CZĘŚĆ 4 — Przyniósł dokumenty do oddziału wcześniaków i poprosił o dziecko, którego nikt nie odwiedzał — wtedy pielęgniarka pobladła

CZĘŚĆ 4

Słowa Vargi zawisły w powietrzu, ale nie było czasu na strach.

Monitor przy inkubatorze wył.

Pochyliłam się nad dzieckiem, sprawdziłam przewody i ręcznie uruchomiłam zastępczy aparat oddechowy. Sebastian stał przy drzwiach, z telefonem przy uchu.

— Zamknijcie wszystkie wyjścia — rozkazał. — Nikt nie opuszcza szpitala.

— Nie jest pan policjantem — przypomniała doktor Borkowska.

— Dziś nie muszę nim być.

Po drugiej stronie odezwał się jego prawnik, Michał Radecki.

— Sebastian, słuchaj mnie uważnie. Nie jedź na dworzec. To pułapka.

— Wiem.

— Mam już ludzi przy szpitalu i nakaz zabezpieczenia archiwum.

— A Luca?

— Nie mogę go namierzyć.

— Więc znajdź Hale’a.

— Jeśli wciągniesz w to swoich ludzi, wszystko zostanie uznane za samosąd.

Sebastian milczał.

— Nie będę cię z tego wyciągał — dodał prawnik. — Tym razem musisz pozwolić działać policji.

— Zrobię to.

Michał zamilkł, jakby nie spodziewał się takiej odpowiedzi.

— Powtórz.

— Nie będę już nikogo ratował przed konsekwencjami jego czynów.

Rozłączył się.

Wtedy usłyszeliśmy trzask drzwi na końcu korytarza.

Dwóch funkcjonariuszy wbiegło do piwnicy. Po kilku minutach znaleźli tam wyłączniki, przewody przecięte nożem i ukrytą kamerę skierowaną prosto na oddział.

Ktoś obserwował nas od środka.

Doktor Borkowska otworzyła zapis nagrania. Na ekranie pojawił się doktor Hale. Stał w archiwum i rozmawiał przez telefon.

— Moretti przyjechał — mówił. — Dziecko jest już wystarczająco słabe. Jeśli umrze, wszystko będzie wyglądało jak komplikacja.

Sebastian patrzył na własne odbicie w czarnym ekranie.

Potem nagranie odtworzyło jego głos z wcześniejszej rozmowy z Vargą.

— Powiedz jeszcze jedno słowo o moim synu, a zapomnisz, jak brzmi własne nazwisko.

Jego twarz stężała.

Usłyszał siebie z boku. Bez gniewu, bez usprawiedliwienia, bez tej wygodnej pewności, że groźby rozwiązywały każdy problem.

— Taki właśnie byłem — powiedział.

— Był pan? — zapytałam.

— Tak. Ale nie chcę, żeby mój wnuk poznał mnie takiego.

W tej chwili zadzwonił telefon Vargi.

Doktor odebrał, a po sekundzie wypuścił go z dłoni.

PRZECZYTAJ TAKŻE:  CZĘŚĆ 4 — Czwartego dnia małżeństwa weszłam do łazienki męża, a jego spokojna odpowiedź sprawiła, że zbladłam

— Luca jest przy starym dworcu. Żyje. Policja go znalazła.

Sebastian zamknął oczy.

— A Sofia?

Varga przełknął ślinę.

— Też. Była zamknięta w pustym magazynie należącym do Hale’a. Odnalazła księgi adopcyjne i dlatego ją porwano.

Dwie godziny później przywieziono ich do szpitala.

Luca miał rozcięty łuk brwiowy i opatrunek na nadgarstku. Był wysoki, szczupły i miał dokładnie takie same oczy jak Sebastian. Sofia szła obok niego, blada, z ramionami skrzyżowanymi na piersi.

Sebastian ruszył w ich stronę, lecz zatrzymał się kilka kroków dalej.

— Luca — powiedział.

Młody mężczyzna patrzył na niego bez słowa.

— Nie wiem, jak to powiedzieć.

— Możesz zacząć od tego, dlaczego trzymałeś moje dziecko.

Sebastian wskazał inkubator.

— Bo dowiedziałem się, że jesteś jego ojcem.

— A wcześniej nie szukałeś mnie?

— Szukałem kogoś, kto według dokumentów nie żył.

— Ale nie szukałeś wystarczająco długo.

To zdanie zabolało Sebastiana bardziej niż uderzenie.

— Masz rację.

Sofia spojrzała na niego uważnie.

— Nie oczekuję pieniędzy.

— Nie oferuję pieniędzy.

— Wszyscy tacy jak pan oferują pieniądze.

— Ja chcę tylko, żebyście mogli bezpiecznie wyjść ze szpitala.

Luca wskazał na inkubator.

— To mój syn. Nie pańska druga szansa.

Sebastian spuścił głowę.

— Wiem.

Pierwszy raz zobaczyłam, jak ten człowiek pozwala komuś odejść bez próby zatrzymania go siłą.

Hale został zatrzymany jeszcze tej samej nocy. W archiwum znaleziono księgi, nagrania i nazwiska rodzin, które przez lata kupowały dzieci. Doktor Varga zeznawał przeciwko niemu i przyznał się do własnego udziału w procederze. Nie uniknął odpowiedzialności, ale po raz pierwszy zrobił coś, co nie służyło jego ochronie.

Sebastian przekazał policji wszystkie rachunki i nazwiska ludzi, którzy pracowali dla niego.

Jego prawnicy próbowali go powstrzymać.

— Zniszczysz własne imperium — powiedział Michał Radecki.

— Ono już było zniszczone. Tylko jeszcze tego nie widziałem.

Kilka dni później pokój, w którym Sebastian siedział z wnukiem przez dwanaście godzin, został pusty.

Na fotelu leżał jedynie mały kocyk z wyszytym żółtym księżycem. Ten sam wzór znajdował się na metalowej zawieszce Luki.

PRZECZYTAJ TAKŻE:  CZĘŚĆ 4 — W dziewiątym miesiącu mąż kazał mi wejść na skuter wodny, a gdy odmówiłam, jego kochanka nagle przestała się uśmiechać

Sebastian dotknął kocyka, ale go nie zabrał.

— To nie należy do mnie — powiedział.

— Może pan go odwiedzać — odparłam.

— Jeśli będzie chciał.

— A jeśli nie będzie?

— Poczekam.

Minęły trzy miesiące.

Przeniosłam się do mniejszego szpitala w nadmorskim mieście. Każdego ranka parzyłam herbatę w niebieskim kubku, którego nikt nie lubił poza mną, i sprawdzałam oddział zanim przyszli rodzice.

Chłopiec Miller dostał imię Matteo. Sofia znalazła małe mieszkanie niedaleko portu. Luca rozpoczął terapię i pracę w warsztacie, a Sebastian przestał pojawiać się w wiadomościach.

Sprzedał większość firm.

Zostawił sobie jedną fundację pomagającą wcześniakom i wynajął niewielkie biuro przy szpitalu. Na ścianie nie było zdjęć z politykami ani drogich obrazów. Wisła tam tylko fotografia Matteo śpiącego pod żółtym kocykiem.

Pewnego popołudnia zobaczyłam ich przez szybę.

Luca siedział z synem na kolanach. Sebastian stał obok, z rękami opuszczonymi wzdłuż ciała.

— Możesz go wziąć — powiedział Luca.

Sebastian spojrzał na niego.

— Na pewno?

— Na pięć minut.

— Wystarczy.

Matteo otworzył oczy i zacisnął palce na jego kciuku.

Sebastian uśmiechnął się, ale nie próbował ukryć łez.

W grudniu spadł pierwszy śnieg. Matteo narysował dla niego obrazek: trzy postacie pod żółtym księżycem. Sebastiana narysował najmniejszego.

— Dlaczego jestem taki mały? — zapytał.

Chłopiec, który miał już prawie rok i nauczył się chodzić, odpowiedział po swojemu:

— Bo jeszcze rośniesz.

Tego wieczoru Sebastian dostał wiadomość od Eleny Rossi. Przez siedemnaście lat żyła w przekonaniu, że jej syn zmarł. Teraz chciała spotkać Lucę.

Sebastian przeczytał wiadomość kilka razy, a potem zadzwonił do syna.

— Chcesz, żebym był przy tym spotkaniu?

Po drugiej stronie długo panowała cisza.

— Nie wiem.

— Dobrze.

— Tato?

Sebastian przymknął oczy.

— Słucham.

— Możesz przyjść. Ale nie jako człowiek, którego wszyscy się boją.

— Przyjdę jako twój ojciec.

— Tego jeszcze nie wiem.

— Poczekam.

I tym razem naprawdę poczekał.

Ostatnia wiadomość przyszła od dawnego wspólnika. Proponował mu powrót, pieniądze i odzyskanie wpływów. Sebastian nawet nie otworzył załącznika.

PRZECZYTAJ TAKŻE:  CZĘŚĆ 4 — Ojciec rozbił kieliszek o moją twarz, gdy odmówiłam siostrze domu, a potem mój spokojny telefon sprawił, że zbladł

Odpisał tylko:

„Nie wracam tam, gdzie musiałem udawać, że niczego nie straciłem”.

Potem odłożył telefon i poszedł do pokoju Matteo.

Na parapecie leżała stara metalowa zawieszka w kształcie księżyca. Obok niej Sebastian położył wyblakłą opaskę ze swoim imieniem, której nie oddał mi tamtej nocy.

Nie nosił jej już pod zegarkiem.

Nie ukrywał jej.

Położył ją tam, gdzie każdego ranka wpadało pierwsze światło.

A pod nią leżał rysunek dziecka z trzema postaciami pod żółtym księżycem.

Tym razem Sebastian był największy.

Rate article
CZĘŚĆ 4 — Przyniósł dokumenty do oddziału wcześniaków i poprosił o dziecko, którego nikt nie odwiedzał — wtedy pielęgniarka pobladła
CZĘŚĆ 4 — Straciłam pracę po nocnym spotkaniu w windzie, a gdy otworzyły się drzwi czarnego sedana, jego uśmiech nagle zniknął