CZĘŚĆ 4
— Kto to jest? — zapytałam.
Piotr nie odpowiedział od razu. Odłożył telefon na stół, lecz jego palce nadal spoczywały na obudowie.
— Marek Rudzki.
Andrzej uniósł głowę.
To nazwisko najwyraźniej znał.
— Nie ma prawa tu być — powiedział.
— Ma większe prawa, niż pan sądzi — odparł Piotr. — Jest wpisany jako beneficjent zastępczy wszystkich udziałów, które przez lata przedstawiał pan jako własne.
Teresa chwyciła oparcie krzesła.
— Andrzej, co to znaczy?
— Nic. To stary dokument. Nie ma znaczenia.
— Skoro nie ma znaczenia, dlaczego tak się go boisz? — zapytałam.
W sali zrobiło się duszno. Klimatyzacja szumiała nad naszymi głowami, a z ulicy dobiegał głuchy dźwięk klaksonów. Alina patrzyła na Andrzeja, jakby po raz pierwszy widziała człowieka stojącego obok niej, a nie jego wypolerowany wizerunek.
Piotr wyjął telefon.
— Pan Rudzki czeka w sąsiednim gabinecie. Przyjechał osobiście.
Drzwi otworzyły się chwilę później.
Wszedł mężczyzna po sześćdziesiątce, z laską zakończoną gumową końcówką. Miał na sobie ciemny płaszcz i trzymał pod pachą granatową księgę rachunkową, taką, jakie pamiętałam z pierwszej pracy.
Andrzej cofnął się o krok.
— Marek, to nie jest odpowiednie miejsce.
— Odpowiednie miejsce jest tam, gdzie wreszcie przestajesz mówić za mnie — odpowiedział Rudzki.
Usiadł powoli. Laska stuknęła o podłogę.
— Siedem lat temu twój ojciec poprosił mnie, żebym pomógł ci rozpocząć działalność. Miał długi, źle podpisał umowy i groziła mu utrata domu. Zgodziłem się, bo byliśmy wspólnikami.
Andrzej zacisnął dłonie.
— Mój ojciec nie żyje. Nie musisz wyciągać jego spraw.
— Właśnie dlatego muszę. On zostawił po sobie list i księgę wpłat. Wiedział, że pewnego dnia spróbujesz przepisać wszystko na siebie.
Marek położył księgę na stole. Jej rogi były starte, a na grzbiecie widniała plama po kawie.
— Twoja żona spłacała firmę, ale nie wiedziała, że część udziałów została ukryta przede mną. Kiedy twój ojciec umierał, poprosił mnie, żebym nie ujawniał prawdy, dopóki nie będziesz gotowy prowadzić przedsiębiorstwa uczciwie.
— I uznałeś, że teraz jestem gotowy? — prychnął Andrzej.
— Nie. Uznałem, że Elena potrzebuje dowodu, którego nie będziesz mógł nazwać zemstą.
Spojrzałam na księgę.
— Co dokładnie w niej jest?
Rudzki otworzył ją na stronie oznaczonej mosiężnym spinaczem.
— Każda wpłata. Każda pożyczka. Każda kwota pobrana przez Andrzeja na prywatne wydatki. Jest też lista przelewów dla Aliny.
Alina odsunęła się od Andrzeja.
— Powiedziałeś, że to budżet firmy.
— Bo nim był — odpowiedział.
— Kupiłeś mi mieszkanie za jej pieniądze?
Andrzej spojrzał na nią z irytacją, nie z poczuciem winy.
— Nie zaczynaj teraz.
To jedno zdanie zmieniło jej twarz. Wyjęła z torebki telefon i odblokowała ekran.
— W takim razie zacznę później. Mam kopie wszystkich przelewów, które wysyłałeś mi do podpisywania. Myślałam, że chcesz, żebym uporządkowała dokumentację firmy.
Andrzej ruszył ku niej.
— Oddaj telefon.
Zastąpiłam mu drogę.
— Nie dotkniesz jej.
Marek podniósł laskę i stuknął nią w podłogę.
— Wystarczy. Właśnie pokazałeś, dlaczego twój ojciec nie chciał zostawić ci pełnej kontroli.
Andrzej odwrócił się do mnie.
— Czego chcesz? Pieniędzy? Firmy? Przeprosin?
Przez chwilę patrzyłam na człowieka, którego ratowałam przed bankami, wierzycielami i własnym ego. Chciałam, żeby zrozumiał. Potem zrozumiałam, że nie potrzebuję już jego zrozumienia.
— Chcę, żeby nazwa firmy została, ale zniknęło z niej twoje nazwisko. Chcę zwrotu pieniędzy, które pobrałeś po podpisaniu umowy powierniczej. I chcę, żeby pracownicy dowiedzieli się, kto przez lata utrzymywał ich miejsca pracy.
— Nie masz prawa.
— Mam. Piotr przygotował dokumenty.
Piotr przesunął w jego stronę plik papierów.
— Zmiana zarządu, przejęcie udziałów i wezwanie do zwrotu środków. Wszystko jest zgodne z umową.
Andrzej nie dotknął dokumentów.
Teresa nagle usiadła. Jej bordowy płaszcz zsunął się z ramienia.
— Andrzej — powiedziała cicho. — Powiedz, że to nieprawda.
— Mamo, ona chce mnie upokorzyć.
— Nie pytam o nią. Pytam, czy to ty płaciłeś za wszystko.
Nie odpowiedział.
Teresa zamknęła oczy. Przez lata mówiła wszystkim, że syn jest geniuszem. Teraz trzymała w rękach własną torebkę tak mocno, że pobielały jej knykcie.
Alina wyszła pierwsza. Przy drzwiach zatrzymała się i spojrzała na mnie.
— Wiedziałaś od początku?
— Wiedziałam, że liczby nie kłamią. Nie wiedziałam, ile osób będzie chciało kłamać razem z nim.
— A mieszkanie?
— Jeśli jest kupione z pieniędzy firmy, będziesz musiała je zwrócić albo rozliczyć z zarządem.
Skinęła głową, jakby ta odpowiedź bolała, ale była prostsza od wszystkich obietnic Andrzeja.
Kiedy wyszła, Andrzej został sam z matką. Popatrzył na mnie przez chwilę, po czym sięgnął po długopis.
— Naprawdę chcesz to podpisać?
— Tak.
— Przez te lata byłem twoim mężem.
— Przez te lata byłam twoim bankiem, księgową i tarczą. Mężem przestałeś być dużo wcześniej.
Podpisał pierwszy dokument. Potem drugi. Przy trzecim ręka zaczęła mu drżeć.
Nie czułam triumfu. Czułam ciężar, który wreszcie przestał należeć do mnie.
Po spotkaniu pojechałam do siedziby firmy. O siedemnastej trzydzieści zebrałam pracowników w sali konferencyjnej. Na stole stał dzbanek kawy, a obok niego leżały wydrukowane bilanse.
— Nie będę udawać, że nic się nie stało — powiedziałam. — Firma ma długi, ale ma też ludzi, którzy ją zbudowali. Od dziś pieniądze nie będą znikać na luksusowe kolacje, prywatne mieszkania ani cudze romanse.
Michał zapytał:
— A co z panem Andrzejem?
— Nie będzie już podejmował decyzji.
— A co z nazwą?
Spojrzałam na wielki znak wiszący za szkłem. Nazwisko Andrzeja było tam większe od nazw wszystkich pracowników.
— Jutro je zdejmujemy.
Następnego ranka Teresa przyszła sama. Nie miała płaszcza ani biżuterii, tylko cienką teczkę i ręce splecione na brzuchu.
— Chcę przeprosić — powiedziała.
Nie zaprosiłam jej, by usiadła.
— Za co konkretnie?
— Za to, że mówiłam o tobie jak o przeszkodzie. Za to, że wierzyłam w jego opowieści.
— Wierzyłaś, bo było ci wygodnie.
— Tak.
Ta odpowiedź mnie zatrzymała. Nie była piękna, ale była pierwszą uczciwą rzeczą, jaką od niej usłyszałam.
— Andrzej chce sprzedać samochód — dodała. — Mówi, że spłaci część pieniędzy.
— Niech zacznie od tego, co jest jego.
— On uważa, że jeszcze go potrzebujesz.
— Nie potrzebuję człowieka, który pomylił moje milczenie ze zgodą.
Teresa skinęła głową i wyszła.
Wieczorem Piotr przyniósł mi ostatni dokument od Marka Rudzkiego. Było to oświadczenie ojca Andrzeja, podpisane kilka tygodni przed śmiercią.
„Jeśli mój syn wybierze pozory zamiast odpowiedzialności, przekaż kontrolę osobie, która przez cały czas wykonywała prawdziwą pracę”.
Pod spodem widniało moje imię.
Przeczytałam te słowa dwa razy. Nie dlatego, że potrzebowałam pochwały zmarłego człowieka. Potrzebowałam dowodu, że nie wymyśliłam całych siedmiu lat, że ktoś poza mną widział, kto naprawdę dźwigał ten ciężar.
Następnego dnia zdjęto z budynku nazwisko Andrzeja. Metalowe litery spadały na drewnianą paletę jedna po drugiej. Ostatnia była wielka litera A.
Michał podał mi ją bez słowa.
Wzięłam ją do rąk i poczułam chłód metalu.
— Co z nią zrobimy? — zapytał.
Spojrzałam na pustą ścianę nad wejściem.
— Przetopimy ją na tabliczkę z nazwiskami ludzi, którzy naprawdę tu pracują.
Michał uśmiechnął się po raz pierwszy od wielu dni.
A ja położyłam czarną kartę na biurku, obok starej księgi Marka Rudzkiego.
Plastik był martwy.
Liczby wreszcie mówiły prawdę.













