżały dokumenty rozwodowe, a obok nich kopia umowy z moim podrobionym podpisem.
— Możesz zostać z mieszkaniem — powiedział Mauricio.
— Nie chcę go.
— To nasz dom.
— Nie. To miejsce, w którym przez rok spałam obok człowieka prowadzącego podwójne życie.
Podpisałam dokumenty bez drżenia ręki.
Mauricio patrzył na mnie długo.
— Czy kiedykolwiek mnie kochałaś?
Pomyślałam o jego granatowym płaszczu, o rachunku za hotel, o wiadomości wysłanej z łóżka Renaty. Pomyślałam też o pierwszych latach, kiedy naprawdę byliśmy sobie bliscy. Nie chciałam kłamać tak jak on.
— Kochałam człowieka, za którego się podawałeś — odpowiedziałam. — Ale człowiek, którego zobaczyłam w grudniu, nie jest kimś, komu mogę oddać choćby podpis.
Kiedy wyszłam z kancelarii, Elena czekała na mnie na chodniku. W dłoni trzymała świąteczne pudełko, to samo, które upadło pod ławkę w centrum handlowym.
— Znalazłam je w samochodzie — powiedziała.
— To był prezent dla Mauricia.
— Wiem.
Podała mi je.
W domu rozwinęłam złoty papier. W środku znajdowała się ręcznie wykonana figurka małego kompasu z białego drewna. Kupiłam ją dla niego, bo miał kiedyś zwyczaj mówić, że bez względu na wszystko zawsze znajdziemy drogę do siebie.
Przez chwilę trzymałam kompas na dłoni.
Potem zaniosłam go do biura Eleny.
Na ścianie, przy wejściu do sali zarządu, wisiała mapa nowych oddziałów firmy. Elena przymocowała do niej figurkę, wskazującą południowy wschód, dokładnie w stronę Monterrey — miasta, w którym odkryłam pierwszą sprzeczność w jego historii.
— Zostawisz ją tutaj? — zapytała.
— Tak. Niech przypomina, gdzie zaczęłam czytać własne notatki.
Lucía weszła z plikiem dokumentów.
— Adriano, bank potwierdził zwrot pieniędzy. A pensje są już na kontach pracowników.
Spojrzałam na drewniany kompas. Jego wskazówka była krzywo przyklejona, ale nadal prowadziła w jednym kierunku.
— Dobrze — powiedziałam. — To teraz podpiszmy umowę, w której nikt nie będzie mógł podpisać się za mnie.
Elena uśmiechnęła się po raz pierwszy od dnia w centrum handlowym.
Na mapie mały kompas drżał przy każdym ruchu klimatyzacji, lecz nie zmieniał kierunku.
Przegapiłeś początek?













