CZĘŚĆ 4
Taras przeczytał wiadomość drugi raz.
Potem trzeci.
Za oknem zaczynało świtać. Pierwsze światła miasta przesuwały się po suficie jak blade reflektory, a na stole leżał pamiętnik Oleny, otwarty między stroną sto siedemnastą a sto osiemnastą.
— Nie pojedziemy sami — powiedziałam.
Roman uniósł brwi.
— To nie jest propozycja do negocjacji.
— Właśnie dlatego jej nie przyjmuję — odparł Taras. — Pojedzie z nami policja i niezależny prawnik.
Prawnik zacisnął usta.
— Jeśli rozpoczniecie awanturę, Helena zniszczy resztę dokumentów.
— Już próbowała — odpowiedziałam. — Teraz chcemy tylko, żeby musiała odpowiadać za to przy świadkach.
Roman spojrzał na mnie z irytacją.
— Pani nie rozumie, z kim walczy.
— Rozumiem lepiej, niż pan sądzi.
Taras zadzwonił do Michała, księgowego. Potem do notariusza, który sporządzał ostatnie dokumenty Oleny. O piątej pięćdziesiąt siedzieliśmy w samochodzie razem z Martą Wysocką i adwokatką poleconą przez nią, panią Zofię Malec.
Nikt nie mówił przez pierwsze dziesięć minut.
Pamiętnik leżał na moich kolanach. Mosiężny liść wbijał się w skórę przez cienki materiał sukienki.
— Boję się — powiedział Taras.
To były pierwsze szczere słowa, jakie usłyszałam od niego od dnia ślubu.
— Ja też.
— Myślałem, że jeśli będę trzymał się od ciebie z daleka, ochronię rodzinę.
— Chroniłeś tylko kłamstwo.
— Wiem.
Kancelaria mieściła się w starej kamienicy przy ulicy Sądowej. O szóstej dwadzieścia drzwi otworzyła Helena. Miała na sobie ten sam kostium co poprzedniego wieczoru, ale perłowy kolczyk był pęknięty.
— Wiedziałam, że przyjedziesz — powiedziała do syna.
— A ja wiedziałem, że będziesz próbowała odebrać mi wybór.
— Ta kobieta cię wykorzystuje.
— To nagranie mówi coś innego.
Twarz Heleny stwardniała.
— Nagranie umierającej kobiety nie ma żadnej wartości.
Pani Zofia położyła na stole kopię opinii lekarskiej.
— Ma, jeśli lekarz potwierdza, że Olena była zdolna do podejmowania decyzji. A doktor Kulesza właśnie podpisał zeznanie, że to pani naciskała, by wpisał jej niepoczytalność.
Helena cofnęła rękę od krzesła.
— Nie wiecie, co mówicie.
— Wiemy też, że podpis na pełnomocnictwie został sfałszowany — dodał Taras.
— To niemożliwe.
— Pani Romanie? — zapytała Zofia.
Roman nie odpowiedział.
Taras uruchomił nagranie z kasety na głośniku telefonu. Głos Oleny wypełnił kancelarię.
— Helena powiedziała mi, że jeśli nie podpiszę sprzedaży, uzna mnie za niezdolną do życia i odbierze mi prawo decydowania o własnym majątku. Potem zabrała mój telefon. Kira była jedyną osobą, której nie potrafiła zastraszyć.
Helena pobladła.
— To nieprawda.
Nagranie trwało dalej.
— Jeśli Taras będzie mnie nienawidził za zmianę dokumentów, pozwólcie mu. Wolę, żeby przez chwilę nienawidził mnie, niż żeby przez całe życie nienawidził siebie.
Zapadła cisza.
Taras patrzył na matkę.
— Powiedz, że to nie twój podpis.
— Nie muszę ci nic mówić.
— Powiedz to.
— Podpisałam, bo nie miałeś odwagi prowadzić firmy.
— Sprzedałaś ją bez mojej zgody.
— Ratowałam ją.
— Sprzedając ją ludziom, którzy zapłacili ci za milczenie?
Helena uderzyła dłonią w stół.
— Całe życie budowałam to, co odziedziczyłeś!
— A potem próbowałaś odziedziczyć moje życie.
To zdanie ją uciszyło.
W południe policja zabezpieczyła dokumenty w kancelarii. Helenę zabrano na przesłuchanie, nie w kajdankach, lecz pod eskortą. Roman odmówił dalszego reprezentowania jej, kiedy Zofia pokazała mu przelewy z konta kupującego przedsiębiorstwo.
— Nie wiedziałem, że podpis jest podrobiony — powiedział.
— Ale wiedział pan, że moja klientka nie wyraziła zgody — odpowiedziała Zofia.
Roman spuścił wzrok.
Po południu Taras musiał złożyć zeznania. Ja siedziałam za szybą w małym pokoju przesłuchań. Na stole stał plastikowy kubek z letnią herbatą, a mosiężny liść leżał obok pamiętnika.
Policjant odtworzył rozmowę z tarasu, nagraną przez telefon Heleny. Usłyszeliśmy głos Tarasa z dnia ślubu.
— Dostałaś to, po co przyszłaś. Pieniądze, nazwisko i życie, na które nie zasługujesz.
Własne słowa zabrzmiały jak cudzy wyrok.
Taras zakrył twarz dłońmi.
— To ja powiedziałem — szepnął.
— Tak — odpowiedziałam.
— Myślałem, że bronię babci.
— Zraniłeś osobę, która próbowała ją obronić.
Nie zaprzeczył.
To było ważniejsze niż przeprosiny wypowiedziane zbyt szybko.
Wieczorem wróciliśmy do domu Oleny. Korytarz pachniał woskiem i mokrym drewnem. W jej pokoju wciąż stał wózek inwalidzki ozdobiony białymi różami z wesela.
Na stoliku leżały okulary, niedopita herbata i pudełko po lawendowych saszetkach.
Taras wszedł do środka, a potem zatrzymał się przy pustym fotelu.
— Całe życie myślałem, że ona chce mną rządzić — powiedział.
— Chciała, żebyś nauczył się rządzić sam sobą.
Usiadł na podłodze obok fotela. Nie próbowałam go podnosić.
Tej nocy spaliśmy w osobnych pokojach.
Rano Taras przyniósł mi dokumenty rozwodowe, które Helena przygotowała jeszcze przed ślubem. Były podpisane tylko przez niego.
— Nie musisz zostawać — powiedział.
— Wiem.
— Jeśli odejdziesz, zrozumiem.
— Nie odejdę dlatego, że kazała mi twoja matka. Odejść mogę tylko wtedy, kiedy sama tego zechcę.
— A czego chcesz?
Spojrzałam na pamiętnik.
— Chcę, żebyś przestał mylić poczucie winy z miłością.
Sprawa trwała kilka miesięcy. Sprzedaż przedsiębiorstwa została unieważniona, a Helena odpowiadała za fałszerstwo i próbę wyłudzenia. Taras odzyskał zarząd, lecz nie odzyskał dawnego spokoju. Musiał nauczyć się podejmować decyzje bez pytania, co pomyśli o nich matka.
Ja nie zostałam w domu Oleny.
Wynajęłam małe mieszkanie w Krakowie, nad piekarnią, która budziła mnie o piątej rano zapachem chleba. Znalazłam pracę w fundacji pomagającej osobom starszym. Każdego wtorku odwiedzałam ludzi, których rodziny przestały słuchać.
Marta czasem przychodziła na herbatę.
Zofia nauczyła mnie czytać umowy.
A Taras pisał wiadomości, których nie odpowiadałam od razu.
Po sześciu miesiącach spotkaliśmy się w parku, gdzie topole zrzucały liście na mokre ławki. Przyniósł małą paczkę.
— To dla ciebie — powiedział.
W środku była fotografia Oleny, której wcześniej nie widziałam. Siedziała przy zielonym piecu i trzymała pamiętnik na kolanach.
Na odwrocie napisała: „Kira, nie pozwól, żeby ktokolwiek wmówił ci, że ratowanie człowieka oznacza rezygnację z siebie”.
— Chcę zacząć od początku — powiedział Taras.
— Nie możemy zacząć od początku.
— Wiem.
— Możemy zacząć od prawdy.
Skinął głową.
Nie wróciliśmy do siebie tego dnia.
Ani następnego.
Ale po raz pierwszy nie czułam, że muszę go ocalać.
Minął rok. W pierwszy śnieżny poranek znalazłam pod drzwiami kopertę. W środku był list Tarasa i klucz do domu Oleny.
„Jeśli kiedyś zechcesz tam wrócić, wszystko jest otwarte”.
Przez długi czas trzymałam klucz w dłoni. Potem zaniosłam go do skrzynki pocztowej i odesłałam bez odpowiedzi.
Pamiętnik Oleny postawiłam na półce nad biurkiem. Mosiężny liść odbijał światło z okna. Nie był już znakiem tajemnicy.
Był przypomnieniem, że pewnego dnia wybrałam siebie.
I tym razem nikt nie odsunął się ode mnie.
Przegapiłeś początek?













