CZĘŚĆ 4
…Przez kilka sekund patrzyłam na ostatnie zdanie, niezdolna nabrać powietrza.
— Kto to napisał? — spytałam.
Doña Bernarda stała przy oknie. Jej dłonie zaciskały się na białym fartuchu.
— Adwokat don Alonso. Pan hrabia kazał mu wysłać list dopiero po ujawnieniu rachunków.
— A pierwsza żona?
Bernarda zamknęła oczy.
— Nazywała się Teresa. Wszyscy mówili, że zmarła przy porodzie. Ale przed śmiercią zostawiła dziecko poza Valderramą. Don Alonso przez lata próbował je odnaleźć.
Nie zdążyłam zadać kolejnego pytania. Na dziedzińcu rozległ się krzyk koni. Sebastián, którego strażnicy mieli odprowadzić do miejskiego aresztu, próbował wyrwać się z powozu.
— Nie możecie mnie zamknąć! — wrzeszczał. — To mój dom!
Mateo Salcedo wyszedł na schody.
— Pański dom właśnie stał się miejscem zbrodni.
Sebastián spojrzał na mnie przez otwarte drzwi powozu.
— Mariana! Powiedz im, że to pomyłka. Możemy się porozumieć.
— Nie ma już między nami nic do uzgodnienia.
— Twój ojciec nadal jest moim dłużnikiem!
— Mój ojciec podpisał umowę z don Alonso, nie z mordercą.
Jego twarz stwardniała.
— Beze mnie nie przetrwasz tygodnia.
Patrzyłam, jak powóz rusza po mokrym bruku. Nie odpowiedziałam.
W południe przybył prawnik Sebastiána, don Julián Mera. Wszedł do biblioteki z parasolem ociekającym wodą i miną człowieka, który zamierza odzyskać kontrolę jednym zdaniem.
— Mój klient zaprzecza wszystkim zarzutom — powiedział.
— Pański klient podpisał rachunek za truciznę.
— Podpis można podrobić.
Mateo wskazał na stół.
— Mamy także zeznanie kucharza, próbkę herbaty i księgi rachunkowe.
Prawnik przetarł okulary.
— Nie będę prowadził obrony człowieka, który ukrył przede mną te dokumenty.
— Odejście teraz byłoby dla pana wygodne — powiedziałam.
— Pani hrabino, czasem jedyną uczciwą poradą jest odmowa dalszej pomocy.
Zostawił wizytówkę i odszedł.
Tego samego wieczoru Mateo przyniósł małe urządzenie z gabinetu Alonso. Była to drewniana skrzynka z wałkiem pokrytym drobnymi wypustkami. Don Alonso używał jej do odtwarzania melodii podczas samotnych kolacji.
— To nie jest tylko pozytywka — wyjaśnił Mateo. — Pański mąż kazał stolarzowi umieścić w niej mechanizm zapisujący głos. Nie znam takiej technologii, ale znaleziono w niej metalowy cylinder.
W bibliotece zebrała się służba. Doktor, Bernarda, Tomás i ja staliśmy wokół stołu. Mateo przekręcił klucz.
Z wnętrza skrzynki popłynął chropawy, zniekształcony głos Alonso.
— Sebastián, wiem o rachunkach. Wiem, że sprzedajesz ziemię pod fałszywymi nazwiskami. Jeśli coś mi się stanie, dokumenty trafią do mojej żony.
Potem rozległ się głos Sebastiána.
— Nikt nie będzie słuchał kobiety, która przybyła tu z długiem na plecach.
— Ona ma więcej odwagi niż ty.
— Odwaga nie zatrzyma trucizny.
Nagranie urwało się.
Sebastián po raz pierwszy usłyszał własne słowa, kiedy Mateo odtworzył cylinder w areszcie. Stał za kratami, a z drewnianej skrzynki płynął jego głos sprzed śmierci Alonso.
— Odwaga nie zatrzyma trucizny.
Własne usta powiedziały to za niego.
Sebastián cofnął się, jakby ktoś uderzył go w pierś.
— Wyłączcie to.
— To pańskie słowa — odparł Mateo.
— Nie pamiętam tej rozmowy.
— My pamiętamy.
Nie krzyczał już. Zrozumiał, że nie może oskarżyć nagrania o zdradę.
Dwa tygodnie później sąd miejski uznał dowody za wystarczające. Sebastián został skazany za otrucie brata, fałszowanie rachunków i próbę przywłaszczenia majątku. Ziemie wróciły pod zarząd ustanowiony w testamencie, a część pieniędzy przeznaczono na spłatę długów rodzinnych. Resztę otrzymałam ja, nie jako nagrodę, lecz jako wdowa, której mąż próbował zapewnić bezpieczeństwo.
Ojciec przyjechał do mnie w trzecim tygodniu. Zastałam go na schodach domu w Puebli. Trzymał kapelusz przy piersi i wyglądał na mniejszego niż dawniej.
— Córeczko, popełniłem błąd.
— Wiem.
— Nie chciałem cię skrzywdzić.
— A jednak mnie oddałeś, żeby ocalić własne nazwisko.
Usiadł ciężko na stopniu.
— Możesz mi wybaczyć?
Pomyślałam o Alonso, o jego zimnej dłoni i o tym, że przez całe życie traktowano mnie jak rzecz przekazywaną z rąk do rąk.
— Mogę przestać cię karać w myślach — powiedziałam. — Ale nie wrócę do dawnego życia.
Puste pokoje Valderramy długo mnie prześladowały. Najtrudniej było wejść do sypialni, gdzie na krześle wciąż leżała biała wstążka z mojego ślubnego stroju. Nikt jej nie zabrał. Nikt nie odważył się nawet wytrzeć z niej kurzu.
Wzięłam ją do rąk, a potem odłożyłam obok wachlarza z pękniętym żurawiem.
To był ostatni przedmiot, który dostałam od Alonso.
I pierwszy, który naprawdę należał do mnie.
Minęły cztery miesiące.
Zamieszkałam w domu w Puebli, w małym pokoju nad kancelarią, którą otworzyłam razem z don Mateo. Pomagałam kobietom odczytywać umowy, których wcześniej nie rozumiały. Uczyłam je, że podpis nie jest modlitwą i nie trzeba przyjmować każdego losu, jaki ktoś położy przed nimi na stole.
Pewnego poranka odwiedziła mnie dziewczynka o imieniu Clara. Miała siedem lat i trzymała za rękę kobietę o twarzy podobnej do portretu Teresy.
Kobieta przedstawiła się jako Isabel.
— Jestem córką pierwszej żony don Alonso — powiedziała. — Przez lata ukrywałam się przed jego rodziną. Nie wiedziałam, czy chciał mnie odnaleźć, czy tylko uciszyć.
Podałam jej list ojca Alonso.
— On chciał panią znaleźć.
Isabel czytała długo. Clara usiadła na dywanie i zaczęła rysować kredą dom z wieloma oknami.
— Czy teraz to pani jest hrabiną? — spytała.
— Tytuł niewiele zmienia.
— A czy można tu zostać?
Spojrzałam na jej matkę.
— Można, jeśli się chce.
Isabel została.
Clara codziennie rysowała nowe okna. Na pierwszym obrazku dom był czarny, bez drzwi. Na kolejnym pojawiła się mała postać stojąca na progu. Na ostatnim trzymała w ręce czerwonego żurawia.
Z czasem przestałam budzić się na każdy odgłos kopyt. Zaczęłam pić poranną czekoladę bez sprawdzania, kto ją przygotował. W kancelarii pachniało papierem, atramentem i pomarańczową skórką, którą Bernarda suszyła na piecu.
Pierwszy śnieg spadł pod koniec roku. Puebla przykryła się cienką bielą, a Clara wybiegła na dziedziniec, śmiejąc się tak głośno, że usłyszałam ją przez zamknięte okno.
Wtedy przyszedł ostatni list Sebastiána.
Nie był już podpisany jako hrabia. W więzieniu stracił majątek, tytuł i wszystkich ludzi, którzy wcześniej kłaniali mu się na korytarzach.
„Mariano, wiem, że nie zasługuję na odpowiedź. Chcę tylko, żebyś wiedziała, że Alonso również cię wykorzystał. Poślubił cię, aby uczynić z ciebie tarczę. Byłaś dla niego narzędziem, tak samo jak dla mnie.”
Przeczytałam list dwa razy.
Potem odłożyłam go do szuflady.
Nie dlatego, że nie zawierał prawdy. Zawierał jej część.
Alonso rzeczywiście podjął decyzję za mnie. Ale później dał mi dowody, wybór i możliwość odejścia. Sebastián chciał zabrać mi nawet to.
Nie odpisałam.
Wieczorem Clara weszła do mojego pokoju z rysunkiem w dłoniach.
— Pani Mariano, narysowałam nasz dom po wiośnie.
Na kartce były cztery postacie, otwarte drzwi i drzewo obsypane białymi kwiatami. Nad dachem wisiał czerwony żuraw.
— Jest piękny — powiedziałam.
— Ten ptak pilnuje, żeby nikt nie zamknął drzwi.
Przytaknęłam.
Na biurku leżał mój wachlarz. Pęknięte żebro naprawiłam cienkim paskiem jasnego drewna, ale nie zamalowałam rysy. Chciałam ją widzieć.
Wsunęłam wachlarz do kieszeni sukni i wyszłam na dziedziniec. Śnieg topniał na kamieniach. Z domu dobiegał śmiech Clary, a z kancelarii głos Isabel czytającej umowę kobiecie, która po raz pierwszy miała podpisać ją z własnej woli.
Czerwony żuraw zatrzepotał na kości słoniowej.
Tym razem nie przyniósł mi szczęścia.
Przypomniał mi, że sama wybrałam drogę.













