Mój mąż ogłosił, że jestem zdrajczynią, dokładnie w noc, gdy rodziłam jego dzieci w zasypanej śniegiem jaskini.
Nazywam się Beata Holloway i przez trzy miesiące cały klan Iron Ridge wierzył, że uciekłam do wrogów z północy. Leoric Rutherford, król alfa i mój partner, zabronił wymawiać moje imię w zamku. Z sali tronowej zdjęto mój portret. Służące wyniosły moje ubrania. Nawet wilki patrolujące dziedziniec miały rozkaz atakować każdego, kto przyniósłby wiadomość ode mnie.
A ja przez ten czas leżałam na kamiennej podłodze w górach Bloodwood, z dziewięciorgiem noworodków przyciśniętych do piersi.
Nie wiedziałam, że jest ich dziewięcioro. Podczas ciąży lekarze mówili o kilku dziecięcych sercach, ale żaden nie potrafił policzyć ich dokładnie. Leoric żartował wtedy, że nasza rodzina będzie większa od jego rady wojennej.
— Jeśli odziedziczą twój upór, zamek nie pomieści nas wszystkich — powiedział któregoś wieczoru.
— W takim razie każesz zbudować większy — odpowiedziałam.
Uśmiechnął się i dotknął mojego brzucha. W jego dłoni lśniła mała miedziana zawieszka w kształcie jaskółki, którą podarował mi podczas pierwszej wiosny naszego związku. Nosiłam ją przy szyi każdego dnia.
Nie byłam najsilniejszą kobietą w klanie. Nie umiałam powalić wojownika ani dowodzić oddziałem. Potrafiłam jednak zapamiętać imiona dzieci z najbiedniejszych rodzin, wyczuć, która matka ukrywa głód, i sprawić, że Leoric ściszał głos, zanim jego gniew przeradzał się w przemoc.
Julieta Harrington od dawna uważała, że to jej należy się miejsce u boku króla. Pewnego wieczoru przyniosła mi herbatę.
— Wyglądasz blado — powiedziała, opierając palce o porcelanową filiżankę.
— Dzieci nie pozwalają mi spać.
— Może to nie dzieci są problemem.
Po kilku łykach obraz zaczął falować. Wilczyca we mnie ucichła. Nogi odmówiły posłuszeństwa. Ostatnie, co zobaczyłam, to Julieta stojąca przy drzwiach razem z dwoma mężczyznami.
Obudziłam się w drewnianym wozie, związana i przykryta cienkim kocem. Kierowca nie odpowiadał na moje pytania. Gdy zatrzymaliśmy się pod Bloodwood, wyrzucono mnie na śnieg razem z małym woreczkiem korzeni, kawałkiem tkaniny i jedną zapałką.
Nie mogłam się przemienić. Każdy ruch palił jak ogień. W miejscu, gdzie powinienem czuć więź z Leoricem, była tylko pustka.
Przez tygodnie topiłam śnieg w pękniętym glinianym kubku, jadłam korzenie i zatykałam wejście do jaskini gałęziami. Miedziana jaskółka obijała się o mój obojczyk przy każdym kroku. Kiedy wiatr wył, zaciskałam ją w dłoni.
— Jeszcze trochę — szeptałam do dzieci. — Wytrzymajcie ze mną.
Najgorsza burza przyszła nocą, wraz z pierwszymi skurczami. Nie było lekarza, ognia ani nikogo, kto mógłby podać mi wodę. Rodziłam sama, podczas gdy śnieg zasypywał wejście do jaskini.
Pierwsze dziecko zapłakało tuż po północy. Potem pojawiło się następne. I następne.
Straciłam rachubę, czas i siły. Rozdarłam suknię na paski, owijałam nimi maleńkie ciała i układałam je przy sobie. Kiedy wreszcie zapadła cisza, policzyłam je drżącymi palcami.
Dziewięcioro.
Dziewięć maleńkich oddechów.
Nie wiedziałam, czy przeżyjemy do rana.
Wtedy z zewnątrz dobiegł głuchy huk. Kamienie przy wejściu poruszyły się. Ktoś krzyczał moje imię, a ja rozpoznałam ten głos natychmiast.
— Beato! Jeśli mnie słyszysz, odsuń się od wejścia!
Leoric.
Próbowałam odpowiedzieć, ale z gardła wydobył się tylko chrapliwy szept. Kamienie przesunęły się ponownie. Do środka wdarło się światło pochodni, a za nim cień potężnego mężczyzny.
Leoric uklęknął przy mnie, lecz zanim zdążył mnie dotknąć, za jego plecami pojawił się Arthur z czarną skórzaną teczką.
— Wasza Wysokość — powiedział zdyszany. — Najpierw musi pan to zobaczyć.
Leoric wyciągnął rękę do zapięcia teczki, a moje serce nagle przestało bić z jednego powodu…
CZĘŚĆ 2
…bo Arthur trzymał teczkę tak, jakby znajdowało się w niej coś cięższego niż wszystkie kamienie zasypujące wejście.
Leoric nawet na nią nie spojrzał. Uklęknął przy mnie, zdjął płaszcz i owinął nim moje ramiona. Pachniał śniegiem, dymem i koniem. Ten zapach powinien był przynieść ulgę, ale przez trzy miesiące wyobrażałam sobie, że już nigdy go nie poczuję.
— Beato, popatrz na mnie — powiedział.
— Dzieci…
— Widzę je.
— Wszystkie?
Jego twarz drgnęła. Odchylił kawałek materiału, pod którym spały maleństwa. Jedno poruszyło nóżką, drugie zacisnęło palce na mojej sukni.
— Wszystkie — wyszeptał.
Nie płakał, kiedy mnie znalazł. Płakał dopiero wtedy, gdy liczył je po raz drugi.
Arthur postawił pochodnię na kamieniu. Płomień odbił się w metalowej sprzączce jego pasa.
— Musimy wyjść natychmiast — powiedział. — Burza odcina drogę do przełęczy.
— Nie ruszę się bez niej — warknął Leoric.
— Jeśli zostaniemy, do rana zamarzniemy.
Leoric podniósł mnie ostrożnie. Byłam tak słaba, że głowa opadła mi na jego ramię. Kiedy próbował zabrać jedno z dzieci, odruchowo przycisnęłam je mocniej.
— Nie skrzywdzę ich — powiedział.
— Już raz pozwoliłeś, żeby mnie skrzywdzono.
Te słowa zawisły między nami jak ostrze. Jego ramiona zesztywniały.
— Wiem.
— Nie. Jeszcze nie wiesz wszystkiego.
Z tyłu jaskini rozległ się kaszel jednego z dzieci. Leoric spojrzał na mnie, jakby ten dźwięk przeszył go głębiej niż mój zarzut. Wziął dwoje niemowląt, Arthur kolejne, a ja zatrzymałam przy piersi najmniejsze, owinięte paskiem materiału z mojej sukni.
Droga do zamku trwała do świtu. Jechaliśmy saniami, a wiatr smagał twarze jak garście lodu. Miedziana jaskółka uderzała o mój obojczyk przy każdym wstrząsie. Leoric zauważył ją i przez chwilę zacisnął palce na wodzach.
— Nadal ją masz — powiedział.
— Nie miałam niczego innego.
Nie odpowiedział.
W zamku czekała uzdrowicielka Mara. Kiedy zobaczyła dziewięcioro dzieci, upuściła miskę z ciepłą wodą. Odłamki gliny rozsypały się po podłodze.
— Dziewięcioro? — zapytała.
— Dziewięcioro — potwierdził Leoric.
— To niemożliwe. Żadne z nich nie powinno przeżyć tej nocy.
— A jednak przeżyły — powiedziałam.
Przez dwa dni spałam w małej komnacie przy wschodniej wieży. Dzieci leżały w wiklinowych kołyskach ustawionych wokół mojego łóżka. Każde miało inny odcień oczu i inny sposób płaczu. Pamiętałam je wszystkie.
Leoric nie opuszczał drzwi, ale nie odważył się wejść bez pytania. Trzeciego wieczoru przyszedł sam.
— Znalazłem człowieka, który przewiózł cię do Bloodwood — powiedział.
— Żyje?
— Tak. I chce mówić.
— Dlaczego dopiero teraz?
Leoric spuścił wzrok.
— Bo przez trzy miesiące wierzyłem w list, który zostawiłaś.
— Nie zostawiłam żadnego listu.
— Wiem.
Wyjął z kieszeni złożoną kartkę. Pieczęć była rozmazana, lecz papier pachniał tym samym jałowcowym olejkiem, którego używała Julieta.
— Napisałam, że cię nie kocham? — spytałam.
— Że bałaś się mnie. Że chciałaś oddać dzieci północnym klanom.
Zaśmiałam się cicho, choć nie było w tym nic zabawnego.
— Gdybym chciała uciec, zabrałabym dzieci. Nie zostawiłabym ich w brzuchu i nie ruszyła sama w śnieg.
Arthur wszedł bez pukania. W ręku trzymał mały klucz.
— Król powinien wiedzieć, że nie chodzi wyłącznie o list — powiedział. — Mamy świadka, fragment księgi lekarza i nagranie z komnaty Juliety.
Leoric zbladł.
— Nagranie?
— Strażnik użył kryształowej płytki pamięci. Bał się, że Julieta zabije także jego.
Wstałam z łóżka, choć kolana się pode mną ugięły.
— Chcę to usłyszeć.
Arthur położył płytkę na stole. Z jej wnętrza dobiegło trzaskanie ognia, potem głos Juliety.
— Jutro król podpisze rozkaz przeciw Beacie. A kiedy znajdzie ciało w górach, nikt nie zapyta, kto otworzy drzwi jej komnaty.
Leoric zacisnął szczękę.
— To nie wystarczy — powiedział Arthur. — W księdze brakuje jednej strony. Tej z nazwą substancji, którą podano Beacie.
— Gdzie jest ta strona? — spytałam.
Arthur spojrzał na zamkniętą teczkę.
— U człowieka, którego Julieta kazała uciszyć. I właśnie dziś rano znaleźliśmy go martwego przed bramą zamku…
Leoric podniósł wzrok, a w jego oczach po raz pierwszy zobaczyłam nie gniew, lecz strach. Arthur przekręcił klucz w zamku teczki i zaczął ją otwierać…
CZĘŚĆ 3
…a metalowy zatrzask odbił światło lampy prosto w twarz Leorica.
W komnacie panowała cisza. Nawet niemowlęta, jakby wyczuły napięcie, przestały płakać. Arthur wyjął z teczki trzy rzeczy: podartą kartę z księgi medycznej, zapieczętowaną fiolkę i cienką płytkę pamięci.
— Powiedz wszystko — rozkazał Leoric.
Arthur położył kartę na stole.
— Substancja nazywa się korzeniem uśpienia. W małej dawce osłabia ciało. W większej blokuje więź między wilkami. Beata nie zerwała z tobą połączenia. Zostało sztucznie wyciszone.
Leoric spojrzał na mnie. Jego usta rozchyliły się, ale przez chwilę nie potrafił wydobyć głosu.
— Dlatego cię nie czułem.
— Dlatego wołałam cię przez tygodnie, a ty nie przychodziłeś — odpowiedziałam.
Mara zakryła usta dłonią. Arthur odsunął fiolkę.
— Lekarz, który przygotował napój, przyznał, że dostał rozkaz od Juliety Harrington. Powiedział też, że to ona podrobiła list i ukradła królewską pelerynę.
— Gdzie on jest? — spytał Leoric.
— Martwy. Zanim zdążył podpisać zeznanie, ktoś poderżnął mu gardło.
Leoric uderzył pięścią w stół. Fiolka podskoczyła, ale nie spadła.
— To nie był rozkaz Juliety — powiedziałam.
Arthur skinął głową.
— Nie. Na płytce jest więcej.
Uruchomił zapis. Najpierw usłyszeliśmy skrzypienie drzwi. Potem głos Juliety, spokojny i pewny siebie.
— Beata ma zniknąć przed porodem. Jeśli przeżyje, król nigdy nie wybierze mnie dobrowolnie.
Drugi głos zapytał:
— A jeśli dzieci będą z nią?
— Nie będą. Dopilnuję, żeby każdy uwierzył, że to ona je sprzedała.
Leoric cofnął się o krok. Jego twarz stała się biała jak ściana.
— To głos kapitana straży — wyszeptał.
— Kapitana Darrena — potwierdził Arthur. — Człowieka, któremu ufałeś bardziej niż własnej żonie.
Zapis trwał dalej.
— Kiedy wróci król, powiesz mu, że Beata uciekła dobrowolnie. Jeśli zacznie szukać, pokażesz mu pelerynę i pieczęć. Resztą zajmę się sama.
Płytka zamilkła.
Nikt się nie poruszył.
Leoric podszedł do mnie, ale zatrzymał się w połowie drogi.
— Beato, ja…
— Nie mów, że żałujesz. Jeszcze nie. Najpierw pozwól mi usłyszeć, co zrobiłeś.
Jego oczy zaszkliły się.
— Zamknąłem granice. Odesłałem posłańców. Kazałem wymazać twoje imię.
— I ogłosiłeś mnie zdrajczynią.
— Tak.
— Bez jednego pytania.
— Tak.
Ta odpowiedź zabolała bardziej niż wymówki. Przez miesiące potrzebowałam, żeby ktoś mnie znalazł. Leoric znalazł mnie dopiero wtedy, gdy prawda sama zapukała do jego drzwi.
Nagle jedno z dzieci zaczęło krzyczeć. Pochyliłam się nad kołyską, a Leoric odsunął się, jakby nie miał prawa podejść.
Arthur podniósł płytkę.
— Musimy aresztować Julietę i Darrena tej nocy.
— Zrób to — powiedział Leoric.
— Jest jeszcze coś.
Arthur wyjął z teczki drugi dokument. Tym razem papier był świeży, a pieczęć należała do rady północnych klanów.
— Julieta nie działała sama. Przed zamachem wysłała wiadomość za granicę. Obiecała, że po twojej śmierci otworzy przełęcz i odda im terytorium Iron Ridge.
Leoric chwycił dokument.
— Kiedy ma przybyć ich oddział?
Arthur spojrzał na zegar.
— O świcie.
W tej samej chwili na dziedzińcu rozległ się dźwięk rogu alarmowego. Jeden raz. Potem drugi.
Leoric spojrzał na mnie, na dziewięcioro dzieci i na drzwi, za którymi zaczęli biegać strażnicy.
— Ona wie, że ją odkryliśmy — powiedział Arthur. — I nie zamierza czekać do rana…
Leoric usłyszał własne słowa i nagle zamilkł…
Myślałam, że prawda zakończy tę historię. Nie wiedziałam, że dopiero wtedy będę musiała wybrać własne życie. Finał zmienił wszystko.
„Nie wrócę do życia, w którym muszę prosić o wiarę”.
I po raz pierwszy nie próbował mnie zatrzymać.
👇 Finał tej historii jest już otwarty













