CZĘŚĆ 4
…Słowa Pawła rozdarły pokój. Przez sekundę słyszałam tylko tykanie zegara nad kredensem.
— Co znaczy, że pojechał do mojego mieszkania? — zapytałam.
— Powiedział, że chce sprawdzić, czy „właścicielka jest gotowa rozmawiać”.
Dmitrij zerwał się z krzesła.
— Muszę tam jechać.
— Nie — odpowiedziałam.
Spojrzał na mnie.
— Olga, to nie jest człowiek, z którym można igrać.
— Właśnie dlatego nie pojedziesz ze mną.
— Bez jego pieniędzy nie mam szans.
— To twój problem.
Walentyna Pietrowna zasłoniła twarz dłońmi. Niebieska teczka leżała otwarta na podłodze, a kartki wystawały z niej jak połamane skrzydła.
— Powiedz jej wszystko — powiedziałam.
Dmitrij potrząsnął głową.
— Już powiedziałem.
— Nie. Powiedziałeś tyle, ile musiałeś.
Paweł stanął między nami.
— W kancelarii wyjaśnimy resztę. Teraz najważniejsze jest zabezpieczenie dokumentów.
Jechaliśmy przez miasto w samochodzie Pawła. Szyby były zaparowane, a światła ulic rozciągały się na nich w długie, drżące smugi. Trzymałam na kolanach porcelanowy naparstek matki. Zabrałam go z parapetu przed wyjściem, choć nie wiedziałam dlaczego.
— Dlaczego mój ojciec miał dokument dotyczący długu Dmitrija? — zapytałam.
Paweł przez chwilę milczał.
— Bo pożyczył Dmitrijowi pieniądze trzy lata temu.
Odwróciłam głowę.
— Mój ojciec?
— Sto tysięcy złotych. Na otwarcie warsztatu.
— Dmitrij nigdy o tym nie mówił.
— Pani ojciec zażądał tylko jednej rzeczy. Żeby pieniądze poszły na działalność, nie na zakłady. Dmitrij podpisał zobowiązanie. Nie spłacił ani jednej raty.
Zacisnęłam palce na naparstku.
— Dlaczego ojciec mi nie powiedział?
— Bo chciał dać mu szansę. Uważał, że pański mąż jest zagubiony, ale nie stracony.
Poczułam ból, który nie miał nic wspólnego z mieszkaniem. Ojciec próbował ocalić człowieka, któremu ja oddałam pięć lat życia. A ten człowiek wykorzystał nawet jego milczenie.
W kancelarii paliła się tylko lampa nad biurkiem. Na blacie czekała gruba teczka, a obok niej mężczyzna o szerokich ramionach i twarzy pokrytej blizną przy skroni.
— To pani Olga? — zapytał.
— Tak.
— Nazywam się Roman Bielski. Dmitrij jest mi winien sto osiemdziesiąt tysięcy.
— Nie mam wobec pana żadnego długu.
— Ma go pani mąż.
— A pan próbował zabezpieczyć go moim mieszkaniem.
Roman uśmiechnął się bez wesołości.
— Pani mąż pokazał mi dokument z pani podpisem.
Położył kartkę na stole.
Na pierwszy rzut oka wyglądała jak pełnomocnictwo. Mój adres, numer księgi wieczystej, moje imię. Nawet podpis był podobny.
Ale pod podpisem widniała data: dwudziesty drugi czerwca.
Tego dnia byłam z ojcem w szpitalu, choć ojciec nie żył od czterech lat.
— To fałszerstwo — powiedziałam.
— Wiem — odparł Roman.
— Więc dlaczego pan tu jest?
Sięgnął do kieszeni i wyjął mały notes.
— Bo znalazłem coś, czego Dmitrij nie przewidział.
Otworzył notes na stronie z odręcznym pismem.
— Pani ojciec zapisał mi numer telefonu, gdy pożyczał Dmitrijowi pierwsze pieniądze. Powiedział: „Jeśli kiedyś mój zięć spróbuje wciągnąć w to córkę, proszę zadzwonić do niej, nie do niego”.
Paweł położył na stole oryginał zobowiązania.
Podpis Dmitrija był wyraźny. Obok znajdował się podpis mojego ojca i świadek: Roman Bielski.
— Dlaczego pan wcześniej milczał? — zapytałam.
— Bo Dmitrij spłacał część rat. Potem przestał. Kiedy przyniósł fałszywe pełnomocnictwo, zrozumiałem, że nie chce już wyjść z długów. Chce wciągnąć panią pod ich ciężar.
Wtedy drzwi kancelarii otworzyły się gwałtownie. Dmitrij wszedł sam. Za nim stała Walentyna Pietrowna, blada i ściskająca torebkę.
— Roman, odłóż tę teczkę — powiedział Dmitrij.
— Nie będziesz mi wydawał poleceń.
— Olga, chodź ze mną. To jeszcze da się załatwić.
— Jak?
— Podpiszesz ugodę. Tylko tymczasowo. Mieszkanie będzie zabezpieczeniem, ale nadal pozostanie nasze.
— Moje.
— Jesteśmy małżeństwem!
— Byliśmy dla ciebie małżeństwem tylko wtedy, gdy mogłeś coś z niego wyjąć.
Walentyna Pietrowna podeszła do mnie.
— Olu, ja też podpisałam jeden dokument — powiedziała.
Dmitrij gwałtownie się odwrócił.
— Mamo, nie rób tego.
— Zastawiłam swoje mieszkanie, żeby spłacić pierwszą pożyczkę. Nie powiedziałam ci, bo bałam się, że wyrzucisz mnie z życia tak samo, jak teraz próbowałeś wyrzucić Olgę.
Dmitrij zacisnął pięści.
— Chciałem odzyskać pieniądze.
— Chciałeś odzyskać własną dumę — odpowiedziała. — Ale za każdym razem płacił ktoś inny.
Roman przesunął w moją stronę ostatnią kartkę.
— Mam propozycję. Nie dla niego. Dla pani.
Spojrzałam na niego podejrzliwie.
— Jaką?
— Pani ojciec zostawił fundusz na spłatę warsztatu, pod warunkiem że Dmitrij przedstawi rozliczenia i będzie prowadził legalną działalność. Nigdy tego nie zrobił. Pieniądze nadal leżą na rachunku powierniczym.
Dmitrij pobladł.
— Nie możesz jej tego powiedzieć.
— Mogę. I właśnie powiedziałem.
— Te pieniądze są moje.
— Nie — odparłam. — Były przeznaczone na uczciwy początek. Ty wybrałeś coś innego.
Po raz pierwszy zobaczyłam w jego oczach nie gniew, lecz prawdziwą panikę. Nie dlatego, że tracił mnie. Tracił możliwość użycia mojego ojca jako ostatniej poręczy.
— Olga, proszę — powiedział ciszej. — Nie oddawaj tych pieniędzy Romanowi. Bez nich wszystko się skończy.
— Wszystko skończyło się wtedy, gdy podrobiłeś mój podpis.
Roman odsunął fałszywe pełnomocnictwo.
— Nie żądam od pani pieniędzy. Żądam od niego podpisania ugody dotyczącej jego własnych długów. Jego samochód, udział w warsztacie, oszczędności. Pani mieszkanie pozostaje poza tym.
Dmitrij spojrzał na matkę.
— Ty też mu na to pozwolisz?
Walentyna Pietrowna wyjęła z torebki klucze i położyła je na stole.
— Oddaję mieszkanie bankowi, żeby zamknąć swoją część długu. Ale nie będę już spłacać twoich zakładów.
Dmitrij usiadł. Jego ramiona opadły, jakby ktoś przeciął niewidzialną linę, która trzymała go przy życiu.
Nie chciałam jego upadku. Chciałam, żeby pierwszy raz poniósł ciężar własnych decyzji bez wkładania go na moje plecy.
Podpisałam oświadczenie, że nie wyrażam zgody na wykorzystanie mojego mieszkania jako zabezpieczenia. Potem zadzwoniłam do notariusza, który przechowywał rachunek mojego ojca.
Pieniądze nie trafiły do Dmitrija.
Przeznaczyłam je na remont małego mieszkania komunalnego dla Walentyny Pietrownej, bo jej własne miało zostać sprzedane. Nie zrobiłam tego dla syna. Zrobiłam to dla kobiety, która w końcu powiedziała prawdę, choć mogła milczeć do końca.
Dmitrij musiał sprzedać samochód i zamknąć warsztat. Nie dlatego, że ktoś odebrał mu wszystko, lecz dlatego, że wszystko od dawna należało do innych ludzi: pieniądze do wierzycieli, dokumenty do kancelarii, a zaufanie do nikogo.
Rozwód zakończył się bez walki o mieszkanie. Kiedy podpisywaliśmy ostatnie dokumenty, Dmitrij długo patrzył na moje nazwisko.
— Twój ojciec naprawdę wierzył, że mogę się zmienić? — zapytał.
— Wierzył, że sam wybierzesz, kim chcesz być.
— A ty?
Wyjęłam z kieszeni porcelanowy naparstek. Na jego brzegu wciąż tkwiła zaschnięta pestka cytryny.
— Ja już wybrałam.
Nie odpowiedział. Nie musiał.
Wieczorem wróciłam do mieszkania rodziców. Na stole położyłam oryginał zobowiązania, a obok niego klucze Walentyny Pietrownej, które Roman miał następnego dnia przekazać administracji.
Potem podeszłam do parapetu. Jeden z fiołków, ten z najmniejszymi liśćmi, wypuścił nowy pąk.
Ostrożnie podlałam ziemię naparstkiem.
W środku została jedna kropla.
I właśnie wtedy telefon zawibrował. Wiadomość była od Walentyny Pietrownej: „Twój ojciec miał rację. Nie każdy dług trzeba spłacać cudzym życiem”.
Spojrzałam na mały pąk i odpowiedziałam tylko: „Wiem”.
Przegapiłeś początek?













