Obroniłam starszą damę przed obelgami w modnym salonie, a chwilę później cały Bond Street zamarł na jej widok

Kiedy drzwi karety otworzyły się na środku Bond Street, starsza dama, którą przed chwilą wyrzucono z salonu mody, uniosła głowę, jakby całe miasto należało do niej.

Stałam obok Louisy z ręką zaciśniętą na jej parasolce. Powietrze pachniało mokrym brukiem, końskim potem i drogimi perfumami kobiet, które nagle przestały rozmawiać. Cztery kare konie parskały pod srebrnymi uprzężami, a czarny lakier powozu odbijał zachodzące słońce tak ostro, że musiałam zmrużyć oczy.

— Beatrycze — szepnęła Louisa. — Czy ty widzisz to samo co ja?

— Widzę kobietę, która najwyraźniej ma bardzo wpływowych przyjaciół.

— To nie są przyjaciele. To obstawa księcia.

Z wnętrza karety wysiadł wysoki mężczyzna w ciemnym płaszczu. Nie musiał przedstawiać się nikomu. Ludzie rozstąpili się przed nim, zanim jeszcze dotknął stopą bruku. Miał twarz ostrą jak wyrzeźbiona z kamienia i spojrzenie, przy którym nawet woźnica wyprostował plecy.

Starsza dama oparła dłoń na lasce. Zwykła, drewniana, z wyszczerbioną gałką. Ta sama, której wcześniej nie zauważyłam, kiedy Harriet Finch nazywała ją uliczną żebraczką.

Mężczyzna pochylił głowę.

— Matko, spóźniłaś się.

Słowo zawisło nad ulicą.

Matko.

Louisa ścisnęła moje ramię tak mocno, że poczułam paznokcie przez rękawiczkę. Za nami ktoś gwałtownie wciągnął powietrze. Nie musiałam się odwracać, by wiedzieć, że w drzwiach sklepu stała Harriet. Jej triumfalna mina musiała zniknąć równie szybko, jak pojawiła się kilka minut wcześniej.

Starsza dama zerknęła na mnie, a w jej oczach błysnęło rozbawienie.

— Nie spóźniłam się, Edwardzie. Zatrzymała mnie bardzo pouczająca rozmowa.

Książę Edward Ashbourne spojrzał na mnie.

Poczułam, jak serce uderza mi pod żebrami.

— To pani? — zapytał.

— To zależy, o co pan pyta.

Jego usta drgnęły, lecz nie był to uśmiech.

— O kobietę, która przed chwilą obraziła moją matkę.

Za moimi plecami Louisa wydała cichy jęk.

— Jeśli pyta pan o osobę, która stanęła między nią a pańskimi znajomymi, to tak. To ja.

Na Bond Street zapadła cisza tak głęboka, że usłyszałam grzechot metalowej klamry przy uprzęży.

Książę zrobił krok w moją stronę.

— Nazywam się Edward Ashbourne.

— Wiem.

— A pani?

— Beatrycze Hastings.

— Panno Hastings — powiedział, jakby smakował moje nazwisko. — Czy zdaje sobie pani sprawę, że właśnie oskarżyła pani rodzinę Finch o brak przyzwoitości?

— Nie oskarżyłam ich. Powtórzyłam to, co wszyscy słyszeli.

Tym razem uśmiechnął się naprawdę, choć w jego oczach nie było wesołości.

— Odważna odpowiedź.

Starsza dama stuknęła laską o bruk.

— Edwardzie, nie strasz dziewczyny. To jedyna osoba w tym mieście, która dziś nie próbowała mnie zadowolić ani upokorzyć.

— Nie próbowałam być odważna — powiedziałam. — Po prostu nie znoszę, kiedy ktoś wykorzystuje przewagę przeciwko słabszemu.

Jej twarz na moment spoważniała.

— W takim razie musimy porozmawiać.

— Teraz?

— Najlepiej teraz.

Spojrzałam na Louisę. Młodsza siostra pobladła, ale pokiwała głową.

— Jedź — szepnęła. — Jeśli odmówisz księżnej, mama zabije cię sama.

Księżna.

Kiedy wsiadałam do karety, zauważyłam na jej kolanach mały pakunek owinięty papierem. Koronka, którą kupiłam za pół suwerena, wystawała spod sznurka.

Edward zamknął za mną drzwiczki, lecz zanim powóz ruszył, pochylił się do środka.

— Panno Hastings, moja matka nie zaprasza ludzi bez powodu.

— A pan zawsze przesłuchuje osoby, które jej pomagają?

PRZECZYTAJ TAKŻE:  Mąż kazał mi pobłogosławić ciążę kochanki przy całej rodzinie, lecz gdy poprosiłam lekarza o datę, Callum nagle zbladł

— Tylko te, które mogą stać się niebezpieczne.

Kareta ruszyła. Starsza dama położyła palce na papierowym pakunku, a potem spojrzała mi prosto w oczy.

— Panno Hastings — powiedziała cicho — czy wie pani, dlaczego Harriet Finch tak bardzo chciała, żebym opuściła ten sklep?…

CZĘŚĆ 2

— Nie — odpowiedziałam, kiedy kareta skręciła z Bond Street w spokojniejszą ulicę. — Ale przypuszczam, że nie chodziło wyłącznie o koronkę.

Księżna wdowa Ashbourne siedziała naprzeciwko mnie, trzymając pakunek na kolanach. Dopiero teraz widziałam szczegóły jej twarzy: drobne zmarszczki przy ustach, bliznę przy lewym uchu i oczy tak niebieskie, że wydawały się niemal przezroczyste.

— Nie chodziło o koronkę — przyznała. — Ani o mnie.

— Więc o co?

— O to, co usłyszałam, zanim weszła do sklepu.

Powóz przejechał po bruku. Drewniana laska przesunęła się po podłodze i stuknęła w moje buty.

— Co pani usłyszała?

— Że mój syn podpisał dokument, którego nigdy nie widział.

Zmarszczyłam brwi.

— To brzmi jak sprawa dla prawnika.

— Mój prawnik zmarł trzy tygodnie temu. Drugi przestał odbierać listy. A trzeci wczoraj odmówił mi spotkania.

— Dlaczego?

Księżna spojrzała przez okno.

— Ponieważ ktoś bardzo wpływowy zapłacił mu za milczenie.

Kareta zatrzymała się przed wysokim domem z jasnego kamienia. Nie był to pałac, lecz wyglądał tak, jakby każda cegła miała własnego służącego. W środku pachniało woskiem, suszonymi różami i dymem z kominka.

Edward czekał w bibliotece. Stał przy biurku, z jedną dłonią opartą na zamkniętej księdze rachunkowej. Na widok matki jego twarz stężała.

— Powinnaś była wrócić prosto do domu.

— Wróciłam. Przyprowadziłam Beatrycze Hastings.

— Widzę.

Jego wzrok przesunął się po mojej skromnej sukni, zatrzymał na pękniętej klamrze przy rękawiczce i wrócił do twarzy.

— Panno Hastings, moja matka ma zwyczaj ratowania ludzi, którzy nie proszą o ratunek.

— Dziś to ona potrzebowała, żeby ktoś stanął po jej stronie.

— Nie potrzebowała.

— W takim razie dlaczego mnie tu przywiozła?

Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w milczeniu.

Starsza dama odwinęła papier. Koronka leżała na jej dłoni jak delikatna pajęczyna.

— Bo ta młoda kobieta nie pytała, kim jestem, zanim mnie obroniła — powiedziała. — A w tym mieście to rzadsze niż uczciwy książę.

Edward zacisnął szczękę.

— Matko.

— Nie udawaj, że nie wiesz, o czym mówię.

Podeszła do biurka i położyła pakunek obok księgi. Spod koronki wysunęła mały mosiężny klucz.

— Znalazłam go w kieszeni płaszcza, który ktoś przeszukał.

Edward natychmiast sięgnął po klucz.

— Skąd go masz?

— Z pokoju archiwalnego.

— Ten pokój jest zamknięty od czasu śmierci ojca.

— Właśnie dlatego ktoś chciał, żebym myślała, że nie mam tam czego szukać.

Poczułam chłód w palcach.

— Co jest w środku?

Edward odwrócił się do mnie.

— Panno Hastings, powinna pani wrócić do domu.

— To nie brzmi jak odpowiedź.

— To ostrzeżenie.

— Przed kim?

Z korytarza dobiegł odgłos kroków. Ktoś zatrzymał się tuż za drzwiami biblioteki. Edward podniósł głowę, a księżna schowała klucz w dłoni.

Drzwi uchyliły się bez pukania.

W progu stał mężczyzna w granatowym surducie. Rozpoznałam go z salonu. Pan Finch, ojciec Harriet, człowiek, którego córka twierdziła, że wzbogacił się na żegludze.

PRZECZYTAJ TAKŻE:  CZĘŚĆ 4 — Macocha kazała mi oddać pokój przyrodniej siostrze albo odejść, lecz po mojej zgodzie jej uśmiech nagle zgasł

— Wasza Łaskawość — powiedział, kłaniając się z przesadną uprzejmością. — Nie wiedziałem, że ma pan gościa.

— Teraz już pan wie — odparł Edward.

Pan Finch spojrzał na mnie, a jego uśmiech zgasł.

— Panno Hastings. Jakże nieoczekiwane.

— Dla mnie również.

Jego wzrok padł na mosiężny klucz.

Tylko na sekundę.

Ale wystarczyło.

Księżna zauważyła to samo. Jej palce zacisnęły się na lasce.

— Panie Finch — powiedziała — czy zna pan ten klucz?

Mężczyzna zaśmiał się cicho.

— Klucz? Nie, oczywiście, że nie.

Edward podszedł do drzwi.

— Proszę wyjść.

— Przybyłem w sprawie umowy między naszymi rodzinami.

— Nie ma żadnej umowy.

— Jest. Podpisana przez pana.

Na biurku leżała księga. Pan Finch przesunął po niej palcem, jakby dotykał własności.

— Jutro cały Londyn dowie się, że książę Ashbourne wycofał się z obietnicy danej mojej córce. Pańskie długi staną się tematem rozmów przy każdym śniadaniu.

Edward pobladł.

— Nie mam długów.

Pan Finch przechylił głowę.

— W takim razie proszę otworzyć archiwum i przekonać się, kto kłamie.

Księżna odwróciła się do mnie.

— Beatrycze, musi pani zostać.

Edward wyjął klucz z jej dłoni i ruszył ku drzwiom ukrytym za drewnianym panelem.

Wtedy na zewnątrz rozległ się gwałtowny łomot, a lokaj wbiegł do biblioteki z twarzą białą jak kreda.

— Wasza Łaskawość, ktoś próbował włamać się do archiwum. I zostawił tam list skierowany do panny Hastings…

CZĘŚĆ 3

— Do mnie? — zapytałam.

Lokaj skinął głową i podał Edwardowi kopertę. Nie była szara ani biała. Wykonano ją z grubego, kremowego papieru, a pieczęć z czarnego wosku przedstawiała pękniętą kotwicę.

Pan Finch cofnął się o krok.

Nie umknęło to księżnej.

— Otwórz ją — powiedziała.

Edward złamał pieczęć. W środku znajdowała się jedna kartka i mały mosiężny klucz, identyczny jak ten, który trzymała jego matka.

Przeczytał pierwsze zdanie. Potem drugie. Jego twarz zmieniła się tak szybko, że poczułam ucisk w żołądku.

— Co tam jest? — spytałam.

Edward podał mi list.

„Panno Hastings, jeśli pani to czyta, oznacza to, że książę nadal wierzy człowiekowi, który od miesięcy okrada jego majątek. Dokumenty znajdują się w archiwum. Proszę nie ufać nikomu, kto twierdzi, że narzeczeństwo z panną Finch zostało uzgodnione przez zmarłego księcia.”

Pod spodem widniał podpis: Tomasz Bell, główny zarządca Ashbourne.

— Tomasz Bell zniknął pół roku temu — powiedziała księżna. — Wszyscy uznali, że uciekł z pieniędzmi.

Pan Finch ruszył ku drzwiom.

— To absurd. Sfałszowany list. Próba oczernienia uczciwego człowieka.

Edward zastąpił mu drogę.

— Niech pan zostanie.

— Nie ma pan prawa mnie zatrzymywać.

— Jeszcze nie wiem, co mi wolno. Ale wiem, że nie wyjdzie pan z tego domu, dopóki nie przeczytam dokumentów.

Wsunął klucz do zamka ukrytego za panelem. Drewno zgrzytnęło. Za nim znajdowały się wąskie schody, prowadzące do małego pomieszczenia bez okien. Powietrze pachniało kurzem i wilgotnym papierem.

Na półce stała metalowa kaseta.

Księżna otworzyła ją drugim kluczem.

W środku leżały rachunki, listy oraz dokument opatrzony pieczęcią księcia Ashbourne. Edward rozwinął go na stole.

— To umowa małżeńska — powiedział cicho.

Pan Finch uśmiechnął się blado.

— Widzicie? Wszystko jest zgodne z prawem.

Edward zaczął czytać. Po chwili uniósł wzrok.

— Mój podpis został podrobiony.

PRZECZYTAJ TAKŻE:  CZĘŚĆ 4 — Wyrzucono mnie z rezydencji z dokumentami rozwodowymi, lecz gdy obcy starzec spojrzał na moją walizkę, jego twarz nagle stężała

— To pan podpisał ten dokument.

— Nie. Na jesieni przebywałem w Szkocji.

Księżna wyrwała mu kartkę.

— A pieczęć?

— Skradziona — odpowiedział Edward. — Tak samo jak moje listy.

Na dnie kasety znaleźliśmy księgę rachunkową. Każda strona zawierała wypłaty z majątku Ashbourne na konto firmy Finchów. Daty sięgały dwóch lat wstecz.

Poczułam, jak dłonie robią mi się lodowate.

— Pan Finch nie próbował wydać córki za księcia — powiedziałam. — On wyprowadzał pieniądze, a narzeczeństwo miało ukryć ślady.

— To kłamstwo! — krzyknął Finch. — Pańska matka jest stara i pomieszana, a ta panna nie ma pojęcia o rachunkach.

Księżna uderzyła laską w podłogę.

— Jestem stara, nie głupia.

Edward podniósł ostatni dokument. Było to zeznanie Tomasza Bella, spisane przed zniknięciem.

— „Pan Finch polecił mi sfałszować podpis księcia. Gdy odmówiłem, zagroził, że skrzywdzi moją żonę.”

Pan Finch przestał oddychać.

— To niemożliwe.

— A jednak pański podpis widnieje pod przyznaniem się do winy — powiedziałam.

— To nie mój podpis!

— Nie — odezwała się księżna. — To kopia podpisu. Ale prawdziwy dokument znajduje się gdzie indziej.

Wyjęła z kieszeni koronki mały zwitek papieru. Znalazła go, zanim weszła do sklepu, w kieszeni płaszcza jednego z ludzi Fincha. Rozwinęła go na stole.

Był tam rozkaz wypłaty oraz nazwisko osoby, która miała następnego ranka otrzymać ostatnią część majątku Ashbourne.

Edward przeczytał je na głos.

— Harriet Finch.

W bibliotece zapadła cisza.

— Moja córka nic o tym nie wiedziała — wyszeptał pan Finch.

— Ale pańska żona wiedziała — odpowiedziała księżna. — I jutro zamierzała przedstawić listy, według których mój syn miał obiecać Harriet małżeństwo.

Edward złożył dokumenty.

— Jutro nie odbędzie się żadne przyjęcie zaręczynowe.

— Co pan zrobi? — zapytałam.

Zanim odpowiedział, do biblioteki wbiegł drugi służący z telegramem.

Edward rozerwał kopertę, przeczytał wiadomość i nagle spojrzał na mnie.

— Tomasz Bell żyje. Został znaleziony w porcie. Powiedział, że ma dowód jeszcze większej zdrady.

— Jakiej? — spytałam.

Edward ścisnął telegram.

— Powiedział, że człowiek, który kierował wszystkim, nie jest Finch… i że tej nocy przyjedzie po ciebie…

FINAŁOWA CZĘŚĆ

Książę usłyszał własne słowa i nagle zbladł…

Myślałam, że znam już całą prawdę. Dopiero wtedy zrozumiałam, jak głęboko sięgała zdrada.

Wtedy usłyszałam jego głos z metalowej tuby.
„Jeśli zacznie zadawać pytania, wykorzystamy jej siostrę.”
Edward wyłączył urządzenie, a w bibliotece zapadła cisza.

😱 ODKRYJ, CO UKRYWALI →

👇 Finał tej historii jest już otwarty

Rate article
Obroniłam starszą damę przed obelgami w modnym salonie, a chwilę później cały Bond Street zamarł na jej widok
CZĘŚĆ 4 — Po śmierci żony córka przyniosła mi dokumenty odbierające firmę, lecz gdy otworzyły się drzwi sali, jej narzeczony pobladł