CZĘŚĆ 4 — Zostałam czternastą narzeczoną księcia i przeżyłam pocałunek, lecz gdy poprosiłam o galerię, królowa nagle pobladła

CZĘŚĆ 4

…dzwon uderzył po raz drugi, a cały pałac zadrżał.

Nie czekałam na trzecie uderzenie.

— Co uruchomiłaś? — krzyknął Adrian.

Królowa cofnęła się ku ścianie. Po raz pierwszy wyglądała nie jak władczyni, ale jak starsza kobieta, która zbyt długo wierzyła, że wszystkie drzwi będą otwierały się przed nią.

— Nie ja — odpowiedziała. — To zrobił ród.

Pod posadzką przesunęły się ciężkie tryby. Z ukrytych szczelin wypłynęła blada mgła.

Malec zakrył usta rękawem.

— To gaz z komór rytualnych. Jeśli się rozprzestrzeni, wszyscy stracimy przytomność.

Adrian pobiegł do drzwi.

— Otwórzcie przejście!

Kapitan straży wyrwał klucz jednemu z ludzi i wsunął go w zamek. Mechanizm nie ustąpił.

— Zablokowane od strony wieży!

— W takim razie rozbijcie drzwi — poleciłam.

— Nie mogę rozkazywać straży — odpowiedział Adrian.

Spojrzałam na niego.

— Możesz albo patrzeć, jak umierają.

Jego twarz stwardniała.

— Rozbić drzwi!

Pierwszy cios odbił się echem po galerii. Drugi wyrwał z zawiasów drewnianą listwę. Tymczasem Malec otwierał kolejne zawory. Białe powłoki na posągach pękały cienkimi liniami.

Teresa zaczęła kaszleć.

— Jeszcze chwila — powiedziałam, pochylając się nad nią. — Jeszcze tylko chwila.

— Wiedziałam, że przyjdziesz — wyszeptała.

— Skąd?

— Zostawiłam ci znak na zegarze.

— Widziałaś, co się dzieje?

Jej oczy wciąż były zamglone, ale rozpoznałam w nich moją siostrę.

— Słyszałam wszystko.

Za nami królowa próbowała przejąć kontrolę nad strażą.

— Kapitanie, natychmiast odprowadź mojego syna do komnat!

— Nie jestem już pod pani rozkazami — odpowiedział.

— Jestem królową!

— A ja złożyłem przysięgę, że będę chronił mieszkańców.

Trzeci cios wyłamał drzwi. Do galerii wdarło się zimne powietrze. Mgła zaczęła wypływać na korytarz, a strażnicy wynosili kobiety, które dopiero odzyskiwały władzę w ramionach.

Adrian pobiegł po Teresę. Wziął ją na ręce tak ostrożnie, jakby była ze szkła.

— Dokąd? — zapytał.

— Do starej kaplicy. Tam są okna.

— A królowa?

Odwróciłam się.

Izolda stała sama przy ścianie. Nikt już nie klękał przed jej tronem.

— Ona pójdzie z nami — powiedziałam.

— Po tym wszystkim?

— Właśnie po tym wszystkim. Będzie musiała powiedzieć to głośno.

Zaprowadziliśmy ją do kaplicy, gdzie czekali rodzice trzynastu kobiet. Kapitan postawił na stole księgę rozkazów, zdjęcia i listy. Malec przyniósł fiolki z substancją, a ja położyłam obok nich mój naszyjnik z niebieskim szkłem.

PRZECZYTAJ TAKŻE:  CZĘŚĆ 4 — Udawałam córkę umierającego mężczyzny, a dzień po jego pogrzebie prawnik podał mi pudełko i nagle zbladł

Królowa patrzyła na dowody, jakby każdy przedmiot był ostrzem.

— Zacznij — powiedział Adrian.

— Nie będę zeznawać przed tłumem.

— To nie tłum — odpowiedziałam. — To rodziny kobiet, które więziłaś.

Jedna z matek wystąpiła naprzód.

— Gdzie jest moja córka?

Izolda zamknęła oczy.

— W galerii.

— Żyje?

— Tak.

Kobieta wydała z siebie zdławiony szloch. Jej dziecięcy bucik spadł na kamienną posadzkę.

Później królowa musiała mówić dalej.

Opowiedziała o umowie rodu, o fałszywej klątwie, o środku ukrytym w szafirze i o rozkazach, które podpisywała własną ręką. Adrian siedział obok, nieruchomy, z dłońmi splecionymi na kolanach.

Gdy skończyła, Malec wysunął z kieszeni mały przyrząd.

— Jest jeszcze coś — powiedział.

Nacisnął metalową dźwignię. Z urządzenia popłynął głos królowej, nagrany wcześniej w podziemnej komnacie.

„Jeśli Lena przeżyje pocałunek, podajcie jej napój. Jeżeli odmówi, ogłoście, że zabiła poprzednie narzeczone. Ludzie uwierzą, bo zawsze łatwiej oskarżyć dziewczynę niż koronę”.

Słowa zawisły w kaplicy.

Królowa usłyszała własny głos z boku, z obcej metalowej skrzynki. Jej palce zaczęły drżeć.

— To niemożliwe — szepnęła.

— Sama to powiedziałaś — odpowiedział Malec.

— Nie pamiętam.

— Właśnie dlatego nagrywałem.

Adrian odsunął się od matki.

— Czy naprawdę zamierzałaś zrzucić na Lenę śmierć trzynastu kobiet?

Królowa spojrzała na niego.

— Robiłam to dla ciebie.

— Nie. Robiłaś to dla korony.

— Korona jest twoją przyszłością.

— Teresa jest moją rodziną — odpowiedział. — Lena też.

Tego samego dnia kapitan odebrał królowej pieczęć i zamknął ją w wieży pod strażą. Nie odbył się jeszcze sąd. Najpierw trzeba było uratować kobiety.

Trzynaście narzeczonych przewieziono do szpitala przy klasztorze. Powrót do zdrowia trwał tygodniami. Niektóre odzyskały mowę po kilku dniach. Inne długo budziły się z krzykiem, przekonane, że wciąż stoją w galerii i słyszą cudze kroki za drzwiami.

Teresa potrzebowała najwięcej czasu.

Kiedy po raz pierwszy usiadła samodzielnie, zapytała mnie o naparstek.

— Mam go — powiedziałam.

— Wiem. Słyszałam, jak zaciskałaś go w dłoni.

Przez chwilę obie milczały.

— Bałaś się? — spytała.

— Cały czas.

— A mimo to weszłaś do pałacu.

PRZECZYTAJ TAKŻE:  CZĘŚĆ 4 — Mąż ogłosił, że jesteśmy obcy, a potem zażądał ode mnie kolacji — kiedy odmówiłam, jego twarz nagle stężała

— Ty też kiedyś weszłaś.

— Ja poszłam naprawiać zegary.

— A ja przyszłam naprawić coś większego.

Uśmiechnęła się słabo.

Po sześciu tygodniach rozpoczął się proces królowej. Dowody były tak liczne, że nawet najbardziej oddani dworowi prawnicy odmówili jej obrony. Jeden z nich powiedział przy wejściu do sali:

— Nie będę bronił kłamstwa, które miało twarze trzynastu żywych kobiet.

Izolda została pozbawiona tytułu i skazana na dożywotnie odosobnienie w klasztorze na północy. Jej podpisy, nagrania i zeznania lekarza nie pozostawiły miejsca na wątpliwości.

Doktor Malec otrzymał wyrok krótszy, bo dostarczył dowody i uratował kobiety, lecz nigdy nie próbował tłumaczyć swojego milczenia. Powiedział tylko:

— Bałem się, że jeśli przemówię za wcześnie, wszystkie zginą.

Nie usprawiedliwiłam go.

Strach może ocalić człowieka na jeden dzień. Nie powinien kierować całym jego życiem.

Adrian został księciem dopiero po zatwierdzeniu nowej rady. Pierwszą decyzją było otwarcie królewskiej galerii dla rodzin i mieszkańców. Posągi usunięto. Kamienne podstawy rozbito. W ich miejscu ustawiono trzynaście zwyczajnych łóżek, żeby każdy pamiętał, że pod białą powłoką nie było kamienia, lecz ludzkie ciało.

Przez kilka miesięcy pracowałam w pałacowej pracowni jubilerskiej. Nie chciałam zostać księżną. Nie chciałam nosić korony ani mieszkać w komnatach, gdzie każde lustro pamiętało czyjąś krzywdę.

Naprawiałam zegary.

Teresa wróciła ze mną do miasta. Wynajęłyśmy jasny lokal nad piekarnią. Rano pachniało tam chlebem i metalem polerowanym pastą. Po południu dzieci przynosiły nam zerwane łańcuszki, a my uczyłyśmy je, jak nie zgubić drobnych części.

Pewnego listopadowego dnia spadł pierwszy śnieg.

Siedziałyśmy z Teresą przy stole, a jej córka Maria rysowała kredkami na papierze. Narysowała czternaście kobiet stojących przed otwartymi drzwiami.

— Dlaczego czternaście? — zapytałam.

— Bo jedna z nich trzyma światło — odpowiedziała.

Teresa spojrzała na mnie.

Nie musiałyśmy pytać, którą kobietę miała na myśli.

Tego wieczoru przyjechał Adrian. Nie w koronie, lecz w prostym ciemnym płaszczu. Zatrzymał się przed drzwiami pracowni i czekał, aż sama go wpuszczę.

— Jak się czujesz? — zapytał.

— Lepiej.

— Rada chce, żebym poślubił kogoś z sąsiedniego królestwa. To polityczne małżeństwo.

— Powodzenia.

— Leno, nie o tym chciałem mówić.

Położył na stole kopertę. Tym razem była biała, opatrzona jego własną pieczęcią.

PRZECZYTAJ TAKŻE:  Moja siostra uznała, że córka niszczy rodzinne zdjęcia, lecz po słowach mojego syna jej uśmiech nagle zniknął

— Mogę ci zapewnić dom w mieście, pracownię i ochronę. Możesz wrócić do pałacu, kiedy tylko zechcesz.

Dotknęłam koperty, ale jej nie otworzyłam.

— Nie chcę wracać do miejsca, w którym musiałam walczyć o prawo do oddychania.

— Wiem.

— I nie chcę być nagrodą za to, że pomogłam ci odzyskać odwagę.

Adrian skinął głową. W jego oczach nie było złości.

— Czego więc chcesz?

Spojrzałam na Teresę, na Marię i na rząd zegarów wiszących przy ścianie.

— Chcę, żebyś zbudował życie, w którym nikt nie będzie musiał być odważny za ciebie.

Przyjął te słowa bez protestu.

— Będę próbował.

— Nie próbuj dla mnie. Zrób to dla siebie.

Wyszedł przed zapadnięciem zmroku.

Kopertę oddałam mu następnego dnia przez posłańca. W środku zostawiłam tylko jedno zdanie: „Nie jestem już częścią waszej ceremonii”.

Naparstek Teresy trzymałam nadal w szufladzie pod zegarmistrzowskimi szczypcami. Jego wgniecenie przypominało mi o nocy, kiedy weszłam do pałacu z jedną małą rzeczą w dłoni i ogromnym strachem w sercu.

Pewnego ranka Maria znalazła go na stole.

— To jest zepsute — powiedziała.

— Nie. Jest po przejściach.

— Naprawisz?

Wzięłam naparstek pod lupę. Metal był porysowany, lecz wciąż mocny.

— Nie wszystko trzeba naprawiać — odpowiedziałam. — Czasem wystarczy przestać udawać, że pęknięcie nie istnieje.

Za oknem śnieg przykrywał ulicę. W pracowni tykało czternaście zegarów.

Żaden nie odliczał już do pocałunku.

Rate article
CZĘŚĆ 4 — Zostałam czternastą narzeczoną księcia i przeżyłam pocałunek, lecz gdy poprosiłam o galerię, królowa nagle pobladła
Przestałam przelewać siostrze 3500 dolarów miesięcznie, gdy mama nazwała ją odpowiedzialną — jej uśmiech natychmiast zniknął