CZĘŚĆ 4
— …i dlaczego zrobił to ponownie trzy lata później — dokończyła Julia, patrząc na mnie, nie na niego.
Andrzej przestał oddychać na kilka sekund.
— Co to znaczy „ponownie”? — zapytał Roman.
Julia zamknęła teczkę.
— W dokumentach znajduje się nie tylko odmowa przyjęcia pierwszych wyników. Jest też podpisane przez pana Andrzeja oświadczenie, że nie chce ustalenia ojcostwa ani kontaktu z dziećmi, dopóki nie osiągną pełnoletności.
— To kłamstwo — powiedział Andrzej.
— Pański podpis został potwierdzony przez biegłego.
— Anno, ty to wszystko zaplanowałaś.
Po raz pierwszy tego wieczoru nie poczułam złości. Złość była ciężka, a ja nie chciałam już dźwigać niczego, co należało do niego.
— Nie zaplanowałam twoich podpisów — odpowiedziałam. — Ani twojego milczenia.
Telefon Andrzeja zaczął dzwonić. Na ekranie pojawiło się nazwisko jego adwokata. Odebrał natychmiast.
— Musisz tu przyjechać — powiedział. — Natychmiast.
Słuchał przez chwilę, potem pobladł jeszcze bardziej.
— Nie, nie możesz się wycofać. Zapłaciłem ci za to.
Przycisnął telefon do ucha.
— Powiedziałeś, że zajmiesz się sprawą.
Z głośnika dobiegł przytłumiony głos, lecz w ciszy podjazdu wszyscy usłyszeli najważniejsze słowa.
— Nie będę składał pisma opartego na pańskich zeznaniach, skoro nagranie i dokumenty pokazują coś przeciwnego. Proszę znaleźć innego pełnomocnika.
Połączenie zostało przerwane.
Andrzej przez chwilę patrzył na telefon, jakby urządzenie go zdradziło. Potem gwałtownie podszedł do Julii.
— Ile chcesz za zniknięcie tych dokumentów?
Helena cofnęła się, jakby syn próbował ją uderzyć.
Julia nawet nie drgnęła.
— Proszę się odsunąć.
— Zapłacę.
— Nie można kupić faktów.
— Wszystko można kupić.
— Nie dziś.
Wtedy włączył się Roman. Jego głos był cichy, ale miał w sobie tę samą wojskową stanowczość, którą Andrzej przez lata próbował naśladować.
— Dość.
Andrzej odwrócił się do niego.
— Tato, to moja sprawa.
— Nie. Przez osiem lat robiłeś z niej sprawę całej rodziny.
Julia podała mi odtwarzacz.
— Powinna pani to zachować. Kopia trafiła już do sądu.
Nie chciałam słuchać nagrania. Naprawdę nie chciałam. Ale Maksym stał obok mnie i patrzył na urządzenie.
— Mamo, co tam jest?
— Głos jego ojca.
— Chcę usłyszeć.
Usiedliśmy w małym pokoju przy bibliotece. Na ścianach wisiały fotografie żołnierzy z rodziny Szymańskich. W jednej z gablot stał mosiężny kompas, którego wskazówka zatrzymała się na północnym zachodzie.
Włączyłam nagranie.
Najpierw usłyszeliśmy swój dawny oddech, szelest papieru i mój głos.
— Andrzej, proszę, przeczytaj chociaż wynik.
— Nie będę ojcem dziecka, którego nie uznaję.
— To nie jest kwestia uznania.
— Jeśli wyjdziesz z tym z kliniki, powiem wszystkim, że próbujesz mnie szantażować.
Dźwięk zatrzymał się na chwilę, a potem rozległ się trzask drzwi.
Maksym podniósł wzrok.
— To naprawdę powiedział?
— Tak.
Andrzej stał w progu biblioteki. Słyszał każde słowo. Widziałam, jak własny głos wraca do niego z małego głośnika i odbiera mu wszystkie wymówki.
— Wyłącz to — powiedział.
— Dlaczego? — zapytałam.
— Bo nie pamiętam.
— Właśnie dlatego musisz posłuchać.
Odtworzyłam nagranie do końca. Kiedy zapadła cisza, Andrzej usiadł na krześle. Nie wyglądał już jak człowiek, który kontroluje sytuację. Wyglądał jak ktoś, kto po raz pierwszy zobaczył ruinę zbudowaną własnymi rękami.
Tego wieczoru nie weszliśmy do jadalni. Chłopcy zjedli kanapki na tylnym siedzeniu samochodu, a Helena stała przy otwartych drzwiach i płakała bezgłośnie.
— Czy mogę do was zadzwonić? — zapytała.
Spojrzałam na synów.
— Nie dzisiaj. Najpierw porozmawiamy spokojnie.
— Rozumiem.
Nie rozumiała. Ale po raz pierwszy nie próbowała udawać, że rozumie wszystko.
Sprawa trafiła do sądu dwa tygodnie później.
Andrzej najpierw twierdził, że został zmanipulowany. Potem, że nie wiedział, co podpisuje. Następnie jego nowy adwokat próbował dowodzić, że jako matka odcięłam dzieci od ojca.
Sędzia wysłuchała nagrania, obejrzała dokumenty z kliniki i przeczytała oświadczenie podpisane przez Andrzeja.
— Czy podtrzymuje pan swoje stanowisko? — zapytała.
Andrzej siedział ze splecionymi dłońmi.
— Chcę poznać synów.
— To nie jest odpowiedź na moje pytanie.
— Nie podtrzymuję.
Sąd przyznał mi wyłączne prawo do podejmowania decyzji dotyczących dzieci. Kontakty Andrzeja zostały zawieszone do czasu konsultacji psychologicznych i zgody chłopców. Nie dostał możliwości wejścia do ich życia jednym podpisem, tak samo jak wcześniej nie powinien był mieć możliwości wymazania ich jednym kłamstwem.
Najtrudniejsza nie była rozprawa.
Najtrudniejsze było puste pomieszczenie w domu Andrzeja.
Kilka dni po rozprawie Helena poprosiła mnie, żebym odebrała rzeczy, które przez lata przechowywała dla wnuków, choć nie wiedziała, że nimi są. W małym pokoju pod schodami stało czterdzieści osiem nierozpakowanych pudeł. Na jednym ktoś napisał ołówkiem: „Dla chłopców, kiedy przyjadą”.
Chłopcy weszli tam ze mną.
Na półce leżała fotografia Andrzeja z czasów szkolnych. Miał na niej dwanaście lat i ten sam lekko przekrzywiony uśmiech, który Maksym robił, kiedy udawał odwagę.
— Możemy ją zabrać? — zapytał Ostap.
— Jeśli chcecie.
— Nie po to, żeby pamiętać jego — powiedział Nazar. — Tylko żeby pamiętać, skąd mamy oczy.
Zabraliśmy zdjęcie.
Nie zabraliśmy niczego więcej.
Trzy miesiące później mieszkaliśmy w Gdańsku, w mieszkaniu nad piekarnią. Każdego ranka budził nas zapach ciepłego chleba, a chłopcy kłócili się o to, kto pierwszy nakarmi kota sąsiadki. Pracowałam w małej pracowni projektowej przy ulicy, przy której rosły stare lipy. Po pracy odrabiałam z nimi lekcje, naprawiałam urwane sznurówki i podpisywałam zeszyty, żeby żaden z czterech nie trafił do niewłaściwego plecaka.
Maksym nadal nosił drewniany samolot. Wygładził go papierem ściernym i pomalował jedno skrzydło na żółto.
Pewnego marcowego popołudnia zapytał:
— Mamo, czy można mieć ojca i nie chcieć go znać?
Odłożyłam kubek z herbatą.
— Można mieć prawo do czasu.
— A jeśli kiedyś będę chciał?
— Wtedy zdecydujesz. Nie musisz dzisiaj wybierać za całe życie.
Pokiwał głową.
— A ty go jeszcze kochasz?
To pytanie zabolało bardziej niż wszystkie słowa Andrzeja.
— Kochałam człowieka, za którego go uważałam. Potem zrozumiałam, że muszę pokochać przede wszystkim was i siebie.
Maksym położył dłoń na mojej dłoni.
— Dobrze, że przyjechaliśmy tamtego dnia.
— Też tak myślę.
W kwietniu przyszła wiadomość od Andrzeja. Nie była długa.
„Chcę zacząć od początku. Pozwól mi przyjechać. Tym razem nikomu nie skłamię”.
Przeczytałam ją dwa razy.
Potem odpisałam:
„Nie możesz zacząć od początku, omijając wszystko, co zrobiłeś. Jeśli kiedyś chłopcy zechcą się z tobą spotkać, będzie to ich decyzja. Ja nie będę już otwierać drzwi za nich”.
Nie odpowiedział.
Tydzień później spadł pierwszy wiosenny śnieg, mokry i ciężki. Chłopcy wybiegli przed piekarnię, krzycząc, że zima wróciła na pięć minut. Maksym wyciągnął z kieszeni drewniany samolot i postawił go na parapecie.
Żółte skrzydło odbiło światło latarni.
Tym razem nie wskazywał drogi do przeszłości.
Pokazywał, dokąd lecimy.
Przegapiłeś początek?













