CZĘŚĆ 4
…Przez chwilę patrzyłam na telefon, jakby głos matki mógł przejść przez jego ekran i dotknąć mnie naprawdę.
— Mamo? — wyszeptałam.
Po drugiej stronie rozległ się płytki oddech.
— Nie mam dużo czasu.
— Gdzie jesteś?
— W przychodni przy placu Ratuszowym. Serce nie wytrzymało mi po tym, co usłyszałam od Heleny. Ale posłuchaj mnie. Elian nie jedzie po rzeczy Amy. Jedzie po ciebie.
Daniel odsunął się od drzwi.
— Marta, musisz wyjechać.
— Ty wiedziałeś, że moja matka żyje?
Nie odpowiedział.
To wystarczyło.
Amy stanęła między nami, ściskając w dłoni porcelanową koronę oderwaną od największej żaby.
— Tata wiedział o babci?
Daniel zamknął oczy.
— Dowiedziałem się dopiero przed ślubem.
— I mimo to się ze mną ożeniłeś?
— Na początku chciałem cię ostrzec.
— A potem?
— Potem mój ojciec pokazał mi dokumenty fundacji. Powiedział, że jeśli nie zdobędę twojego podpisu, zniszczy mnie tak samo, jak zniszczył twojego ojca.
Helena uderzyła dłonią w stół.
— Nie zwalaj wszystkiego na Eliana. To ty podpisałeś fałszywe pełnomocnictwo.
— Bałem się.
— A Marta nie? — zapytałam.
Daniel spojrzał na mnie. Jego twarz była blada, ale nie wzbudzała już we mnie litości. Pamiętałam pustą lodówkę. Torbę z ubraniami przekazaną przez furtkę. Amy zasypiającą w mojej bluzie, bo jej własna piżama została w domu.
— Bałeś się o siebie — powiedziałam.
— Tak.
To jedno słowo zabrzmiało ciężej niż wszystkie jego wymówki.
Helena zabrała klucz ze stołu.
— Skrytka znajduje się pod piecem w dawnym warsztacie. Elian będzie tam przed nami.
— To pułapka — powiedział Daniel.
— Nie. To jedyne miejsce, w którym możemy odzyskać oryginały.
— A jeśli on już tam jest?
— Wtedy zobaczy, że nie jest jedynym człowiekiem, który zna prawdę.
Wyszliśmy tylnymi drzwiami. Deszcz uderzał o blaszany dach, a mokre liście przyklejały się do chodnika. Amy siedziała z tyłu samochodu Heleny, trzymając karton po żabach na kolanach. W środku została jedna nienaruszona figurka: mała żaba z parasolką.
Daniel usiadł obok mnie z przodu.
— Nie musisz mnie zabierać.
— Potrzebuję, żebyś pokazał, gdzie podpisałeś dokumenty.
— A potem mnie wydasz?
— Najpierw oddasz wszystkie pieniądze, które jeszcze masz.
Przełknął ślinę.
— Nie mam już prawie nic.
— W takim razie po raz pierwszy powiesz prawdę bez targowania się.
Dawny warsztat stał na końcu przemysłowej ulicy, za magazynem o wybitych szybach. Z komina niegdyś wydobywał się dym, ale teraz cegły były czarne od sadzy, a drzwi wisiały na jednym zawiasie.
Daniel zatrzymał się przed wejściem.
— Mój ojciec przyjeżdżał tu każdej środy.
— Twój ojciec?
— Elian.
— I ty go wpuszczałeś.
— Tak.
— Ile razy?
— Wystarczająco wiele, żeby przestać liczyć.
W środku pachniało mokrym popiołem. Pod piecem znalazłam metalową płytę z otworem pasującym do klucza. Zanim zdążyłam go włożyć, z ciemności dobiegł głos.
— Odłóż go, Marto.
Elian wyszedł zza przewróconej półki. Był starszy, niż sobie wyobrażałam, ale miał te same ostre policzki co Daniel. W ręku trzymał teczkę i mały kanister z benzyną.
Amy krzyknęła.
— Zostań przy Helenie — powiedziałam.
Elian uśmiechnął się bez radości.
— Twoja matka powinna była milczeć.
— Milczała dwadzieścia pięć lat.
— I dzięki temu żyła.
Daniel wystąpił do przodu.
— To koniec, ojcze.
Elian prychnął.
— Ty nie masz prawa mówić o końcu. To ja cię utrzymywałem. To ja spłacałem twoje długi.
— Za pieniądze Marty.
— Za pieniądze, które twój teść i tak zmarnowałby na swoją dumę.
Helena wyjęła z kieszeni telefon.
— Wszystko, co teraz powiesz, słyszy twoja żona.
— Nie nagrywasz mnie? — zaśmiał się Elian. — Myślisz, że jeden telefon coś zmieni?
— Nie nagrywam — odpowiedziała Helena. — Dzwonię do notariusza, który czeka już z oryginalnymi aktami.
Elian spojrzał na Daniela.
— Powiedz jej, co zrobiłeś z drugim kontem.
Daniel pobladł.
— Nie.
— Powiedz.
— Jakim drugim kontem? — zapytałam.
Elian uśmiechnął się szerzej.
— Mąż wypłacał pieniądze nie tylko z waszego wspólnego rachunku. Założył konto na nazwisko spółki, którą stworzył razem ze mną. Wpływały tam raty za sprzedaż twojego warsztatu.
Daniel osunął się na kolana.
— Miałem oddać wszystko.
— Kiedy? — zapytałam.
— Kiedy przestaniecie mnie ścigać.
Wtedy zrozumiałam, czego naprawdę chciał Daniel. Nie domu. Nie małżeństwa. Chciał wyjść z całej historii jako człowiek, który „tylko pożyczył” cudze pieniądze. Chciał zachować nazwisko, karierę i wygodne kłamstwo.
Elian polał benzyną drewnianą skrzynię.
— Skoro nie mogę mieć dokumentów, nikt ich nie będzie miał.
Daniel rzucił się na niego. Kanister upadł, benzyna rozlała się po podłodze. W tej samej chwili Helena otworzyła metalową skrytkę. W środku leżała księga rachunkowa, akt fundacji i koperta z pieczęcią mojego ojca.
Elian chwycił płonącą zapałkę.
Amy zaczęła płakać.
— Mamo!
Nie myślałam. Zabrałam z kartonu małą porcelanową żabę z parasolką i rzuciłam nią w dłoń Eliana. Zapałka upadła w kałużę benzyny, ale nie zapłonęła. Daniel przycisnął ojca do ściany, a Helena kopnęła kanister pod piec.
— Wystarczy! — krzyknęła.
Elian przestał się szarpać.
Nie dlatego, że żałował.
Zobaczył księgę w moich rękach.
Trzy dni później siedziałam w gabinecie notariusza z matką, Heleną i Danielem. Elżbieta była drobna, blada i poruszała się powoli, ale kiedy zobaczyła moje szkolne zdjęcie, dotknęła jego brzegu.
— Miałaś wtedy czerwony sweter — powiedziała.
— Pamiętasz?
— Pamiętam każdą rzecz, której nie mogłam przy tobie zobaczyć.
Przez chwilę nie umiałam jej wybaczyć. Nie za to, że uciekła. Za to, że pozwoliła mi wierzyć, iż umarła.
— Dlaczego wróciłaś dopiero teraz?
— Bo dopiero teraz miałam dowód, że Elian nie może cię skrzywdzić. I dlatego, że usłyszałam, co zrobił Daniel.
Daniel siedział naprzeciwko z pustymi rękami. Oddał dostęp do kont, przyznał się do fałszerstwa i podpisał zobowiązanie do zwrotu pieniędzy. Jego firma upadła, a ludzie, którym przez lata imponował, odwrócili się od niego szybciej, niż zdążył znaleźć wymówkę.
Nie wrócił do domu.
Dom został przepisany na mnie na podstawie prawdziwych dokumentów fundacji. Warsztat również, choć dach wymagał naprawy, a podłoga wciąż była czarna od starego pożaru.
Elian stracił wszystko, co budował na cudzej krzywdzie. Nie musiałam patrzeć na jego karę. Wystarczyło, że przy podpisywaniu aktu zobaczył swoje nazwisko wykreślone z księgi rachunkowej.
Daniel oddał mi ostatni przedmiot tydzień później.
Położył go na stole w obecności Amy.
Była to mała mosiężna korona z największej żaby.
— Znalazłem ją w samochodzie — powiedział.
Amy wzięła ją ode mnie i obejrzała z każdej strony.
— Co teraz zrobimy z żabami?
Spojrzałam na rząd porcelanowych figurek ustawionych na półce w odnowionym warsztacie. Trzydzieści dwie były połamane albo wyszczerbione. Jedna miała mały parasol i pęknięcie przez środek.
— Nie będziemy ich naprawiać wszystkich — odpowiedziałam.
— Dlaczego?
— Bo niektóre pęknięcia pokazują, co jest w środku.
Amy pomyślała chwilę, po czym postawiła małą żabę obok księgi rachunkowej mojego ojca. Na jej porcelanowym parasolu odbił się blask popołudniowego słońca.
Elżbieta stała przy piecu, Helena sortowała stare narzędzia, a ja trzymałam w dłoni dokument, który po tylu latach przywracał mi nazwisko i własny głos.
Amy spojrzała na mnie poważnie.
— Mamo, a jeśli książę naprawdę istnieje?
Przyciągnęłam ją do siebie.
— Wtedy powinien najpierw nauczyć się mówić prawdę.
Z tyłu półki zachybotała się ostatnia żaba, ta z odłamanym kawałkiem korony, i cicho stuknęła porcelanowym brzuchem o drewno.
Amy uśmiechnęła się i powiedziała: — Ta już wie, gdzie jest skarb.
Przegapiłeś początek?













