CZĘŚĆ 4
Borkowski nie zdążył odłożyć telefonu, gdy na korytarzu rozległy się ciężkie kroki.
O 17:46 Robert Wrona wszedł do szpitala w granatowej kurtce, z twarzą spokojną jak człowiek, który przyszedł odebrać paczkę.
Za nim szedł ochroniarz.
— Jestem ojcem bliźniąt — powiedział przy rejestracji. — Chcę zobaczyć dzieci.
— Proszę pokazać dokument — odpowiedziała pielęgniarka.
Robert uśmiechnął się bez cienia zdenerwowania.
— Ich matka jest nieprzytomna. To chyba wystarczy.
— Nie wystarczy — powiedziałem, wychodząc z gabinetu.
Jego oczy natychmiast zatrzymały się na mojej twarzy.
— Pan mnie zna?
— Znam pańskie nazwisko.
— To dobrze. W takim razie wie pan, że nie mam powodu tu stać.
— Ma pan powód, żeby zostać zatrzymanym.
Uśmiech zniknął.
Borkowski stanął obok mnie.
— Robert Wrona, jest pan zatrzymany w związku z podejrzeniem napaści, narażenia życia dzieci i nielegalnego wykorzystywania danych pacjentek.
— To absurd.
— Proszę odłożyć telefon.
— Nie możecie mnie zatrzymać bez dowodu.
Borkowski wyjął rejestrator z torby dowodowej.
— Dowód właśnie leży między nami.
Robert spojrzał na urządzenie. Po raz pierwszy zbladł.
— To zostało nagrane bez mojej zgody.
— Za to odpowie pan później. Teraz odpowie pan za własne słowa.
Na korytarz weszła prokuratorka z dwoma policjantami.
Robert cofnął się o krok.
— Chcę adwokata.
— Będzie pan miał adwokata — powiedziała. — Ale nie będzie pan miał dostępu do dzieci.
— One są moje!
— Badania wykazały, że nie jest pan ich ojcem.
Jego twarz stężała.
— Lena kłamie.
— Wyniki badań wykonano dzisiaj. Zgodność genetyczna nie istnieje.
Wtedy z głośnika rejestratora popłynął jego własny głos:
— Jeśli nie oddasz skrzynki, nie dożyjesz rana.
Robert odwrócił głowę.
Słuchał siebie samego.
Jeszcze raz usłyszał trzask, jęk Leny i płacz dziecka.
— Wyłączcie to — syknął.
— To pańskie słowa — powiedział Borkowski.
Robert patrzył na urządzenie, jakby po raz pierwszy rozumiał, że głos należący do niego nie zniknie tylko dlatego, że odwróci wzrok.
— Ja jej nie chciałem zabić — wyszeptał.
— Nikt pana nie pytał, czy chciał pan ją zabić — odparła prokuratorka. — Pytamy, dlaczego podał jej środek uspokajający, zostawił ją bez pomocy i wrócił po dokumenty.
Nie odpowiedział.
W kieszeni jego kurtki znaleziono klucz do drugiego schowka, a w samochodzie telefon z wiadomościami od ludzi, którzy płacili za adresy kobiet i informacje o noworodkach. Tego wieczoru policja zabezpieczyła także akta z ośrodka pomocy rodzinie.
Robert przestał mówić dopiero wtedy, gdy założono mu kajdanki.
Lena przeżyła.
Przez dwa dni pozostawała na intensywnej terapii. Miała wstrząśnienie mózgu, odwodnienie i zatrucie lekami, ale jej serce pracowało równo.
Zosia nie odstępowała od drzwi.
— Mogę wejść? — pytała za każdym razem.
— Jeszcze nie na długo — odpowiadałem.
— Powie jej pan, że wróciłam?
— Powiem.
— I że nie zgubiłam żadnego supełka.
Pielęgniarka zawiesiła przy łóżku mały papier z trzema narysowanymi kółkami.
Trzeciego dnia Lena otworzyła oczy.
— Zosia? — wyszeptała.
Dziewczynka podeszła do łóżka.
— Jestem.
— Uratowałaś dzieci.
— Ty kazałaś mi jechać.
Lena uniosła dłoń i dotknęła jej policzka.
— Kazałam ci znaleźć pomoc. Resztę zrobiłaś sama.
Zosia przytuliła się do niej ostrożnie, jakby bała się, że matka znów zniknie.
Ja stałem przy oknie i patrzyłem na taczkę zaparkowaną w kącie korytarza. Technik dokładnie ją umył, ale na drewnianych uchwytach pozostały ciemne ślady dziecięcych dłoni.
Mosiężny dzwoneczek nadal wisiał przy kole.
Dzyń.
Dzyń.
Sześć tygodni później Robert został tymczasowo aresztowany. Prokuratura postawiła mu zarzuty napaści, narażenia życia, fałszowania dokumentów i handlu poufnymi informacjami. Sprawa obejmowała dziewięć kobiet.
Nie poszedłem na rozprawę.
Lena powiedziała, że nie chce, aby jej dzieci dorastały wokół jego nazwiska.
Znalazła małe mieszkanie w mieście, niedaleko szpitala. Zosia zaczęła chodzić do szkoły. Bliźnięta, Antek i Pola, rosły powoli, ale każdego tygodnia miały więcej siły.
Pewnego listopadowego popołudnia odwiedziłem ich z książką o zwierzętach.
Zosia otworzyła drzwi, trzymając kredkę.
— Narysowałam coś dla pana.
Na kartce była taczka z ogromnymi kołami. W środku spały dwa niemowlęta, a z przodu stała mała dziewczynka. Nad nimi świeciło żółte słońce.
— To ty? — zapytałem.
— Tak.
— A to kto?
— Pan Marek. Ten, który nie pozwolił zabrać taczki.
Lena uśmiechnęła się z kuchni.
— Zosia uważa, że jest pan bohaterem.
— Bohaterowie nie siedzą przy automacie z kawą i nie boją się dzwoniących telefonów.
— A jednak pan odebrał — powiedziała Lena.
Miała rację.
Przez kolejne miesiące nauczyłem się, że ratowanie kogoś nie zawsze oznacza wielkie gesty. Czasem oznacza pilnowanie, żeby dziecko miało własne łóżko. Czasem trzeba podpisać formularz, kupić mleko albo zostać przy drzwiach, dopóki ktoś przestanie się trząść.
W grudniu spadł pierwszy śnieg.
Zosia wyszła przed blok w czerwonej czapce i zaczęła lepić bałwana. Antek spał w wózku, a Pola próbowała złapać płatek śniegu przez wełnianą rękawiczkę.
— Mamo! — zawołała Zosia. — Patrz, droga znika!
Lena wyszła na balkon.
— To dobrze. Nie musisz już nią iść.
Dziewczynka spojrzała na mnie.
— Pan też już nie musi jechać z nami?
— Nie. Teraz mieszkacie blisko.
— Ale może pan przychodzić.
— Będę.
W styczniu przyszedł list od Roberta. Adwokat napisał, że jego klient „żałuje nieporozumień” i chciałby porozmawiać z Leną oraz „poznać dzieci, które uważa za swoje”.
Lena przeczytała list przy kuchennym stole.
Potem złożyła go na pół.
— Chcesz odpowiedzieć? — zapytałem.
— Tak.
Napisała tylko jedno zdanie: „Nie wrócimy do człowieka, przed którym musieliśmy uciekać”.
Nie było w tym gniewu.
Była granica.
Wysłała list i nie czekała na odpowiedź.
Później odnalazła w szafie mały mosiężny dzwoneczek. Został dokładnie wyczyszczony i przymocowany do czerwonego plecaka Zosi.
— Nie potrzebujemy go już do ostrzegania przed drogą — powiedziała Lena.
— To do czego? — zapytała dziewczynka.
Lena zapięła dzwoneczek przy pasku.
— Żeby pamiętać, że nawet kiedy nikt nie słyszy, można zacząć dzwonić.
Zosia przebiegła przez korytarz. Dzwoneczek odezwał się przy każdym kroku.
Dzyń.
Dzyń.
Tym razem ten dźwięk nie oznaczał strachu.
Oznaczał, że dziecko wróciło do domu.
Przegapiłeś początek?













