
CZĘŚĆ 4
— Niech nikt nie wychodzi z sali — powiedziała sędzia Miller.
Pani Wrona natychmiast zadzwoniła po ochronę. Mecenas Lis zamknął drzwi i stanął przy nich, choć był tylko prawnikiem, a nie strażnikiem.
Mój telefon zaczął dzwonić.
Numer nieznany.
Odebrałem.
— Myślisz, że wygrałeś? — zapytał Roman.
Jego głos był spokojny. Zbyt spokojny.
— Nie wiem, co myślę.
— Wycofaj się, zanim dzieci dojadą do twojego domu.
— One jeszcze nigdzie nie jadą.
— Sąd i tak ci ich nie da. Jesteś samotny, pracujesz w warsztacie i masz historię ucieczki. Wystarczy, że opowiem, jak zostawiłeś rodzeństwo.
Poczułem chłód pod koszulą.
— Nie zostawiłem ich.
— Oczywiście, że zostawiłeś. Wszyscy tak powiedzą.
Mecenas Lis pokazał mi gestem, żebym włączył głośnik. Zrobiłem to.
— Roman — powiedział prawnik — ta rozmowa jest rejestrowana.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
— Nie macie prawa…
— Ma pan zakaz kontaktowania się z dziećmi i z Markiem — przerwała sędzia. — Jeśli nadal będzie pan groził, policja otrzyma pełne nagranie.
Roman rozłączył się.
W tej samej chwili adwokatka państwa podeszła do sędzi.
— Wysoki sądzie, po tym, co usłyszeliśmy, konieczna jest natychmiastowa ocena ryzyka. Nie możemy przekazać dzieci panu Markowi.
— Nie zamierzam wydawać ich osobie, która grozi świadkowi — odpowiedziała sędzia. — Ale muszę również ocenić, czy pan Marek jest bezpiecznym opiekunem.
Mecenas Lis otworzył kolejną teczkę.
— Mam zaświadczenia, opinie psychologa, plan opieki, zgodę pracodawcy Marka na elastyczne godziny i raport z wizyty domowej.
— I pięć łóżek — dodałem.
Pani Wrona po raz pierwszy uśmiechnęła się blado.
— Widziałam je. Są solidne.
— Budowałem je do trzeciej nad ranem — powiedziałem.
— To nie jest dowód, że pan sobie poradzi — stwierdziła adwokatka.
— Nie — odpowiedziałem. — Dowodem będzie to, czy każdego dnia wstanę, nakarmię ich, zawiozę do lekarza, wysłucham ich krzyku i nie odejdę, kiedy będzie trudno.
Sędzia patrzyła na mnie długo.
— Co stało się z pańskim rodzeństwem? — zapytała.
W sali znów zrobiło się cicho.
— Rozdzielili nas. Przez kilka miesięcy wierzyliśmy, że to tymczasowe. Potem przestaliśmy pamiętać, jak brzmią nasze głosy. Najmłodsza siostra, Klara, miała trzy lata. Zmarła na zapalenie płuc w rodzinie, o której nikt z nas wcześniej nie słyszał. Dowiedziałem się o tym dopiero po dwóch latach.
Olek przestał płakać.
— A reszta? — spytał.
— Odnalazłem ich po kolei. Nie wszyscy chcieli ze mną rozmawiać. Niektórzy myśleli, że ich porzuciłem.
— A porzuciłeś? — zapytał chłopiec.
— Nie. Byłem dzieckiem, które nie mogło otworzyć drzwi.
Te słowa zostały w powietrzu.
Sędzia podpisała decyzję o tymczasowym umieszczeniu całej piątki u mnie, z natychmiastowym zakazem zbliżania się Romana. Nie był to wyrok. Nie był to cud. Był to pierwszy bezpieczny wieczór, na jaki te dzieci mogły liczyć.
Kiedy wychodziliśmy, Olek trzymał moją dłoń, a Zosia chwyciła brzeg mojego płaszcza.
Na parkingu czekał radiowóz.
Policjant podszedł do mnie.
— Musimy pojechać z panem do domu. Są ślady włamania przy tylnych drzwiach.
Serce podeszło mi do gardła.
— Dzieci są ze mną.
— Tym bardziej pojedziemy razem.
W domu rzeczywiście ktoś próbował wyważyć drzwi warsztatu. Na podłodze leżały drzazgi z framugi, a między nimi znalazłem mały, wilgotny skrawek papieru.
Było na nim tylko jedno zdanie: „Nie wiesz, co naprawdę stało się z Klarą”.
Mecenas Lis przeczytał wiadomość i pobladł.
— Marek, musimy sprawdzić akta jeszcze raz.
— Klara nie żyje. Widziałem dokument.
— Widziałeś dokument sprzed dwudziestu jeden lat. Ale ten, kto zostawił kartkę, twierdzi, że istnieje coś nowszego.
Tej nocy dzieci spały w jednym pokoju, na materacach ułożonych blisko siebie. Żadne nie chciało zostać samo.
O drugiej nad ranem zadzwonił telefon.
Dzwoniła kobieta przedstawiająca się jako pielęgniarka z małej kliniki na północy kraju.
— Panie Marku — powiedziała — znalazłam pańskie nazwisko w archiwum. Klara nie umarła w tamtym domu.
Usiadłem na podłodze, nie czując zimnych desek pod kolanami.
— Więc gdzie była?
Kobieta ściszyła głos.
— Przez dwadzieścia jeden lat ktoś płacił za jej milczenie. A dziś rano poprosiła, żebyśmy zadzwonili właśnie do pana.
Nazajutrz rano nie pojechałem do sądu.
Pojechałem po siostrę.
Przegapiłeś początek?






