
CZĘŚĆ 4
— Jedziemy na Pierwomajską — powiedział mecenas Orłow.
Była piąta po południu. Deszcz zamieniał się w mokry śnieg, a samochody sunęły przez miasto z zapalonymi światłami. Siedziałam obok prawnika i ściskałam w kieszeni ręcznik z wyszytą pomarańczową gruszką.
Nie wiedziałam, po co go zabrałam.
Wiedziałam tylko, że potrzebowałam czegoś, co należało do babci.
Przed kamienicą stał radiowóz. Zarządca, pan Aleksiej, nerwowo obracał czapkę w dłoniach.
— Wszedł tylnym wejściem — powiedział. — Kiedy usłyszał syrenę, próbował wyjść przez piwnicę.
— To Wadim?
Aleksiej skinął głową.
Policjant wyprowadził mojego męża z klatki schodowej. Miał rozciętą dłoń, a na jego policzku widniała smuga białego tynku.
— Nadio, wysłuchaj mnie — zawołał.
— Nie mam już czego słuchać.
— Chciałem tylko zabrać dokumenty.
— Z cudzego mieszkania?
— To był też mój dom!
Orłow stanął przede mną.
— Proszę nie zbliżać się do mojej klientki.
Wadim zacisnął palce.
— Ona jest moją żoną.
— A mieszkanie nie jest pańskie.
Jeden z policjantów odczytał mu pouczenie. Wadim zaczął protestować, ale jego głos stawał się coraz cichszy. Po raz pierwszy zobaczyłam w jego oczach nie złość, lecz panikę.
Galina Siergiejewna przyjechała dziesięć minut później. Wysiadła z taksówki z parasolem, którego wiatr wywinął na drugą stronę.
— Co tu się dzieje? — krzyknęła. — Nadia, natychmiast wycofaj skargę!
— Nie ja włamałam się do mieszkania.
— To twój mąż!
— Właśnie dlatego nie będę go ratować przed konsekwencjami jego decyzji.
Jej usta drgnęły.
— Po tym wszystkim, co dla ciebie zrobiłam?
— Nigdy nie zrobiła pani niczego dla mnie. Chciała pani mojego mieszkania.
Orłow przekazał policji kopię nagrania i podrobionego pełnomocnictwa. Galina Siergiejewna próbowała wyrwać mu dokumenty.
— To kłamstwo! — krzyczała. — Ona nas prowokowała!
— Wszystko zostało zarejestrowane — odpowiedział mecenas.
Tego wieczoru Wadim i jego matka trafili na przesłuchanie. Nie było wielkiej sceny, kamer ani triumfalnej muzyki. Były mokre schody, zapach farby i światło latarni odbijające się w kałuży.
Najgorsze przyszło następnego dnia.
W kancelarii odtworzono nagranie przy Wadimie i jego obrońcy. Siedział naprzeciwko głośnika. Na stole leżała butelka wody, której nie dotknął.
— Nadia nawet nie zauważy — powiedział z nagrania jego własny głos.
Wadim pobladł.
— Podpiszesz za nią…
Jego ramiona opadły. Słuchał siebie tak, jakby ktoś obcy opowiadał o kradzieży, lecz nie mógł już udawać, że nie rozpoznaje głosu.
— Wyłączcie to — wyszeptał.
— To pańskie słowa — odparł Orłow.
— Byłem zdesperowany.
— Desperacja nie podpisuje cudzych dokumentów.
— Chciałem ocalić małżeństwo.
Spojrzałam na niego.
— Chciałeś ocalić pieniądze, które miałeś zamiar zdobyć moim kosztem.
Jego adwokat odłożył długopis.
— Nie mogę prowadzić tej sprawy, jeśli klient nadal ukrywa przede mną wysokość zobowiązań.
Wadim odwrócił się do niego gwałtownie.
— Pan też mnie zostawia?
— Nie zostawiam pana. Odmawiam udziału w kłamstwie.
To był moment, w którym Wadim zrozumiał, że nie ma już nad czym panować.
Tydzień później wróciłam do mieszkania babci. Drzwi były naprawione, lecz na framudze pozostała długa, świeża rysa. W przedpokoju pachniało kurzem i lawendowym mydłem.
W pokoju stał pusty regał. Wadim zabrał swoje rzeczy, nawet filiżankę z odpryśniętym uchem. Na parapecie zostawił tylko nasze ślubne zdjęcie.
Podniosłam je i długo patrzyłam na jego uśmiech.
Nie czułam gniewu.
Czułam zmęczenie.
Odłożyłam fotografię do szuflady i otworzyłam okno. Z ulicy dobiegł dźwięk tramwaju, ten sam długi zgrzyt, który słyszałam w wynajmowanej kuchni. Tym razem nie brzmiał jak ostrzeżenie.
Brzmiał jak odjazd.
Postępowanie trwało kilka miesięcy. Podrobione pełnomocnictwo uznano za dowód próby oszustwa, a nagranie potwierdziło, że Wadim i jego matka działali wspólnie. Galina Siergiejewna musiała sprzedać część rzeczy, żeby spłacić koszty i zaległości syna. Wadim stracił pracę, lecz nie dlatego, że ktoś zrobił mu krzywdę. Przez tygodnie kłamał również w firmie, pożyczał pieniądze i fałszował podpisy.
Nie cieszyłam się z ich upadku.
Po prostu przestałam go zasłaniać.
Trzy miesiące później pracowałam w bibliotece niedaleko Pierwomajskiej. Codziennie rano otwierałam wysokie okna, podlewałam paproć przy stanowisku dla dzieci i układałam książki według nazwisk autorów. Mieszkanie babci nie było już tylko pamiątką. Stało się moim spokojnym miejscem.
W sobotnie popołudnia odwiedzała mnie młodsza siostra, Lena. Siadałyśmy na podłodze w kuchni i malowałyśmy farbami, choć żadna z nas nie umiała rysować.
Pewnego dnia Lena zapytała:
— Nadal go kochasz?
Pomyślałam o tym długo.
— Kochałam człowieka, za którego go uważałam.
— A teraz?
— Teraz kocham siebie na tyle, żeby już nie udawać.
Za oknem spadł pierwszy prawdziwy śnieg. Płaty osiadały na parapecie, a Lena przykleiła do szyby rysunek domu z żółtymi oknami.
— To nasz dom — powiedziała.
— Tak.
— Babcia by go polubiła?
— Babcia powiedziałaby, że brakuje mu komina.
Roześmiałyśmy się obie.
Dwa tygodnie później dostałam wiadomość od Wadima. Najpierw krótką: „Musimy porozmawiać”. Potem dłuższą: „Wiem, że wszystko zepsułem. Pomóż mi zacząć od nowa”. Na końcu napisał, że jego matka jest chora i że tylko ja mogę zatrzymać sprawę.
Czytałam te słowa przy stole, obok czajnika pokrytego kamieniem. Przez chwilę czułam dawny odruch, żeby natychmiast działać, łagodzić, tłumaczyć i ratować.
Potem odłożyłam telefon.
Odpisałam tylko:
— Nie wrócę. Nie wycofam zeznań. Życzę wam, żebyście ponieśli odpowiedzialność za własne decyzje.
Wysłałam wiadomość i wyłączyłam urządzenie.
Nie czekałam na odpowiedź.
Wieczorem wyjęłam z szuflady ręcznik z pomarańczową gruszką. Był już wypłowiały, a przy jednym brzegu nitki zaczęły się pruć. Powiesiłam go przy kuchennym piekarniku, tak jak robiła to babcia.
Lena weszła do kuchni z kubkiem kakao.
— Po co go trzymasz? — zapytała.
— Żeby pamiętać, że nie wszystko, co stare, trzeba wyrzucić.
— A czego nie wolno oddawać?
Popatrzyłam na światło odbijające się w szybie. Na podłodze leżał jej rysunek, a za oknem śnieg przykrywał rysę na chodniku.
— Własnego życia — odpowiedziałam.
Ręcznik poruszył się lekko od ciepłego powietrza.
Po raz pierwszy od wielu miesięcy w mieszkaniu było naprawdę cicho.
I ta cisza należała do mnie.
Przegapiłeś początek?










