CZĘŚĆ 4 — Przyjęłam opiekę nad rannym bossem mafii, lecz gdy odmówiłam jego rozkazowi, gospodarz nagle zbladł

CZĘŚĆ 4

A ja zrozumiałam, że najgorsza część tej nocy dopiero się zaczynała.

Pierwszy pocisk przeszedł przez drzwi i utkwił w biblioteczce.

Książki spadły na podłogę. Zgasła lampa. W pokoju został tylko blady blask deszczu za zasłoną.

— Leo, okno — powiedział Dominic.

— Jest za wysoko.

— Masz lepszy pomysł?

Nie czekałam na odpowiedź. Chwyciłam metalowy stojak na kroplówkę i uderzyłam nim w szybę. Szkło rozsypało się po kamiennym parapecie. Zimne powietrze wpadło do środka, niosąc zapach mokrych sosen.

Dominic próbował przejść przez pokój, ale kolana się pod nim ugięły.

— Nie dam rady zejść po ścianie — wyszeptał.

— Nie musi pan.

Zarzuciłam jego ramię na swoje barki. Był ciężki, rozgrzany gorączką i mokry od krwi.

— Jeśli przeżyjemy — syknął — zwolnię cię.

— Proszę najpierw przeżyć.

Leo przymocował linę do żeliwnego grzejnika. Zeszliśmy na wąski balkon, gdy Matteo znów uderzył w drzwi.

— Dominic! — krzyknął. — Wiesz, że twoi ludzie już są po mojej stronie!

Dominic spojrzał na mnie.

— Słyszysz to?

— Tak.

— To kłamstwo. Chce, żebym uwierzył, że jestem sam.

— Nie jest pan sam.

Nie wiem, dlaczego to powiedziałam. Może dlatego, że jego ciężar opierał się na moim ramieniu. Może dlatego, że po raz pierwszy zobaczyłam w nim nie potężnego bossa, lecz człowieka, który od dawna umierał z uporem, żeby nikt nie mógł go zranić pierwszy.

Zsunęliśmy się na taras piętro niżej. Leo wysłał z telefonu krótką wiadomość, a potem poprowadził nas przez oranżerię. Nie było w niej kwiatów, tylko puste donice i długie stoły pokryte kurzem.

Na dole rozległy się krzyki.

Matteo zrozumiał, że uciekliśmy.

Przy tylnym murze czekał czarny samochód. Za kierownicą siedziała kobieta w jasnym płaszczu.

— Prokurator Celia Moretti — przedstawił ją Leo. — Jest po naszej stronie.

— Nie całkiem — powiedziała. — Jestem po stronie dowodów.

Spojrzała na Dominica, potem na mnie.

— Gdzie jest karta?

Podałam jej mosiężną zawieszkę i drugą kartę pamięci.

— To nie wystarczy — powiedziała.

— Wystarczy, jeśli dotrzemy do portu — odparł Dominic.

— A jeśli wśród moich ludzi jest zdrajca, nie możemy nikomu ufać.

— W takim razie jedźmy tylko we czwórkę.

Moretti przez sekundę milczała.

— Dobrze. Ale jeśli mnie okłamiesz, zostawiam cię na pierwszym skrzyżowaniu.

— Przyzwyczaiłem się do opuszczania mnie przez ludzi.

Wsiadłam obok niego. Samochód ruszył, zanim za nami otworzyła się boczna brama.

PRZECZYTAJ TAKŻE:  CZĘŚĆ 4 — W trzydziestym piątym tygodniu ciąży kazałam niewiernemu mężowi spędzić Wigilię z kochanką, a jego twarz nagle pobladła

Telefon Dominica zaczął dzwonić po trzydziestu sekundach.

Numer należał do Matteo.

Dominic odebrał i włączył głośnik.

— Wiesz, co się stanie, jeśli pojedziesz do portu — powiedział Matteo. — Twoje nazwisko przestanie cokolwiek znaczyć.

— To już się stało.

— Mogę cię uratować.

— Zastrzeliłeś mojego człowieka, zraniłeś mnie i próbowałeś porwać Norę.

— Twój człowiek? — Matteo roześmiał się cicho. — Powiedz jej, kto wydał rozkaz zabicia jej ojca.

W samochodzie zapadła cisza.

Moje palce zacisnęły się na pasie bezpieczeństwa.

— To byłeś ty — powiedziałam.

Matteo odpowiedział bez wahania.

— Twój ojciec ukradł pieniądze. Musiał zapłacić.

Moretti podniosła telefon i nagrywała rozmowę. Dominic zamknął oczy.

— Powiedz to jeszcze raz.

— Słyszałaś mnie, dziewczyno. Twój ojciec zginął przeze mnie, a twoja matka oddała mi klucz, zanim sama umarła.

— Moja matka nie umarła z przyczyn naturalnych — powiedziałam.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

Wtedy Matteo zrozumiał, że zdradził więcej, niż zamierzał.

— Nie wiesz, o czym mówisz.

— Wiem wystarczająco dużo.

Moretti zakończyła rozmowę.

— Gratuluję — powiedziała. — Właśnie przyznał się do dwóch zabójstw.

Port zastaliśmy o dwudziestej trzeciej czterdzieści. Deszcz zamienił nabrzeże w czarne lustro. Statek był jeszcze przy kei, a dwóch mężczyzn ładowało do ładowni drewniane skrzynie.

Kiedy wysiedliśmy, Dominic osunął się na maskę.

— Nie wejdziesz tam — powiedziałam.

— Muszę.

— Już zrobiłeś wystarczająco dużo.

— Jeśli te księgi znikną, Matteo kupi sobie wolność.

— A jeśli wejdziesz, możesz umrzeć.

Spojrzał na mnie.

— Wtedy przynajmniej nie umrę, uciekając.

Poszliśmy razem.

W ładowni znaleźliśmy skrzynie z księgami, podpisami i nagraniami. Były tam nazwiska urzędników, numery kont i kopie przelewów. Był też notes mojego ojca, z jego charakterystycznym pochyłym pismem na pierwszej stronie.

Dotknęłam okładki i poczułam, jak coś we mnie pęka.

Nie płakałam wtedy. Nie mogłam.

Matteo czekał na końcu trapu z dwoma uzbrojonymi ludźmi.

— Oddaj kartę — powiedział.

Moretti wyszła przed nas.

— Matteo Rossi, jesteś aresztowany.

Roześmiał się.

— A pani jest sama.

Z ciemności za nim wyłonili się funkcjonariusze z nakazami. Tym razem nie byli jego ludźmi. Moretti wezwała ich wcześniej, korzystając z drugiego telefonu, którego Matteo nie znał.

Jego uśmiech zniknął.

— Dominic, powiedz im, że to twoje księgi.

Dominic zrobił krok do przodu.

— To księgi Matteo.

PRZECZYTAJ TAKŻE:  Mój mąż zostawił mnie bez pieniędzy z niemowlęciem, a wtedy nieznajomy poprosił, żebym zasnęła na jego ramieniu — stewardesa zbladła

— Zniszczą cię razem ze mną.

— Możliwe.

— Zawsze byłeś tchórzem.

Dominic spojrzał na niego bez gniewu.

— Nie. Po prostu zbyt długo bałem się, że jeśli cię zatrzymam, zostanę sam.

Matteo został skuty. Nie krzyczał już, gdy prowadzono go po mokrym nabrzeżu. Zostały po nim tylko ślady butów i zapach drogiego tytoniu.

Dominic pojechał do szpitala.

Jego operacja trwała cztery godziny. Lekarz usunął kulę, oczyścił ranę i powiedział, że jeszcze jedna noc bez leczenia zakończyłaby się śmiercią.

Ja siedziałam na korytarzu z kubkiem zimnej herbaty w dłoniach.

O drugiej w nocy pojawił się prawnik Dominica.

— Pani Hayes, mój klient chce, żeby pani podpisała umowę o milczeniu.

— Nie podpiszę.

— Oferuje pani pieniądze.

— Nie chcę jego pieniędzy.

— To może być bardzo rozsądna propozycja.

— A może pan wyjść?

Prawnik westchnął.

— Jest pani trudniejsza niż poprzednie pielęgniarki.

— One przynajmniej dostały zapłatę na czas?

Po raz pierwszy się uśmiechnął.

— Tak.

— Więc proszę zrobić to samo ze mną. Bez umowy.

Kiedy Dominic się obudził, wszedł do pokoju prokurator Moretti. Włączyła nagranie z rozmowy w samochodzie.

Z głośnika popłynął głos Matteo.

„Twój ojciec zginął przeze mnie”.

Dominic odwrócił twarz do okna.

„Twoja matka oddała mi klucz, zanim sama umarła”.

Na końcu nagrania własny głos Matteo zabrzmiał tak wyraźnie, jakby stał przy łóżku.

Dominic słuchał w ciszy.

— To ja pozwoliłem mu mówić — powiedziała Moretti. — Ale ty pozwoliłeś mu działać przez dziewięć lat.

— Wiem.

— Dlaczego?

— Myślałem, że kontroluję sytuację.

— A kontrolowałeś?

Dominic spojrzał na mnie.

— Nie. Tylko udawałem, że kontroluję.

Moretti wyszła, zostawiając nas samych.

Dominic wskazał krzesło.

— Usiądź.

— Nie będę pracować jako twoja pielęgniarka.

— Wiem.

— Nie będę też ukrywać tego, co usłyszałam.

— Wiem.

— I nie jestem twoim długiem do spłacenia.

— Wiem, Nora.

To „wiem” zabrzmiało inaczej niż wcześniej. Nie było rozkazem. Było zgodą na to, że mogę odejść.

Tydzień później wróciłam do mojego mieszkania. Zamek wymieniono, okna naprawiono, ale w sypialni wciąż stała pusta szuflada po matce. Położyłam na niej mosiężną zawieszkę.

Przez chwilę patrzyłam na mały klucz i pomyślałam o wszystkich latach, kiedy nosiłam go przy sobie, nie wiedząc, że otwierał drzwi do prawdy.

Potem schowałam go do pudełka.

Nie chciałam już być czyjąś przynętą.

Trzy miesiące później zaczęłam pracę w małej przychodni w nadmorskim mieście. Pachniało tam kawą, mydłem i świeżo malowanymi ścianami. Nikt nie nosił broni. Nikt nie pytał, czy umiem opatrywać ranę pod ostrzałem.

PRZECZYTAJ TAKŻE:  CZĘŚĆ 4 — Moja pokojówka przyprowadziła córkę do penthouse’u, a jej niewinne pytanie sprawiło, że Julian nagle zbladł

W poniedziałki kupowałam chleb w piekarni przy rynku. W środy dzwoniłam do ojca chrzestnego, który znał prawdę o śmierci mojego ojca i wreszcie odważył się ją opowiedzieć. W soboty chodziłam nad morze.

Pierwszego śnieżnego poranka znalazłam w skrzynce list od Dominica.

Nie było w nim pieniędzy ani próśb o spotkanie.

„Proces Matteo zaczyna się w przyszłym miesiącu. Zeznania twoje i Moretti wystarczą, ale chcę, żebyś wiedziała, że nie musisz przyjeżdżać. Po raz pierwszy spróbuję ponieść konsekwencje bez proszenia cię o ratunek.”

Na końcu dopisał jedno zdanie.

„Jeśli kiedyś będziesz chciała oddać klucz, zostaw go u Leo. Jeśli nie, zatrzymaj go.”

Włożyłam list do szuflady.

Nie odpowiedziałam tego dnia.

Dwa tygodnie później napisałam tylko: „Nie oddam klucza. Ale też nie otworzę nim żadnych drzwi dla ciebie”.

Wysłałam wiadomość i odłożyłam telefon.

Na stole leżał rysunek, który zrobiła córka mojej sąsiadki po tym, jak pomogłam jej opatrzyć rozcięte kolano. Narysowała mnie z wielką torbą, bandażem i uśmiechem. Przyczepiła obrazek magnesem do lodówki.

Wieczorem zaparzyłam herbatę.

Mosiężny klucz wyjąłam z pudełka i zawiesiłam przy nowej torbie roboczej. Nie jako znak długu. Nie jako obietnicę. Jako przypomnienie, że prawda może długo czekać, ale nie przestaje należeć do człowieka, który ma odwagę ją unieść.

Za oknem śnieg pokrywał chodnik.

Tym razem nie musiałam przed niczym uciekać.

Klucz cicho stuknął o zamek.

I po raz pierwszy ten dźwięk oznaczał wolność.

Rate article
CZĘŚĆ 4 — Przyjęłam opiekę nad rannym bossem mafii, lecz gdy odmówiłam jego rozkazowi, gospodarz nagle zbladł
Mąż zaproponował mi majątek za oddanie syna, a kiedy odmówiłam, jego narzeczona nagle przestała się uśmiechać