CZĘŚĆ 4
— To niemożliwe — powiedział Piotr.
Marta zakończyła rozmowę i odwróciła ekran telefonu w jego stronę. Na zdjęciu widniał formularz z jego imieniem, numerem dokumentu i podpisem niemal identycznym jak prawdziwy.
Pod spodem była data sprzed sześciu dni.
Piotr spojrzał na własne dłonie.
— Nie podpisywałem tego.
— Kto miał dostęp do pańskiego dowodu? — zapytała Marta.
Nikt nie odpowiedział.
Bąbel skomlał w ramionach Zosi. Jego pazury były długie, a sierść pachniała wilgotną słomą. Córka przyciskała go do piersi tak mocno, jakby bała się, że ktoś znów spróbuje jej go odebrać.
Roman odsunął się od ściany.
— To nie tak, jak myślicie.
— W takim razie wyjaśnij — powiedział Piotr.
Teść spojrzał na Helenę.
To wystarczyło.
— Ty podpisałaś za mnie? — zapytał Piotr.
— Nie miałam wyboru.
— Zawsze miałaś wybór.
— Nie rozumiesz, co się działo! — krzyknęła. — Twój ojciec stracił pieniądze, firma upada, bank zabierze nam dom. A ty od miesięcy udajesz, że wszystko jest w porządku, bo twoja żona pilnuje swojego spadku jak skarbca!
Poczułam ukłucie w żebrach.
— Mój ojciec zostawił te pieniądze Zosi. Nie wam.
— Jesteś jego córką. Mogłaś pomóc rodzinie.
— Pomagałam. Spłaciłam wam raty dwa razy. Opłaciłam leczenie Romana. Kupiłam opał na zimę. Ani razu nie powiedzieliście, że długi są większe.
Piotr odwrócił się do mnie.
— Dlaczego mi nie powiedziałaś?
— Bo twój ojciec prosił, żebym nie niszczyła ci relacji z rodzicami. Mówił, że sam to naprawi.
Roman spuścił głowę.
— Nie chciałem, żebyś wiedział.
— Więc ukradłeś podpis? — Piotr zapytał cicho.
— Chciałem tylko pożyczyć pieniądze.
— Na rachunki?
Helena nie wytrzymała.
— Na dług u Walerka. Groził, że przyjdzie tutaj. Nie chciałam, żeby Piotr zobaczył, do czego doprowadziliśmy.
Marta twardo zacisnęła usta.
— A więc uznaliście, że najłatwiej będzie odebrać dziecko matce.
— Nie chcieliśmy jej odebrać — powiedziała Helena. — Chcieliśmy, żeby Anna się przestraszyła i podpisała zgodę na tymczasową opiekę.
— Dlatego zabraliście psa? — zapytała Zosia.
Helena spojrzała na nią.
Po raz pierwszy zobaczyłam w jej twarzy coś innego niż złość. Nie skruchę. Przerażenie, że pytanie zadało dziecko, którego dotąd nie uważała za przeciwnika.
— Bąbel miał tylko zostać u sąsiada — powiedziała.
— A potem przy kolacji położyłaś jego zawieszkę obok talerza — odpowiedziałam. — Napisałaś, że został podany. Kto wymyślił ten pomysł?
Roman zadrżał.
— Helena.
— Kłamiesz! — wrzasnęła.
— To ty powiedziałaś, że dziewczynka musi się nauczyć strachu. Powiedziałaś, że kiedy uwierzy, iż pies nie żyje, Anna podpisze wszystko.
Zosia wtuliła twarz w kark Bąbla. Piotr zamknął oczy.
Marta poprosiła Romana o kluczyki i dokumenty. Nie zabrała ich siłą. Powiedziała tylko, że do czasu wyjaśnienia sprawy nie wolno im kontaktować się z Zosią ani próbować sprzedać domu. Tadeusz podpisał oświadczenie o przyjęciu psa, rachunku i rozmowie z Romanem.
Wtedy wydarzyło się coś, czego nie przewidziałam.
Helena zdjęła z fartucha małą metalową zawieszkę i położyła ją przed Zosią.
— Znalazłam ją rano przy płocie — powiedziała. — Mogłam ją wyrzucić. Nie zrobiłam tego.
Zosia spojrzała na nią bez łez.
— To nie znaczy, że go nie skrzywdziłaś.
Helena skinęła głową. Jej palce drżały.
— Wiem.
Piotr podszedł do matki.
— Oddaj mi klucze do domu.
— Piotrze…
— Nie proszę o wyjaśnienia. Żądam, żebyś oddała klucze.
Wyjęła pęk z kieszeni i położyła mu go na dłoni. Drewniana tabliczka z napisem „stara obora” stuknęła o metal zawieszki.
Później, w samochodzie, Zosia siedziała z Bąblem na kolanach. Pies zasnął pod jej kurtką, a jego oddech łaskotał ją w szyję.
Piotr długo milczał, patrząc na drogę.
— Anka — powiedział w końcu — sprzedamy samochód, spłacimy to, co naprawdę jest nasze. Ale nie oddamy ani grosza z pieniędzy Zosi.
— Wiem.
— I chcę, żebyś wiedziała jeszcze jedno. Nie wrócę do nich tylko dlatego, że są moimi rodzicami.
Spojrzałam na niego.
— To będzie bolało.
— Już boli.
Tydzień później Marta przekazała nam kopię oświadczenia banku. Podpis Piotra sporządziła Helena. Roman przyznał, że zawiózł Bąbla do gospodarstwa. Ich wniosek o opiekę został wycofany, a sprawa o fałszerstwo i znęcanie się nad zwierzęciem trafiła do prokuratury. Nie musiałam patrzeć, jak ich zabierają. Wystarczyło, że stracili możliwość decydowania o cudzym strachu.
Zosia nie chciała już spać w pokoju gościnnym. Przeniosła swoje łóżko bliżej mojego, a Bąbel dostał nową obrożę, tym razem z zawieszką przykręcaną śrubką, której nie dało się łatwo zerwać.
Pewnego ranka pojechaliśmy do gospodarstwa Tadeusza, żeby podziękować. Mężczyzna wyprowadził nas za stodołę, gdzie Bąbel po raz pierwszy od tamtego weekendu puścił się bez smyczy.
Zosia uklękła w trawie i przypięła mu starą, porysowaną zawieszkę, tę samą, którą Helena położyła na stole.
— Zostawisz ją? — zapytałam.
— Tak — odpowiedziała córka. — Niech pamięta, że wrócił.
Bąbel pobiegł w stronę ogrodzenia, a metalowa zawieszka zadźwięczała przy każdym skoku.
Piotr stał obok mnie z kluczami do domu zaciśniętymi w dłoni.
Zosia roześmiała się, kiedy pies przewrócił ją w trawę.
— Mamo! On znowu ukradł mi wstążkę!
Tym razem nie było w tym krzyku strachu.
Był tylko śmiech, który odbił się od desek stodoły i zagłuszył dźwięk starej zawieszki.
Przegapiłeś początek?













