CZĘŚĆ 4
…Nazwisko brzmiało: doktor Julian Rudzki, przewodniczący fundacji opiekującej się rezerwatem.
Znałem go.
To on wręczał mi odznakę po dziesięciu latach służby. To on mówił, że każdy hektar lasu jest ważniejszy niż podpis na papierze. To jego fundacja opłacała paliwo do samochodów, remonty ambulatorium i zimowe dokarmianie zwierząt.
A teraz jego nazwisko pojawiło się pod wiadomością ostrzegającą mnie przed człowiekiem „znacznie wyżej niż kierownik rezerwatu”.
Wiktor nadal trzymał Radeckiego za płaszcz.
— Jedziemy do stacji pomiarowej — powiedział.
— Nie pojedziesz nigdzie — odpowiedziałem.
— Masz trzy sekundy, żeby powiedzieć, gdzie jest skrzynka.
Radecki leżał na podłodze, przyciskając dłoń do rozciętej brwi. Spojrzał na mnie, lecz nie na Wiktora.
— Mykoła, nie rozumiesz. Rudzki nie jest zwykłym sponsorem. To on zamawiał listy zwierząt. To on ustalał, które okazy mają zniknąć, zanim przyjadą zagraniczni darczyńcy.
Wiktor znieruchomiał.
— Zamknij się.
— Przez trzy lata płacił za każdy transport — ciągnął Radecki. — Ja brałem część. Ty brałeś część. Ale on ma ludzi w dyrekcji, w fundacji i w zarządzie województwa. Kiedy sprawa wybuchnie, zostaniemy sami.
Wiktor puścił jego kołnierz.
— Kłamiesz.
— Sam podpisałem pierwszą zgodę, ale instrukcje przychodziły z fundacji. Wszystkie.
Nagle zrozumiałem, dlaczego kłusownicy wrócili po czarną teczkę. Nie chodziło tylko o listę polowań. W środku znajdowały się mosiężne znaczniki, które Rudzki kazał umieszczać przy miejscach zastawiania pętli. Każdy znacznik miał numer transportu. Każdy prowadził do niego.
Silniki za leśniczówką ucichły.
Ktoś wysiadł z samochodu.
Na śniegu pojawiły się trzy smugi światła. Wiktor podniósł broń, Radecki zaczął szukać klucza, a mężczyzna z latarnią przysunął się do drzwi.
Ja spojrzałem na wilka.
Zwierzę stało nieruchomo przy piecu. Krew z łapy kapała na kamienną płytę. Nie wiedziałem, czy mnie rozumie, ale wiedziałem, że nie ucieknie.
Drzwi otworzyły się gwałtownie.
Wszedł Julian Rudzki w długim granatowym płaszczu. Za nim pojawiła się kobieta z teczką i dwóch ochroniarzy. Rudzki otrzepał śnieg z rękawiczek, jakby przybył na zwykłe zebranie.
— Wszyscy odłożyć broń — powiedział.
Wiktor uniósł lufę.
— Ty pierwszy powiedz, ile warte było życie tych zwierząt.
Rudzki nawet na niego nie spojrzał.
— Mykoła, rozumiem, że jesteś w szoku. Zostałeś napadnięty, zmarzłeś, a teraz słuchasz człowieka, który próbuje ratować własną skórę.
— Słyszę też człowieka, który przyszedł po dokumenty przed przyjazdem kogokolwiek innego.
— Przyjechałem ci pomóc.
— Z własnymi ochroniarzami?
Kobieta z teczką zrobiła krok naprzód.
— Panie Mykoło, pańska kopia księgi została już zabezpieczona. Nie ma potrzeby eskalować sytuacji.
— Skąd wiecie o kopii?
Nie odpowiedziała.
Rudzki odwrócił się do Radeckiego.
— Stefan, odłóż klucz.
Radecki zacisnął palce.
— Nie będę już za ciebie płacił.
— Zapłaciłeś za dużo, żeby teraz udawać niewinnego.
To zdanie zmieniło wszystko.
Wiktor zrozumiał, że Rudzki zamierza zrzucić całą winę na nich. Mężczyzna opuścił broń, lecz nie odłożył jej na ziemię.
— Powiedz mu, kto podpisał pierwsze zezwolenie — zażądał.
Rudzki uśmiechnął się chłodno.
— Ty je podpisałeś.
— Podrobiłeś mój podpis.
— Masz dowód?
Antoni wystąpił spod ściany. W dłoni trzymał czarną teczkę.
— Ja mam pamięć — powiedział. — I pamiętam, jak trzy lata temu przywiozłeś do stacji pomiarowej sześć skrzyń. Pamiętam numery samochodów. Zapisałem je na odwrocie mapy.
Rudzki spojrzał na niego z niedowierzaniem.
— Byłeś wtedy pijany.
— Byłem trzeźwy. Piłem dopiero po tym, jak zobaczyłem martwą wilczycę z pętlą na szyi.
Wilk przy piecu uniósł łeb.
Antoni rozłożył mapę na stole. Pod każdym numerem znalazły się jego odręczne notatki: godzina, kierowca, liczba skrzyń, kierunek jazdy. Przy ostatnim wpisie widniała data i jedno zdanie: „Zwierzęta zabrane z młodymi”.
Radecki zasłonił twarz.
— Nie wiedziałem, że zabierali młode.
— Wiedziałeś — odpowiedział Antoni. — Widziałem, jak podpisałeś odbiór.
Rudzki cofnął się do drzwi.
— To bezwartościowe bazgroły starego drwala.
— Nie — powiedziałem. — Bez wartości jest tylko człowiek, który sądzi, że las nie pamięta.
Wyjąłem telefon i pokazałem wiadomość wysłaną dzień wcześniej do regionalnej dyrekcji. Do zdjęć księgi dołączyłem również skan dokumentu z moim sfałszowanym podpisem. Nie wysłałem go do jednej osoby. Wysłałem do siedemnastu adresatów: naukowców, dziennikarzy, organizacji ochrony przyrody i pracowników fundacji.
Rudzki pobladł.
— To niemożliwe.
— Możliwe. I od piętnastu minut kopie są już poza twoim zasięgiem.
Kobieta z teczką zrobiła krok w jego stronę.
— Julian, musimy porozmawiać.
— Milcz.
— Nie będę milczeć. Widziałam przelewy.
Rudzki obrócił się gwałtownie.
— Ty również brałaś pieniądze.
— Tak. I właśnie dlatego przyniosłam oryginały.
Wyjęła z teczki plik rachunków. Każdy przelew prowadził z konta fundacji do firmy brata Wiktora. Ostatni nosił datę zaledwie sprzed dwóch dni.
Wiktor patrzył na dokumenty, jakby widział własne nazwisko po raz pierwszy.
— Mówiłeś, że to pieniądze za legalne odstrzały.
Rudzki milczał.
— Mówiłeś, że fundacja wszystko zatwierdziła — dodał Wiktor.
— Bo zatwierdziła.
— Nie. Ty zatwierdziłeś.
Wiktor odłożył broń na stół i odsunął ją od siebie.
— Nie będę za ciebie ginął.
Rudzki próbował wyjść, lecz wilk stanął w drzwiach. Nie zaatakował. Po prostu nie ustąpił.
Przez długą chwilę człowiek w drogim płaszczu i ranny drapieżnik patrzyli na siebie przez kilka kroków.
Potem Rudzki odwrócił wzrok.
Przyjezdni zabrali wszystkich z leśniczówki, lecz nie była to scena, której obawiałem się najbardziej. Najtrudniejsze przyszło później, gdy Radecki został sam przy piecu, z zabandażowaną głową i pustymi rękami.
— Mykoła — powiedział. — Jeśli zeznasz przeciwko mnie, stracę wszystko.
— Już straciłeś.
— Rezerwat też.
— Nie. Rezerwat stracił ciebie.
Pokręcił głową.
— Nie rozumiesz. Chciałem kupić nowy sprzęt. Chciałem, żeby to miejsce przetrwało.
— A ile żyć uznałeś za cenę przetrwania?
Nie odpowiedział.
Podszedłem do wilka. Zwierzę pozwoliło mi obejrzeć opatrunek. Pod sierścią wyczułem twardą bliznę po stalowej pętli. Na metalowym znaczniku znalezionym w puszce widniał numer tej samej działki, na której Radecki trzy lata wcześniej znalazł martwą wilczycę.
— To jej młode? — spytałem Antoniego.
— Jedno z dwóch — odpowiedział. — Drugiego nigdy nie odnaleziono.
Wilk odwrócił głowę w stronę lasu.
O świcie wyniosłem na zewnątrz miskę z wodą. Zwierzę nie ruszyło się od razu. Najpierw podeszło do drzewa, na którym wisiałem. W śniegu nadal tkwił fragment liny. Wilk obwąchał go, potem odgryzł i zaniósł pod świerk.
Dopiero wtedy wrócił do mnie.
Przy jego łapie zawiązałem nowy bandaż, tym razem czysty i mocny. Nie próbowałem go zatrzymać. Nie należał do mnie, tak jak las nigdy nie należał do Radeckiego ani Rudzkiego.
Kiedy odszedł między sosny, na śniegu zostały dwa ślady: moje, nierówne po pobiciu, oraz jego, głębokie od bólu.
Oba prowadziły w stronę starej stacji pomiarowej.
Tam, pod podłogą, znaleziono drugą skrzynkę. W niej nie było pieniędzy ani broni. Były znaczniki wszystkich transportów, podpisy i mała fotografia wilczycy z dwoma młodymi.
Na odwrocie Rudzki napisał jedno zdanie: „Ten samiec może jeszcze się przydać”.
Patrzyłem na fotografię długo.
Potem schowałem ją do dziennika patrolu, obok godziny 14:17.
A gdy wilk zawył z głębi lasu, odpowiedziałem mu trzema krótkimi dźwiękami gwizdka mojego ojca.
Przegapiłeś początek?













